Jak poskromić lwicę nie mając anestetyku ani strzelby

No właśnie, jak? Kłusownictwo to problem dotyczący nie tylko Parku Krugera, ale całej dzikiej Afryki. Metody zabijania są różne, a jedna gorsza od drugiej. To teraz trochę prawdy o sytuacji zwierząt w RPA.

Podczas jednego z wyjazdów monitoringowych w największym i najstarszym parku Afryki Południowej znaleźliśmy lwicę z zaciśniętą pętlą na szyi. Lina werżnęła się głęboko w skórę tworząc rozległą ranę. Zanim zwierzę by umarło, minęłoby zapewne jeszcze kilka dni w okropnych męczarniach. Zadzwoniliśmy zatem po najbliższego weterynarza, jednak nie mógł dojechać wówczas na miejsce – podobnie jak pozostałych dwóch. I co w takiej sytuacji zrobić?

Naszym przewodnikiem był ranger z 20 – letnim doświadczeniem. Za jego radą pojechaliśmy do apteki i kupiliśmy 100 tabletek nasennych. Następnie Rob ustrzelił antylopę, którą nafaszerowaliśmy lekiem i rzuciliśmy lwicy do pożarcia. Kiedy usnęła, mężczyźni szybko związali i unieruchomili zwierzę, ponieważ trudno było przewidzieć, jaka ilość leku dostała się do krwioobiegu, ani tym bardziej kiedy lwica się wybudzi. Na szczęście cała operacja przebiegła bardzo sprawnie i udało się ją uwolnić z pętli oraz zdezynfekować ranę.

Przeżycie – bezcenne. Uświadamia, jak wiele pracy i poświęcenia trzeba jeszcze włożyć, żeby zakończyć wreszcie okrutny proceder kłusownictwa, który dotyczy przecież nie tylko Afryki, ale również naszych polskich, dzikich zwierząt.

P.S.1  Nie moge zaladowac zdjec, wrzuce, jak tylko dostane sie do internetu

P.S.2 Na poczte tez nie udaje mi sie zalogowac, wiec przepraszam, ale na prawde nie mam jak odpisac na maile; u mnie wszystko w jak najlepszym porzadku!

P.S.3 Facebook tez nie dziala – zlosliwosc rzeczy martwych… ale czegoz mozna sie spodziewac w buszu :P

Szukając kwiatu, odnaleźć całą łąkę

Zgubiłam się w Johannesburgu, wydałam za dużo pieniędzy i objadłam się soczystym mango. Teraz czas wrócić do rzeczywistości i nadrobić zaległości na blogu. Po wzruszającym rozstaniu chętnie powspominam cudowny czas spędzony w Durbanie. A skąd taki tytuł? Ponieważ przyjechałam tutaj, aby zdobywać praktykę weterynaryjną, a w rzeczywistości nauczyłam się więcej, niż mogłam przypuszczać – oto moja łąka pełna najcenniejszych kwiatów, które nigdy nie zwiędną.

Na miejscu oprócz mnie pracowało jeszcze dziesięciu wolontariuszy z różnych kontynentów i kilku lokalnych ludzi, którzy wolne popołudnia poświęcali pracy na rzecz ośrodka. Łączyło nas jedno – miłość do zwierząt. Stworzyliśmy razem zgraną ekipę, która sprawnie przeprowadzała wszystkie akcje ratunkowe. Każdy miał swoje zadanie i wykonywał je z pełnym poświęceniem, dlatego mogę spokojnie powiedzieć, że odnieśliśmy sukces i to jako drużyna.

Emerytowana nauczycielka z Londynu, trener piłki z Norwegii, czy studentka biologii dzikich zwierząt z Australii – każdy, w zależności od kwalifikacji, przyczynił się do poprawienia dobrostanu zwierząt i umożliwienia im powrotu na wolność po rehabilitacji. Do moich zadań należała opieka nad ssakami w szpitalu, pomoc medyczna pacjentom wraz z pielęgniarkami i lekarzem i oczywiście udział w akcjach ratunkowych oraz wypuszczaniu zwierząt na wolność. Zdecydowanie najcięższą lekcją są zawsze rozstania, bo chociaż wkładam całe serce w to, co robię i co nazywam moją pasją, to jednocześnie muszę nauczyć się panować nad uczuciami i nie przywiązywać emocjonalnie do zwierząt, którymi się zajmuję. A nie jest to proste.

Zdecydowanie najwięcej trudności przysporzył nam jeden maluch – kilkutygodniowy samiec antylopy Mountain Reedbuck. Jego matka została zabita przez kłusowników, a młody przez 5 dni błąkał się po buszu bez jedzenia i wody. Kiedy trafił do ośrodka, był bardzo słaby i odwodniony. Natychmiastowe leczenie tylko na chwilę poprawiło stan sieroty, właściwy problem leżał głębiej. Mała antylopa wcale nie wykazywała chęci do życia i przestała pobierać pokarm, w jej oczach można było zobaczyć głęboki smutek i niezrozumienie wszystkiego, co się wokół dzieje. Kiedy nic nie pomagało, zdecydowaliśmy się w końcu na eksperyment.

Dołączyliśmy maleństwo do pozostałych dwóch antylop. Jedna z nich straciła uszy w pożarze, na szczęście rany już dawno się zagoiły. Okazała się być świetną mamą zastępczą. Już po kilku dniach młody zaczął podążać niepewnie jej śladami, płoszyć się w tej samej chwili i podjadać trawkę w ślad za nową przewodniczką. Zaczął ssać mleko z butelki i wykazywał zainteresowanie wszystkim, co się wokół niego dzieje, a to znaczy, że wróciła wola przetrwania. To doświadczenie pokazało mi, jak trudna jest praca z dzikim zwierzęciem. Weterynaria to pojęcie o wiele szersze niż tylko leki i wykute na pamięć procedury. To intuicja i umiejętność wyczucia pacjenta, dla którego traumą jest już samo zamknięcie w klatce i obcowanie z człowiekiem.

Wallis jest dziką świnią i kolejną sierotą odnalezioną w buszu. Kiedy go poznałam, właśnie kończył etap picia z butelki i stopniowo przechodził na stały pokarm. Oprócz codziennego monitorowania jego stanu zdrowia, przeprowadzałam z nim ćwiczenia rehabilitacyjne. A przynajmniej próbowałam, bo koniec końców to Wallis ćwiczył mnie, uciekając na kąpiele błotne i wycierając się potem w moje spodnie z radosnym kwikiem ;)

W naszym przedszkolu swoje pierwsze kroki stawiały również koczkodany. Były podzielone na trzy grupy, w zależności od etapu rozwoju. Najmłodsze były karmione mlekiem, przy czym część z nich borykała się z grzybicą (kandydoza) i konieczne było podanie antybiotyku. Najmniejszy z nich miał dodatkowo problem z uszami, które puchły za każdym razem, kiedy ssały je pozostałe małpki. Nie było zatem wyjścia – trzeba było maleństwu zrobić czapeczkę ;)

Podczas pobytu w Durbanie miałam również okazję odwiedzić Centrum Badania Rekina i przeprowadzić sekcję zwłok rekina młota. Dowiedziałam się między innymi, że te drapieżniki mają dwie wątroby i rozmnażają się aż na cztery różne sposoby, przy czym mogą również rodzić żywe młode (czyli tak jak my-ssaki). Samica jest nierzadko zmuszana do kopulacji i dotkliwie przy tym raniona przez samca. Obecnie te fascynujące stworzenia, o których wciąż niewiele wiemy, są gatunkiem zagrożonym ze względu na okrutny proceder polegający na odcinaniu płetw i wrzucaniu żywych ryb z powrotem do wody, gdzie powoli się wykrwawiają. Możesz temu zapobiec podpisując petycję: http://sharkalliancepetition.org/  Dziękuję w imieniu rekinów!

 

[wkrótce zdjęcia]

Na ratunek dzikim zwierzętom!

Już od ponad tygodnia pracuję dla C.R.O.W. – organizacji, która zajmuje się leczeniem i pomocą wszystkim dzikim zwierzętom w Południowej Afryce. Ponieważ jest to instytucja pozarządowa, warunki są bardziej niż skromne, a całość funkcjonuje tylko dzięki sponsorom i dobrowolnym wpłatom. Mimo to, tylko w ciągu ostatniego roku udało się tutaj uratować aż 5 000 zwierząt, które zostały pokrzywdzone przez człowieka. A kim są nasi pacjenci?

Mimo skromnych warunkow w klinice uratowano juz wiele tysiecy dzikich zwierzat, ktore zdrowe i szczesliwe wrocily na wolnosc

Góralek przylądkowy (dassie) – chociaż rozmiarem niewielki, to w rzeczywistości najbliższy obecnie żyjący krewny słonia. Jego niezwykła anatomia fascynuje wielu naukowców – góralek posiada żołądek przypominający w budowie koński, prócz tego siekacze gryzoni, górne trzonowce jak u nosorożca, zaś dolne uzębienie hipopotama. Natomiast ich mózg i kły są zbudowane tak jak u słonia i tak jak one mają doskonałą pamięć. Te specyficzne zęby sprawiają, że góralek sieje największy postrach w naszej klinice i nikt nie chce mieć z nim do czynienia – jest agresywny, w czym zupełnie nie przypomina łagodnych olbrzymów. Jest też najbardziej leniwym stworzeniem ze swojej rodziny i uwielbia godzinami wygrzewać się na skałach. Jego oczy posiadają specjalną błonę, która zasłania soczewkę i pozwala mu patrzeć prosto w stronę słońca – to dodatkowa ochrona przed drapieżnikami: leopardami, orłami lub pytonem.

Goralek i jego ostre zeby

Genet* – tymczasowy dom mają u nas dwie rodzinki tych prześlicznych kocich krewnych. W naturze są samotnikami i prowadzą nocny tryb życia polując na drobną zwierzynę. To, czym mnie urzekły, to przepiękne, nienaturalnie długie ogony. Mają też wyjątkowo duże oczy i uszy przy stosunkowo małej głowie. Tak dobrze wprawiły się w skakaniu po drzewach, że rzadko kiedy schodzą na ziemię. W Europie i USA są trzymane jako zwierzęta domowe i zywione karmą dla kotów lub… fretek. Patrząc każdego dnia na te cudowne stworzenia z jednej strony miałabym ochotę zatrzymać je przy sobie, jednakże w głębi serca wiem, że ich miejsce i szczęście jest na wolności. Te, którymi się opiekuję, są jeszcze całkiem małe, więc minie kilka miesięcy, zanim się usamodzielnią i będzie je można wypuścić. Wiecie, że maluchy dojrzewają dopiero w wieku dwóch lat?

czyz nie sa piekne?

Mangusty – przybyły na kontynent z Madagaskaru. Te słodziaki również potrafią nieźle ugryźć. Żyją w licznych rodzinach, gdzie każdy ma swoje zajęcie – kiedy jedne niańczą dzieci, drugie w tym czasie szukają pożywienia. W przeciwieństwie do innych drapieżników, źrenica mangusty jest owalna i pozioma, zupełnie jak u kóz. Kiedyś trzymano je, aby zabijały węże i szczury (polują nawet na jadowite kobry i żmije), jednakże wywołały większe zniszczenie, niż można było się spodziewać. Dlatego teraz ich przewożenie na inne kontynenty jest surowo wzbronione. Człowiek to jednak sprytne stworzenie i wymyślił inny sposób, żeby wykorzystać mangusty – na przykład do biosyntezy sztucznej skóry, która będzie się nadawała do leczenia oparzeń.

mama strzeze swoich dzieci przed kazdym potencjalnym wrogiem

Prosta zabawka, a moze zajac mangusty na cale popoludnie...

Ośrodek jest domem dla wielu małych i średnich dzikich zwierząt, podczas gdy duże znajdują się tylko na terenie parku ze względu na brak odpowiednich pomieszczeń (w ekstremalnych sytuacjach są przewożone do innych klinik, jak na przykład ta, do której jadę za tydzień). W tej chwili trwa tak zwany „baby season”, więc opiekuję się w większości młodymi, które zostały ranne lub osierocone w wyniku ludzkiej ingerencji. Proces ich usamodzielnienia się może trwać nawet do kilku miesięcy, więc już ich nie zobaczę na wolności (chyba, że postanowię tu zostać;)). Miałam jednak okazję brać udział w wypuszczeniu mangust, które radośnie się rozbiegły i zniknęły szybko z naszych oczu, żeby budować nowy dom ;)

Po drodze znaleźliśmy świeże jeszcze zwłoki żyrafy. Krążyliśmy wokół przez pewien czas w oczekiwaniu lwów, ale te najwyraźniej postanowiły poczekać, aż będą mogły w spokoju zjeść swój posiłek.

jako ze zyrafy sa malo stabilne na betonowej drodze, staja sie wowczas latwym lupem dla drapieznikow

*Użyłam angielskiej nazwy gatunku, bo niestety nie mogłam znaleźć polskiego odpowiednika. Jak wrócę, to spróbuję się do tego dogrzebać.

St Lucia – inny świat

Zamykam oczy i przywracam obrazy, dźwięki i zapachy. Przenoszę się z powrotem do mojego raju – najcudowniejszego miejsca, jakie kiedykolwiek miałam okazję oglądać. I podświadomie uśmiecham się szeroko do skrywających się pod wodą hipopotamów. Jestem w St Luci – świecie, który tętni życiem we własnym, afrykańskim rytmie. Jest pięknie!

Plecy drugiego hipcia to najlepszy sposób na relaks

Najpierw widzę parę hipci w oddali. Kiedy się odwracam, po drugiej stronie łodzi, niemal przy samej burcie kąpie się całe ich stado. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Tłuste olbrzymy przytulają się do siebie i co chwila dają nurka chowając się przed obiektywem. Inne w tym czasie zajadają się w najlepsze przybrzeżną roślinnością. Kawałek dalej rosły samiec zaleca się do samicy, choć ta nie wydaje się być nim zainteresowana. A wszystko to dzieje się na malowniczych rozlewiskach w otoczeniu kolorowych ptaków, przy czym niektóre z nich można spotkać tylko w tym miejscu.

Kolejna zatoka – coś wielkiego kryje się w zaroślach. To hipopotamica z młodym! Łódź się zarzymuje, robię przybliżenie i… widzę przyczajonego parę metrów dalej krokodyla. Doskonale się kamufluje i nie zwraca uwagi nawet na pląsającego mu przed nosem ptaka. Wyczekuje odpowiedniego momentu, kiedy mama zostawi na chwilę małego hipka. Pewnie zajmie mu to dłuższy czas, więc płynę dalej czując, jakbym była w środku najprawdziwszego kina akcji.

Zatrzymuję się przy kolejnych gromadkach hipopotamów  i obserwuję ich leniwe popołudnie. Znowu mama z młodym, którego chowa przed wścibskimi oczami gapiów. Jestem tak blisko, ale nie czuję strachu, chociaż wiem, że to właśnie te słodkie stworzenia stanowią największe zagrożenie dla ludzi w Afryce. Wtem oddalony od stada samiec otwiera paszczę i ziewa przeciągle, pokazując wielkie kły. Strzelam serię zdjęć na aparacie jednocześnie robiąc odbitki w myślach – chcę zapamiętać dokładnie każdą chwilę i zachować te cudowne wspomnienia.

Mama z małym hipkiem

Kiedy jestem już prawie z powrotem na brzegu, dostrzegam coś dziwnego, poruszającego się po powierzchni wody. Niesamowite – to krokodyl, który właśnie pożera swoją zdobycz! Szybko chowa się po wodą, ale cierpliwość mnie wynagradza – po chwili ukazują się aż dwa groźne gady trzymające w pyskach martwą już antylopę. To wspaniałe uczucie być w środku dziczy, która nie zna człowieka…

Drapieżne gady pożerają swoją zdobycz

Co to może być - koza czy antylopa?

Krótka przerwa i przesiadam się z łodzi do jeepa. Podziwiam soczyście zieloną przyrodę i wypatruję zwierząt. Najpierw na drodze staje stadko zebr, a po chwili dołączają do nich antylopy. Kiedy wjeżdżamy w gęstwinę, ktoś zauważa w oddali słonia. Zbaczamy z głównej drogi i wjeżdżamy wgłąb w lasu. Przewodniczka gwałtownie hamuje – oto całe stado olbrzymów przekracza drogę naprzeciw nas! Naliczyłam ich około trzydziestu, w tym młode goniące za mamą. W końcu giną w zaroślach, a my jedziemy dalej.  Wtem ogromny samiec wraca się i patrzy w naszą stronę. Rozlega się głośne trąbienie – słoń macha przy tym uszami i ostrzega, żeby się nie zbliżać. Szybko wycofujemy się na główną drogę; stojąc w zaroślach możemy nie zauważyć nadchodzących słoni, a wtedy nie zdążylibyśmy już odjechać.

Przed nami przemaszerowało stado 30 słoni!

Ostatnia klatka w pamięci. Widzę szerokie jeziorko, w którym moczy się stado hipopotamów. Po jego drugiej stronie stoi dumna żyrafa i spogląda na nas ciekawie. Wokół niej pasą się zebry. Kawałek dalej dwie inne żyrafy odprawiają swoje gody. Przestraszone guźce kryją się w zaroślach. Wszystko razem tworzy niesamowity obrazek, aż nie mogę uwierzyć w moje szczęście.

Słońce powoli zachodzi, a ja zapamiętuję każdy kolor, dźwięk i zapach. Potem odtwarzam moje obrazy i widzę wszystko od nowa. Czuję się częścią tego świata, który pochłania mnie z każdym swym oddechem. Z głową pełną wrażeń w końcu zasypiam…

Czy można nie zakochać się w Afryce?

Afrykańska mafia

Kiedy poszli gasić pożar, nie wiedzieli, jak ogromne straty poniosą tego dnia. Wszystko było z góry zaplanowane, a okrutny podstęp sprawdził się w stu procentach. Gdy tylko powstał alarm, każdy rzucił się, by ratować park przed zniszczeniem i mieszkające w nim gepardy przed ogniem i pewną śmiercią. Ale pożar nie wybuchł samoistnie – miał dać czas mafii na wykonanie zadania. Niestety ich plan się powiódł. Kiedy ratownicy wrócili do parku, było już po wszystkim.

Róg nosorożca jest wart trzy razy więcej, niż taka sama ilość złota, czy kokainy, a dokładnie 250 tys. dolarów. To dlatego uzbrojeni w najnowocześniejsze maszyny kłusownicy polują na zwierzęta, najczęściej strzelając do nich z helikoptera przy użyciu noktowizora i pod osłoną nocy. Ale znają też inne metody i są w stanie dopuścić się każdej zbrodni. Dlatego w tej wojnie giną również ludzie, czyli wszyscy przypadkowi świadkowie.

Sproszkowany róg trafia do Chin, gdzie wciąż wierzy się, iż ma on właściwości zdrowotne i działa pozytywnie na potencję. Trzy niezależne badania naukowe na najlepszych uczelniach w różnych częściach świata zgodnie potwierdziły, że jest to mit – dalekie od prawdziwości przekonanie, które zabija rocznie około 400 nosorożców. W takim tempie za 15 lat te niezwykłe stworzenia wyginą bezpowrotnie.

Nosorożce, które tamtego dnia zaatakowano, miały dużo szczęścia. Jako jedyne przeżyły napaść kłusowników i chociaż pozbawione swych pięknych rogów, to wracają powoli do zdrowia. Weterynarz codziennie przyjeżdża umyć ciężko gojące się rany, a zwierzęta czują się coraz lepiej. Jednakże pewnie nigdy nie zapomną krzywdy, jaka została im wyrządzona, tak jak i ja nie zapomnę widoku okaleczonych nosorożców…

Pod Lwią Skałą

Za siedmioma rzekami, za siedmioma górami, w malowniczo położonej miejscowości Drakenstein, ktoś zrobił dobry uczynek i zaopiekował się sierotą.

W dolinie Drakenstein...

Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że ową sierotą była malutka lwica, której nadano imię Suzanna. Jej mama nie była jeszcze gotowa na swój pierwszy miot i opuściła młode kocięta. Samotne, nie potrafiły poradzić sobie na afrykańskiej sawannie pełnej niebezpieczeństw. Przeżyła tylko Suzanna.

Suzanna jest zawsze w dobrym humorze, kiedy wie, że zbliża się pora obiadowa

Do ośrodka trafiła, kiedy miała zaledwie dwa miesiące. Wkrótce dołączyły do niej kolejne uratowane lwy. Teraz ma 12 lat i chociaż jest nieoswojona, to nigdy nie powróci na wolność, gdyż matka nie nauczyła jej polować. Na szczęście nie musi się już martwić o jedzenie – mieszka wygodnie na ogromnych wybiegach, a kocia drzemka na drzewie (lub pod) stała się szybko jej ulubionym zajęciem.

Brutus i Suzanna są zgraną parą - oboje uwielbiają słodkie lenistwo

Suzanna nie jest samotna. Swoje królestwo dzieli z przyjacielem – przepięknym samcem o lwim sercu. Brutus urodził się w Europie i od maleńkości zmuszany był do pracy w cyrku. Kiedy zabierano go z Francji, miał połamane żebra i uszkodzoną żuchwę tak, że właściwie nie mógł samodzielnie jeść. Wszystko dzięki „treserom”, którzy katowali zwierzę dla własnego zarobku. Zastanawiające, jak niewiele znaczy życie zwierząt w oczach nieludzkich okrutników…

Lion Sanctuary - dom dla uratowanych i urodzonych w niewoli lwów

Obecnie w sierocińcu mieszka 45 lwów, w tym trzy białe i jeden młody. Nie są nękane przez turystów, a raczej mogą żyć spokojnie wedle własnego rytmu i odpocząć od krzywd, jakie je kiedyś spotkały. Mam nadzieję, że dzięki praktyce będę mogła już niedługo zaangażować się w pomoc medyczną wszystkim potrzebującym zwierzętom.

Bo weterynarz dzikich zwierząt to zawód i jednocześnie pasja. Pasja na całe życie…

bardzo rzadki biały lew

. . .

Pobyt w Kapsztadzie i wycieczki sponsoruje africangamesafari.com – organizator wycieczek po Afryce. Dziękuję!

Na krańcu Afryki

Nie zdziwi Was pewnie, jeśli powiem, że jest tu ciepło i pięknie. Zachwycam się cudownymi krajobrazami i zastanawiam się, czy takie widoki mogą się kiedyś znudzić? Nawet zasypiając spoglądam z leżącego przy przeszklonej ścianie łóżka na ciemny ocean i oświetlone w oddali statki. I mam wrażenie, że niełatwo będzie mi się z tym rozstać.

Mieć taki widok z okna...

Na wycieczkę na Przylądek Dobrej Nadziei trzeba było wyruszyć wcześnie z rana. Kręta trasa wiodła wzdłuż wybrzeża i skalistych klifów, o które rozbijały się fale lazurowo-niebieskiej wody oceanu. Ponieważ RPA słynie z pysznego wina, koniecznie musiałam się zatrzymać po drodze w jednej z najstarszych winiarni tego kraju. Za drobną opłatą można degustować kilka rodzajów najlepszych (i najdroższych) trunków. Pięć wyśmienitych smaków sprawiło, że zrobiło mi się nieco cieplej i weselej – znak, że czas ruszać dalej ;)

W tradycyjnej winiarni Constantia można zobaczyć, jak robi się wyśmienite trunki, a także spróbować, czym różni się zwykłe wino, od tego, które dojrzewało w drzewie

Kolejny przystanek to farma strusi. Są one hodowane ze względu na olbrzymie jaja (na miejscu można sobie zamówić jajecznicę – na pamiątkę jajo gratis), ale też ich mięso jest tutaj bardzo cenione. Pamiętając o ostrych i niebezpiecznych szponach strusi podeszłam bliżej do jednej parki. Popielata mama zagrzebywała jaja w piasku, zaś w nocy będzie je ogrzewał czarny samiec (u strusi jest wyraźnie zaznaczony dimorfizm płciowy).

Mama struś i jej wielkie jajka

Wyspę fok znałam już wcześniej z wielu przyrodniczych programów o rekinach. Tysiące rozbrykanych grubasków stłoczonych na niewielkiej skalistej wysepce przyciągają głodnych drapieżców. Na szczęście foki dobrze sobie radzą i w tej walce o przetrwanie wcale nie stoją na straconej pozycji. Potrafią płynąć tuż nad rekinem przez dłuższy czas, myląc w ten sposób oszalałego drapieżcę, który choć czuje swoją ofiarę, to jej nie widzi. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment – foka szybko się odłącza i ucieka.

Wyspa Fok. Świadomość, że pod nami pływa mnóstwo rekinów nieco napawała mnie strachem. Niestety nie udało się żadnego zobaczyć.

Ta foczka była kiedyś całkiem dzika. Kiedy poznała Pana z rybami, zawarli układ. Teraz foczka jest najedzona, a Pan może zarabiać na zdjęciach z turystami. Zadowolona foczka wraca później do "swoich", wróci kiedy znów zgłodnieje

Najpiękniejsza plaża, jaką kiedykolwiek widziałam, ma drobniutki, biały piaseczek i przejrzystą wodę, z której wystają potężne granitowe skały. Jednak nie tylko ja ją sobie upodobałam – już od dawna zamieszkują ją pingwiny. Wygrzewają się całymi dniami w słońcu i nawet nie raczyły na mnie spojrzeć, kiedy podchodziłam blisko, żeby się im przyjrzeć. ;)

Zaspane pingwiny wygrzewały się w słońcu niczym kociaki, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi

Plaża równie piękna, co głośna - pingwiny przez cały czas nie przestają gderać

Najbardziej wysuniętym na południe punktem Afryki jest Przylądek Igielny, który jednak nie należy do najbardziej spektakularnych miejsc. Dlatego „odkryto”, że z kolei malowniczo położony Przylądek Dobrej Nadziei jest najbardziej wysuniętym na południowy-zachód punktem Afryki.  Każdy sposób jest dobry, żeby przyciągnąć turystów, chociaż przyznaję, że to miejsce zdecydowanie robi wrażenie. Znajduje się tam park narodowy, w którym żyje wiele endemitów. To też obszar, na którym obserwuje się największą aktywność wyładowań atmosferycznych – pierwszy odkrywca Bartolomeu Dias nazwał go Przylądkiem Burz.

Stojąc na skraju lądu zapomniałam o istnieniu czasu i szukałam wzrokiem miejsca, gdzie lodowaty Ocean Atlantycki spotyka się z ciepłym Indyjskim…

Przylądek Dobrej Nadziei, czyli tam, gdzie zlewają się oceany

. . .

Pobyt w Kapsztadzie i wycieczki sponsoruje africangamesafari.com – organizator wycieczek po Afryce. Dziękuję!

Kapsztad po raz pierwszy

Uwielbiam, kiedy budzą mnie delikatnie ciepłe promienie słońca. Tego dnia wschód przywitałam jeszcze w samolocie, którym wkrótce wylądowałam w Kapsztadzie – jednym z najpiękniejszych miast świata. Chociaż głód wykręcał mi żołądek i chciałam jak szybciej poczuć orzeźwiający wiatr znad oceanu, to jeszcze na lotnisku dostałam pierwszą lekcję cierpliwości. Okazuje się, że wymiana waluty to bardzo skomplikowana sprawa. Zwłaszcza, jeśli obsługująca murzynka co chwilę upuszcza pieczątkę lub wychodzi na pogawędkę. Jeśli doliczyć do tego liczne papierki do wypełnienia i kolejkę zaspanych turystów, to okazuje się, że wymiana pieniędzy może potrwać nawet półtorej godziny.

Cape Town

Cape Town

Świeże owoce i ciasteczka na śniadanie były tym pyszniejsze, iż jednocześnie mogłam się napawać oszałamiającym widokiem na Górę Stołową i centrum miasta, zaś u podnóży tarasu rozbijały się fale oceanu. Tego dnia akurat na plaży odbywał się ślub uroczej murzyńskiej pary, a wokoło panował gwar i spory ruch, chociaż wesele nie trwało długo.

Spacerując po plażach Kapsztadu można... wpaść przypadkiem na ślub

Zakup jednorazowych biletów na autobus miejski jest sprawą bardzo skomplikowaną i wymaga wypełnienia przez sprzedawcę dokumentów, wyrobienia specjalnej karty, a nawet zabezpieczenia jej kodem pin (?!). Ostatecznie więc do miasta dojechałam stopem i taksówką. Młody chłopak nawołując z daleka zaprosił mnie do busika, który i tak był już pełny. Po paru minutach wybuchła kłótnia między wszystkimi czarnymi pasażerami a kierowcą samochodu, po czym wszyscy wysiedli. Nie znam afrykańskiego, więc pozostaje mi tylko domyślać się, że kierowca widząc białego turystę zdecydował się nagle na zmianę kursu, który przyniesie mu większy zysk.

Cape Town

Nadmorska promenada i port świetnie się prezentują na tle otaczających gór. Zewsząd słychać muzykę ulicznych grajków, którzy próbują zarobić zabawiając turystów tańcem i śpiewem. Najbardziej zachwyciło mnie oceanarium, w którym można podziwiać cudaczne stwory zamieszkujące wody Oceanów opływających RPA z dwóch stron: Atlantyckiego i Indyjskiego. Wśród mniejszych i większych dziwolągów szczególnie spodobały mi się kraby – giganty, fluorescencyjne rośliny, rozgwiazdy i żółwie pływające nad głowami zwiedzających. Przepiękne!

. . .

Pobyt w Kapsztadzie i wycieczki sponsoruje africangamesafari.com – organizator wycieczek po Afryce. Dziękuję!

Hakuna Matata! Do zobaczenia w Królestwie Lwów!

Znacie to uczucie, kiedy za chwilę ma się wydarzyć coś, na co długo czekaliście? Mnie właśnie dopadło. Zajęta egzaminami i zaliczeniami nie zauważyłam, jak szybko biegnie czas, zbliżając mnie z każdym dniem do spotkania z przygodą. Przygotowania do wyprawy trwały ponad pół roku i to właśnie dzisiaj wyruszę w podróż marzeń. Czas zatem przedstawić, co kryje się pod hasłem Operacja Dzika Afryka:

  • dzisiaj (20.01) – wylot
  • jutro (21.01) – przylot do słonecznego Kapsztadu i błogie lenistwo nad Oceanem Atlantyckim
  • 22-27.01 – zwiedzanie Kapsztadu i okolic (ale nie powiem czego – niespodzianka!)
  • 28-31.01 – zwiedzanie Durbanu i okolic (znowu niespodzianka!)
  • 1-14.02 – praktyka i wolontariat w Centrum Rehabilitacji Dzikich Zwierząt C.R.O.W. w Durbanie
  • 15-29.02 – praktyka i wolontariat w Klinice Dzikich Zwierząt Moholoholo w Parku Krugera
  • 29.02 – pożegnanie z Afryką
  • 1.03 – przylot do Warszawy
  • 2.03 – urodziny mojej kochanej siostry

Na blogu będę prowadzić dziennik z podróży, więc zachęcam do śledzenia wpisów i komentowania :)

Ogromnie dziękuję wszystkim, którzy przez cały czas wspierają mnie i moje „zwierzęce” pasje. Podziękowania należą się również sponsorom, którzy nadali moim marzeniom realny wymiar.

A więc… w drogę!

Po dobry humor do Mediolanu!

Nie lubię jesieni. Owiewa chłodem jeszcze przed chwilą rozgrzane słońcem  i burzą pomysłów umysły. Wprowadza w monotonię codziennych obowiązków i ciągły pośpiech, który i tak nie przyspieszy nadejścia następnych wakacji. Prócz tego szarówka za oknem sprawia, że nieustannie chce mi się spać. Najchętniej zakopałabym się w swojej norce i zapadła w niedźwiedzi, zimowy sen marząc o letnim podmuchu wiatru, uderzeniu morskiej fali i soli na ustach. Na szczęście znalazłam lepszy sposób na rozwianie pochmurnych nastrojów…

Nad rzeką Adygą

Bez konkretnego planu wybrałyśmy się  razem z koleżanką Ulą na spacer do Mediolanu. Jeszcze na lotnisku w Bergamo stałyśmy jak wygłodniałe psy pod McDonaldem, który we Włoszech jest czynny dopiero od 9.30. Akurat tego dnia stoliki były bardziej brudne i uprzejmy Pan musiał je dokładniej szorować, więc lokal otwarto jeszcze później. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i bez protestu przyjęłyśmy na ten weekend włoski licznik czasu.

Oszałamiająca katedra Duomo o zmroku

Nocleg na couchu po raz kolejny okazał się być najlepszym wyborem. Bułgarka i dwie dziewczyny z Sycylii wprowadziły nas w cieplejszy, południowo-włoski klimat. Rozmowy o zwyczajach w kuchni zajęły nas do tego stopnia, że zapomniałyśmy na chwilę, po co tu przyjechałyśmy. Nieco później stałyśmy już oszołomione przed Duomo – gotycką katedrą z marmuru z mnóstwem zdobień, statui i witraży. Przy tak pięknej pogodzie i bezchmurnym niebie wejście na taras było koniecznością, pomimo dość wygórowanej ceny. Widoki na miasto i alpy – bezcenne :)

Na tarasie Duomo...

... z Ulą

Mediolan, jak wiadomo, jest uważany za stolicę mody. Faktycznie najróżniejszych sklepów tu nie brakuje – zakupoholicy na pewno się tu nie znudzą. Natomiast dla turysty dwa dni na poznanie miasta zupełnie wystarczą. Ze względu na piłkarskie zainteresowania Uli wybrałyśmy się na San Siro – jeden z największych stadionów na świecie. I ja znalazłam tam coś dla siebie, ponieważ obok akurat miał miejsce trening kłusaków, które przypominają mi wyścigi rzymskich rydwanów. Niedaleko toru odnalazłyśmy wielkiego konia z brązu – konia Leonarda da Vinci.

Koń Leonarda da Vinci obok toru wyścigów konnych w Mediolanie

Wieczorne spacery po rozrywkowej dzielnicy Navigli w poszukiwaniu dobrego jedzenia z pewnością nie byłyby tak owocne, gdyby nie nasi bułgarsko- włoscy przewodnicy. Dwunastoosobowa grupa przyjaciół niemal w całości pochodziła z południowej części kraju, co dumnie podkreślali. Uważają się za cieplejszą, życzliwszą stronę Włoch i prawdopodobnie mają w tym dużo racji. Pokazali nam świetną knajpę, gdzie można było odpocząć po długich marszach przy dobrym piwie i wyśmienitym włoskim jedzeniu oraz przekąskach. Aperitivo, bo tak nazywa się ten mediolański zwyczaj, wciągnęło mnie od samego początku, kiedy zobaczyłam zastawione stoły. Co wieczór, zamawiając drinka lub też piwo, można częstować się do woli serwowanymi przysmakami. Nie zabrakło wśród nich kilku rodzajów pysznej pasty, wyjątkowo smacznej pizzy oraz sałatek z oliwkami i tuńczykiem. A na deser soczyste mandarynki w czekoladzie uwiodły moje kubki smakowe…

Aperitivo, czyli jak w tani sposób spróbować włoskiej kuchni i najeść się do syta :)

W samym Mediolanie brakowało mi południowego klimatu, wąskich uliczek i włoskiego gwaru. Wszystko to nadrobiłyśmy w niedalekiej Weronie, gdzie romantyczny nastrój nie gaśnie nawet w listopadzie. Miasteczko jest na tyle małe, że można spokojnie obejść je na piechotę w jeden dzień. Spacerując, nie sposób nie natknąć się na Arenę – trzeci największy amfiteatr we Włoszech. Za kilka euro można usiąść tam, gdzie przed dwudziestoma wiekami zasiadali kibice igrzysk  gladiatorskich.

Piazza Bra i Arena w Weronie

Spacerując dalej i klucząc między kolorowymi domkami oraz starymi kościołami, w końcu odnalazłyśmy dom Julii. Nawet poza sezonem jest tam mnóstwo ludzi, którzy na ścianach rzeźbią serca z… gumy do żucia. Na koniec Ula oblała się gorącą czekoladą i brudne, ale za to szczęśliwe, wróciłyśmy do domu :)

Skrzaty - Amorki mają w mieście miłości dużo pracy ;)

 Przewodnik:

Transport z lotniska w Bergamo: najtaniej kupić bilet autobusowy w informacji na lotnisku (2 eu), którym dojedziemy na dworzec kolejowy. Pociąg do Mediolanu odjeżdża co godzinę i kosztuje 5 eu. Wygodniej, choć nieco drożej jest wziąć bezpośredni autobus spod lotniska, który dojeżdża do dworca centralnego w Mediolanie (9-10 eu). Samo lotnisko jest malutkie i nie sposób się tam zgubić.

Pociąg do Werony: 10eu, rozkład jazdy można sprawdzić na trenitalia.com Uwaga! Pociągi we Włoszech często mają opóźnienia.

Arena di Verona: na co dzień dostępna do zwiedzania dla turystów, można też wybrać się na koncert operowy. Aktualne informacje na http://www.arena.it/

Aperitivo: codziennie między 18 a 22 kupując piwo lub drinka (8-10eu) można częstować się bez ograniczeń włoskim jedzeniem w formie szwedzkiego stołu. Wiele dobrych knajp można znaleźć w dzielnicy Navigli, polecam dotrzeć tam spacerem z Duomo Centrale.

Ceny: hamburger 1 eu, wejście na taras Duomo- 6 eu schody lub 10 eu winda, najtańsza pizza, jaką udało nam się znaleźć 4 eu, wino od 1,5 eu, bilet dobowy na komunikację 4,5 eu, jednorazowy 1,5 eu.

Nocleg: couchsurfing.com

Przelot: wizzair za 150 zł z Warszawy

Grazie! Dziękuję

Previous Older Entries

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 145 other followers