Operacja Dzika Ameryka w konkursie Stypendium z Wyboru!

W Boliwii spotkam się z jaguarami (także z tym na zdjęciu), wyjcami, pancernikami i innymi cudacznymi zwierzakami.

Była już Azja, była też Afryka. Poznałam prawdziwe piękno tego świata, którym jest dla mnie wolność i niezależność niesamowitych, dzikich zwierząt. Zanurzając się w gęstwiny egzotyki za każdym razem doznawałam uczucia pełni szczęścia, dlatego wiem, że moja pasja może stać się zajęciem na całe życie. Ogromnie tego pragnę.

Jako kolejny krok w drodze do realizacji celu obrałam nowy kierunek – Amerykę Południową. W końcu tam mnie jeszcze nie było :) Planuję zaszyć się w sercu amazońskiej dżungli oraz posmakować życia w dziczy i otoczeniu tego wszystkiego, co tak bardzo mnie fascynuje. Będą to dni ciężkiej pracy, ponieważ w tak odległych zakątkach brakuje znawców medycznego fachu gotowych do wyrzeczenia się udogodnień współczesnej cywilizacji. Bycie wolontariuszem przynosi jednak znacznie cenniejsze wynagrodzenie, niż można by się spodziewać – wzbogaca duszę i pozwala na czystą radość.

Boliwia to kraj, z którego najliczniej uprowadza się zwierzęta, kradnie młode ich matkom i rozbija rodziny. Zniewolone trafiają na czarny rynek oraz do szukających zysku pseudomiłośników. Te, które mają na tyle szczęścia i zostaną uratowane z rąk okrutników, często są w bardzo słabym stanie tak zdrowotnym, jak i psychicznym. Tutaj zaczyna się rola ośrodka, do którego pragnę się udać. Okaleczone sieroty mają tam szansę nie tylko na opiekę medyczną, ale też na lekcję życia w dziczy, którą zbyt wcześnie im odebrano. Dzięki temu zwierzęta ostatecznie mogą powrócić do świata, który do nich należy.

Jako wolontariuszka w Boliwii będę miała okazję poznać z bliska wiele przedziwnych stworzeń, których nie zobaczyłabym nawet w ZOO. To też możliwość sprawdzenia moich dotychczasowych umiejętności w pracy z dzikimi zwierzętami, a także zdobycia nowego doświadczenia. Jednakże tym razem powodzenie tego projektu zależy od Was, drodzy Czytelnicy. Ponieważ koszty wyjazdu są dla mnie barierą nie do pokonania – postanowiłam zgłosić mój pomysł w studenckim konkursie. Oddając glosy na moją aplikację, pomożesz mi w realizacji wyjątkowej pasji.

Instrukcja głosowania:

- wejdź na aplikację: http://stypendiumzwyboru.absolvent.pl/uczestnicy/operacja-dzika-ameryka-1083

- połącz się z facebookiem używając ikony w dolnym lewym rogu

- następnie w tym miejscu pojawi się różowy przycisk z napisem “oddaj głos”

- klikasz i pomagasz mi ratować dzikie zwierzęta Ameryki Płd.

Za wsparcie ogromnie wszystkim dziękuję!

Na tropie dzikich zwierząt

Będąc w Afryce nigdy nie miałam dość podziwiania i spoglądania na tętniącą zielenią przyrodę oraz jej dzikich mieszkańców, zajętych swoimi codziennymi sprawami. Na szczęście mieszkając w buszu takich okazji nie brakowało. Sam ośrodek położony był wewnątrz parku i odgrodzony siatką, co zapewniało względne bezpieczeństwo wolontariuszom, pracownikom i przede wszystkim trzymanym tam zwierzętom. Bardzo często dzicy goście podchodzili zaciekawieni pod samą bramę. Ja również odwiedzałam ich każdego dnia, choćby w drodze na śniadanie i kolację do oddalonej nieco restauracji.

Ile żyraf widzisz na obrazku? odp: 6!

Zwłaszcza wieczorami miałam doskonałą okazję przyjrzeć się zwierzętom, które prowadzą nocny tryb życia i nie sposób ich wypatrzeć za dnia. Z latarką w ręku i aparatem w pogotowiu przeczesywałam park szukając tajemnic, które kryją się w najciemniejszych jego zakamarkach. Raz szakal zabłysnął bystrymi oczami i ukrył się szybko w gęstej roślinności. To zaś napotkałam małą, śpiącą żyrafkę z szyją owiniętą wokół własnego ciała; nieco dalej odpoczywała reszta rodziny. Cisza i cierpliwość to zalety najlepszego tropiciela. W końcu po paru dniach udało mi się wypatrzyć małpiatkę galago. Jedną z nich opiekowaliśmy się w ośrodku, ale po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się jej w naturalnym środowisku, gdyż są aktywne tylko nocą.

Galago lub też Bushbaby to małpiatka o nocnym trybie życia

Również weterynarz, a może zwłaszcza on, powinien umieć poruszać się po buszu i znać zasady, jakimi rządzi się ten świat. Dlatego jednym z elementów szkolenia, jakie przechodzili studenci w Moholoholo, był kurs tropienia zwierząt. Już o świcie podekscytowana czekałam na mojego przewodnika  w umówionym miejscu. U boku wprawnego tropiciela i jego broni, którą zawsze nosi w pogotowiu, mogłam się czuć bezpiecznie. Już po paru krokach szybkim marszem Jan nagle pochylił się i dostrzegł włos zebry. Na podstawie koloru piasku i ukrytych śladów określił, jak dawno temu stado przemierzało tę okolicę. To niesamowite, jak wiele wskazujących wniosków można wyciągnąć z otaczających nas i pozornie niezauważalnych drobiazgów. Kępki rozdartych liści pod drzewem – to znaczy, że tego dnia żyrafy były tu na śniadaniu. I faktycznie, już parę minut później między pniami drzew dały się zauważyć długie, zgrabne nogi afrykańskich “modelek”. Zamrugały zalotnie długimi rzęsami, kiedy znaleźliśmy się pośród całego ich stada. Jeden z samców miał wyraźnie ciemniejsze plamki – to oznaka starości. Żyrafy z wiekiem mogą stać się nawet całkiem czarne – w przyrodzie jednak rzadko można to zaobserwować, gdyż z reguły nie dożywają tak późnego wieku. Długoszyje zwierzęta przyglądały nam się przez pewien czas, jednakże szybko straciły zainteresowanie intruzami i pogalopowały z gracją w jakby zwolnionym tempie znikając w głębi zielonej gęstwiny.

Ciemne plamy tej żyrafy to wynik podeszłego wieku. Z tyłu natomiast kryje się maleństwo.

Rzekę trzeba było po prostu przejść, na szczęście nie było głęboko. Ze względu na liczne węże, tudzież skorpiony, nawet nie zdejmowałam butów. Po drugiej stronie natrafiliśmy na pozostałości po porannej kłótni jeżozwierzy – ich kolce. Zebrałam kilka na pamiątkę i nawet udało mi się je przewieźć później do Polski. Maszerując dalej odkrywaliśmy kolejne ślady zwierząt. Nauczyłam się je rozróżniać i interpretować. Podążając za odchodami trafiliśmy w końcu na ogromną polanę – miejsce z marzeń. Niemal ze wszystkich stron otaczały nas stada rozbrykanych zebr. Żyrafy zaś widoczne były nawet z oddali, a pomiędzy nimi pasły się spokojnie antylopy gnu. Po raz pierwszy miałam okazję patrzeć na taką ilość dzikich zwierząt w jednym miejscu i szybko zakochałam się  w tym widoku.

Innym razem brałam udział w polowaniu na hipopotamy – oczywiście bezkrwawym, ale za to na przynętę. Załadowaliśmy samochód worami z granulkami paszy i wyruszyliśmy nad jezioro w piękne, leniwe popołudnie. Zwierzęta tego dnia wzięły sobie za główny cel nicnierobienie i odmówiły współpracy – mimo wyczekiwania w ciszy przez ponad godzinę, nie chciały wyjść z wody. Natomiast skorzystać z tak znakomitej okazji, jaką jest bufet z dostawą do domu, postanowiły guźce – a dokładniej mama z młodymi. Zajadały się w najlepsze nic sobie z nas nie robiąc, aż w końcu zniechęceni postanowiliśmy odjechać. Wymagało to jednak dodatkowego wsparcia, jako że poprzedniej nocy miała miejsce ulewna burza i ciężki samochód zagrzebał się w błocie. Wobec tego wolontariusze musieli zmobilizować się w sprawnej akcji i przepchnąć auto tuż obok kąpiących się hipopotamów. Dodam, że te leniwe grubaski są bardzo niebezpieczne i odpowiadają  za liczne ataki śmiertelne na ludzi. Te na szczęście nie były nami zainteresowane, a po posiłek pofatygowały się zaraz potem, jak odjechaliśmy znad jeziorka. Nie dając za wygraną, zatrzymaliśmy się kawałek dalej i wysiedliśmy z samochodu. Postanowiliśmy skradać się wśród wysokiej trawy do najbliższego wzgórza, skąd mogliśmy podglądać te tłuściochy w całej ich okazałości.

Leniwe popołudnie leniwego hipka

Darmowa wyżerka? Guźce muszą tam być!

Na smakowitą przynętę dały się złapać również i zebry

Zachowując ciszę i starając się pozostać niewidoczną dla hipopotamów podziwiałam ten wciąż nowy dla mnie świat i brałam moje pierwsze lekcje przetrwania w dziczy. A czas… zatrzymał się dla mnie.

. . .

Jeśli podobał Wam się ten wpis i chcielibyście czytać więcej moich opowieści, to proszę, zagłosujcie na mnie w facebookowym konkursie: http://apps.facebook.com/jw_mojahistoria/p/586 Dziękuję! :)

Lekcja anatomii w buszu

Weterynaria, jak wiadomo, jest trudną nauką. Wymaga ogromnej wiedzy, ale też dobrej praktyki, wyczucia i wprawnego oka. Aby poznać bliżej naszych pacjentów, często uczymy się na martwych zwierzętach, zdobywając za każdym razem wiedzę, której nie zastąpią żadne książki czy zdjęcia. Na wieść o padłym słoniu w Moholoholo na moment zapanował popłoch i wielkie poruszenie. Mieliśmy raptem dziesięć minut, żeby przygotować się do wielu godzin pracy wśród uporczywych much i wyniszczającego upału. Z jednej strony zawsze napawa mnie smutek, kiedy spotykam się ze śmiercią zwierzęcia. Z drugiej zaś doceniam tę nieczęstą okazję zajrzenia do wnętrza tych osobliwych roślinożerców, zwłaszcza, że tylko czterej studenci mieli możliwość wzięcia udziału w sekcji.

Mówi się o nich łagodne olbrzymy, a potrafią być bardzo niebezpieczne

Jazda jeepem na miejsce przeznaczenia należała do wyjątkowo ekstremalnych, zważywszy na to, że staliśmy z tyłu na pace wyginając się na wszystkie strony, aby tylko uniknąć zderzenia z wystającymi w gęstym buszu gałęziami. Na miejscu pomagało nam dwudziestu miejscowych, którzy wykroili aż 2,5 tony mięsa dla kociaków i sępów w naszej klinice – przecież w przyrodzie nic nie może się zmarnować. Ja natomiast zniknęłam “w środku” poszukując narządów wewnętrznych pomiędzy ogromnymi wręcz jelitami i z fascynacją odkrywałam zagadki dzikiego świata zwierząt.

Zdaję sobia sprawę, że nie wszyscy mają ochotę oglądać martwego słonia i dlatego wstawiam tylko to jedno zdjęcie. A jak weterynarze są zainteresowani szczegółami, to zapraszam do kontaktu.

Ze względu na spore gabaryty ciała, cała akcja zajęła wiele godzin, chociaż nie pamiętam dokładnie ile. Wiem natomiast, że kiedy kończyliśmy, był już środek nocy, a wokół panowała zupełna ciemność, w której nie sposób było nic dostrzec. Wokoło rozstawione były samochody z włączonymi silnikami i światłami, co miało nie tylko ułatwić nam pracę, ale przede wszystkim odstraszyć potencjalnych intruzów, którzy zwabieni zapachem świeżego mięsa z pewnością czaili się w pobliżu i czekali na swoją kolej. W końcu kości i wnętrzności pozostawiliśmy w buszu – za pewne ku radości hien i innych mięsożerców.

W przyrodzie nic nie ginie - mięso martwego słonia starczy na co najmniej miesiąc, aby wyżywić kociaki w ośrodku

Jak się później okazało, intensywny zapach krwi martwego słonia zwabił nie tylko zainteresowanych tanim posiłkiem. Wracając samochodami załadowanymi mięsem, zostaliśmy zaskoczeni przez potężnego samca słonia – prawdopodobnie brata zmarłego, który pojawił się nagle z głuchej ciemności w świetle reflektorów. Olbrzym miał zdecydowanie nieprzyjazne nastawienie i ruszył w naszą stronę wachlując ogromnymi uszami i wymachując trąbą. Woń zmarłych krewnych wywołuje u słoni agresję, a że są od nas znacznie większe i o wiele szybsze oraz silniejsze, to jest się czego bać. Nasz kierowca bez żadnego ostrzeżenia wdepnął gwałtownie pedał gazu i wyminęliśmy zwierzę w ostrym zakręcie. Na szczęście nie miał ochoty nas gonić – ufff…

Jazda nocą przez busz z wonią świeżej krwi ciągnącą się za samochodem wiąże się z ryzykiem spotkania drapieżników, ale nie tylko

Walka z kłusownictwem, ekspansją cywilizacji i w związku z tym zagrożeniem wielu gatunków zwierząt jest bardziej skomplikowaną sprawą, niż zdawałam sobie dotąd sprawę. Stosuje się przy tym przeróżne techniki, mniej lub bardziej niebezpieczne. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nad głowami niczego nieświadomych mieszkańców afrykańskiego buszu przelatują pociski i toczy się walka o życie i o fortunę oczywiście. Kenijski prezydent na znak protestu spalił całą odzyskaną kość słoniową wartą kilkanaście milionów dolarów. Niestety, niewiele to zmieniło w prostych umysłach zabijających, których nierzadko głód i bieda zmusza do tak okrutnych czynów. Z kolei południowoafrykański rząd zdecydował się sprzedać kość słoniową, co z początku wywołało u mnie zniesmaczenie. Okazuje się jednak, że kiedy olbrzymie kły zostały rozesłane w świat, ich cena spadła do tego stopnia, że kłusownikom przestały się opłacać dalsze polowania (a dodam, że wytropienie i postrzelenie słonia proste nie jest  i wymaga kosztownego sprzętu). W ten sposób w Kenii wciąż ratuje się pojedyncze sztuki, podczas gdy w RPA słoni jest obecnie za dużo jak na dostępną im do życia powierzchnię, która jest niczym, jeśliby porównać do czasów, kiedy całe stada przemierzały kontynent od jego południowego krańca aż po Tanzanię i Kenię. Stworzyło to kolejny problem, bowiem ci ogromni roślinożercy przemieszczają się niszcząc po drodze wszelką roślinność i wieloletnie drzewa. Ekosystem zmienił się do tego stopnia, że z kolei zaczęło brakować pożywienia dla innych zwierząt i tym sposobem wyginęły niektóre gatunki antylop, a także ptaków.

Czy można powiedzieć, ile warta jest utrata piękna tego świata? Tutaj lwica, która wyrwała się z uścisku morderczych drutów.

Na tym przykładzie chciałam Wam przedstawić, drodzy Czytelnicy, jak skomplikowana jest każda próba chronienia zagrożonych zwierząt. Nasza Ziemia staje się coraz uboższa za każdym razem, kiedy bezpowrotnie ginie ostatni osobnik swojego gatunku. W świecie przyrody, do którego choć raz wtrącił się człowiek, bardzo ciężko jest zaprowadzić z powrotem właściwy porządek i równowagę. Wśród znanych, a także kontrowersyjnych metod trzeba szybko wybrać tę, która będzie skuteczna – zanim będzie za późno.

W wojnie o życie i fortunę wszystkie chwyty są dozwolone...

W świecie nosorożców

Odkąd wróciłam, powtarzam często, że tęsknię za Afryką. I tak też jest, ale wyznam coś jeszcze – w szczególności zakochałam się w nosorożcach i to od pierwszego wejrzenia, kiedy półtoramiesięczne maleństwo prawie wpadło na mnie z rozpędu. Nasze pierwsze spotkanie skończyło się licznymi siniakami i otarciami na moich nogach, a potem dowiedziałam się, że mam zostać mamą tego rozbrykanego malucha. Odnoszę wrażenie, że dopiero wtedy zaczęła się moja przygoda z najdzikszą odsłoną Afryki, która nie wiadomo kiedy skradła moje serce i teraz nie pozwala o sobie zapomnieć…

To maleństwo skradło moje serce!

Przyjmując z entuzjazmem tę wiadomość, nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że czekają mnie w większości długie i nieprzespane noce. Kiedy zmęczona Danny położyła w końcu głowę na moich kolanach i usnęła cichutko pochrapując, mogłam zamknąć oczy i wsłuchiwać się w przeciągłe wycie hien i nawołujące się z dwóch stron lwy. Wówczas nie liczyło się nic więcej – tylko ta chwila bliskości z moją wymarzoną Afryką, kiedy mogłam poczuć się jej częścią.

Afryka, nosorożce i ja! Tutaj z Delą

Pisałam już wcześniej o mordzie nosorożców, które giną w odwiecznej wojnie ludzkości o bogactwo. Napędzają ją bezpodstawne wierzenia w leczniczą moc ich rogu. Życie biologicznej matki Danny zostało przelane w banknoty, kiedy mała miała dopiero trzy tygodnie. Bezbronna, w pełnym niebezpieczeństw buszu, stałaby się szybko pożywieniem dla drapieżników. Jednakże ktoś w porę odnalazł ją błąkającą się przy zwłokach i powiadomił Moholoholo Wildlife Centre. Obrońcy zwierząt zdecydowali się w miarę możliwości zastąpić maleństwu matkę i nauczyć ją, jak żyją nosorożce, tak żeby kiedyś mogła powrócić do swojego świata. W naturze usamodzielnienie się nosorożca zajmuje aż dwa lata, więc będzie to długotrwałe i wymagające zajęcie. Na szczęście pracownicy Moholoholo znają się na tym najlepiej, gdyż na nie-szczęście robili to już wcześniej. Wiele razy…

Młode nosorożce potrzebują stałej opieki - również w nocy, więc śpimy razem w klinice

Przyznaję, że opieka nad małym nosorożcem była wyczerpująca, ale zmęczenie to pozwalało mi się cieszyć myślą, że chociaż w małym stopniu przyczyniam się do ocalenia tych cudownych stworzeń. Ponieważ dla młodych już samo przebywanie z ludźmi w zupełnie innym otoczeniu jest ogromnym stresem, może to skutkować wrzodami żołądka. Dlatego Danny zapobiegawczo dostawała codziennie leki, a także inne niezbędne suplementy. Wielką butlę mleka pochłaniała w pół minuty, chociaż karmiłam ją dokładnie co trzy godziny przez całą dobę. Kiedy robiła się głodna, szturchała mnie niedelikatnie swoim niewyrośniętym rogiem i kwiczała znacząco. Już po kilku dniach zaczęłam rozróżniać jej odgłosy, kiedy była podekscytowana lub śpiąca. Kolejnych parę dni później nauczyłam się jej odpowiadać – tak, jak robiłaby to prawdziwa mama nosorożec.

Danny szaleje za mleczkiem!

To naturalne, że nosorożec pod pachami lub też pod ogonem nosi małych intruzów – kleszcze. Dlatego kiedy i Danny dostała swoje pierwsze, nie wolno mi było ich usuwać, gdyż mając wrócić kiedyś na wolność, musiała przyzwyczaić się do rozmaitej flory bakteryjnej i pasożytniczej. W walce z kleszczami dopuszczalne były tylko zasady buszu, a nie ma lepszej metody niż kąpiel w błocie. Tylko jak wytłumaczyć małemu nosorożcowi, że ma się wytarzać w tamtej dziurze w ziemi pod drzewkiem? Proste – trzeba się wykąpać razem z nim!

Ta dwulatka potrafi już pokazać, kiedy jej się coś nie podoba. I lepiej nie stać jej wtedy na drodze!

Danny nie jest jedynym nosorożcem, który znalazł tymczasowy dom w Moholoholo. Dwuletnia Dela kocha towarzystwo, ale niecierpliwi się na każdy spacer do parku. Kiedy była mała, utknęła w błocie i przez kilka dni bezskutecznie próbowała się wydostać. Ratownicy obserwowali ją z ukrycia, ale kiedy po pewnym czasie matka opuściła swoje młode, zdecydowali się wkroczyć z pomocą. Teraz Dela jest już gotowa do wypuszczenia na wolność i czeka na akceptację przez władze parku. Ponieważ w nowy etap w życiu nie powinna wkraczać sama, specjalnie dla niej zostanie kupiony samiec w podobnym wieku. Kiedy już się poznają, otwarta zostanie przed nimi brama ku wolności i będą mogli pomaszerować swoją ścieżką.

Na spacerze z Delą

Oprócz lekcji z codziennej opieki nad nosorożcami miałam również okazję wertować liczne pliki i protokoły ośrodka zebrane przez lata pracy z tymi zwierzętami. Chłonęłam łapczywie każdą informację na temat ich zdrowia, jego zaburzeń i metod leczenia. Zdobyłam dzięki temu wiedzę, której nie znalazłabym w żadnej książce weterynaryjnej, a także cenne doświadczenie, jak chociażby kiedy usiłowałam uporać się z biegunką Danny (czyt. z chorobą i tym, co zostało wszędzie na podłodze kliniki…) lub gdy szukałam tętnicy do zbadania tętna czy też mierzyłam temperaturę biegnąc za niezadowoloną z tego faktu Delą. Wyznam więc coś jeszcze – przygoda z nosorożcami to moje najcudowniejsze przeżycie w Afryce. Wspomnienie, które każe mi wracać, powołanie, które nadaje rytm mojemu życiu. Mam więc nadzieję, że to dopiero początek…

Czyż nie jest piękna?

Jak poskromić lwicę nie mając anestetyku ani strzelby

No właśnie, jak? Kłusownictwo to problem dotyczący nie tylko Parku Krugera, ale całej dzikiej Afryki. Metody zabijania są różne, a jedna gorsza od drugiej. To teraz trochę prawdy o sytuacji zwierząt w RPA.

Podczas jednego z wyjazdów monitoringowych w największym i najstarszym parku Afryki Południowej znaleźliśmy lwicę z zaciśniętą pętlą na szyi. Lina werżnęła się głęboko w skórę tworząc rozległą ranę. Zanim zwierzę by umarło, minęłoby zapewne jeszcze kilka dni w okropnych męczarniach. Zadzwoniliśmy zatem po najbliższego weterynarza, jednak nie mógł dojechać wówczas na miejsce – podobnie jak pozostałych dwóch. I co w takiej sytuacji zrobić?

Każda nocna akcja wiąże się z niebezpieczeństwem, więc studenci mogli być tym razem tylko obserwatorami z samochodu

Naszym przewodnikiem był ranger z 20 – letnim doświadczeniem. Za jego radą pojechaliśmy do apteki i kupiliśmy 100 tabletek nasennych. Następnie Rob ustrzelił antylopę, którą nafaszerowaliśmy lekiem i rzuciliśmy lwicy do pożarcia. Kiedy usnęła, mężczyźni szybko związali i unieruchomili zwierzę, ponieważ trudno było przewidzieć, jaka ilość leku dostała się do krwioobiegu, ani tym bardziej kiedy lwica się wybudzi. Na szczęście cała operacja przebiegła bardzo sprawnie i udało się ją uwolnić z pętli oraz zdezynfekować ranę.

Gdzieś w pobliżu prawdopodobnie znajdowała się reszta stada

Przeżycie – bezcenne. Uświadamia, jak wiele pracy i poświęcenia trzeba jeszcze włożyć, żeby zakończyć wreszcie okrutny proceder kłusownictwa, który dotyczy przecież nie tylko Afryki, ale również naszych polskich, dzikich zwierząt.

Zdjęcia z innych patroli:

Szukając kwiatu, odnaleźć całą łąkę

Zgubiłam się w Johannesburgu, wydałam za dużo pieniędzy i objadłam się soczystym mango. Teraz czas wrócić do rzeczywistości i nadrobić zaległości na blogu. Po wzruszającym rozstaniu chętnie powspominam cudowny czas spędzony w Durbanie. A skąd taki tytuł? Ponieważ przyjechałam tutaj, aby zdobywać praktykę weterynaryjną, a w rzeczywistości nauczyłam się więcej, niż mogłam przypuszczać – oto moja łąka pełna najcenniejszych kwiatów, które nigdy nie zwiędną.

Najlepsza klatka, to pusta klatka

Na miejscu oprócz mnie pracowało jeszcze dziesięciu wolontariuszy z różnych kontynentów i kilku lokalnych ludzi, którzy wolne popołudnia poświęcali pracy na rzecz ośrodka. Łączyło nas jedno – miłość do zwierząt. Stworzyliśmy razem zgraną ekipę, która sprawnie przeprowadzała wszystkie akcje ratunkowe. Każdy miał swoje zadanie i wykonywał je z pełnym poświęceniem, dlatego mogę spokojnie powiedzieć, że odnieśliśmy sukces i to jako drużyna.

Emerytowana nauczycielka z Londynu, trener piłki z Norwegii, czy studentka biologii dzikich zwierząt z Australii – każdy, w zależności od kwalifikacji, przyczynił się do poprawienia dobrostanu zwierząt i umożliwienia im powrotu na wolność po rehabilitacji. Do moich zadań należała opieka nad ssakami w szpitalu, pomoc medyczna pacjentom wraz z pielęgniarkami i lekarzem i oczywiście udział w akcjach ratunkowych oraz wypuszczaniu zwierząt na wolność. Zdecydowanie najcięższą lekcją są zawsze rozstania, bo chociaż wkładam całe serce w to, co robię i co nazywam moją pasją, to jednocześnie muszę nauczyć się panować nad uczuciami i nie przywiązywać emocjonalnie do zwierząt, którymi się zajmuję. A nie jest to proste.

Zdecydowanie najwięcej trudności przysporzył nam jeden maluch – kilkutygodniowy samiec antylopy Mountain Reedbuck. Jego matka została zabita przez kłusowników, a młody przez 5 dni błąkał się po buszu bez jedzenia i wody. Kiedy trafił do ośrodka, był bardzo słaby i odwodniony. Natychmiastowe leczenie tylko na chwilę poprawiło stan sieroty, właściwy problem leżał głębiej. Mała antylopa wcale nie wykazywała chęci do życia i przestała pobierać pokarm, w jej oczach można było zobaczyć głęboki smutek i niezrozumienie wszystkiego, co się wokół dzieje. Kiedy nic nie pomagało, zdecydowaliśmy się w końcu na eksperyment.

Dołączyliśmy maleństwo do pozostałych dwóch antylop. Jedna z nich straciła uszy w pożarze, na szczęście rany już dawno się zagoiły. Okazała się być świetną mamą zastępczą. Już po kilku dniach młody zaczął podążać niepewnie jej śladami, płoszyć się w tej samej chwili i podjadać trawkę w ślad za nową przewodniczką. Zaczął ssać mleko z butelki i wykazywał zainteresowanie wszystkim, co się wokół niego dzieje, a to znaczy, że wróciła wola przetrwania. To doświadczenie pokazało mi, jak trudna jest praca z dzikim zwierzęciem. Weterynaria to pojęcie o wiele szersze niż tylko leki i wykute na pamięć procedury. To intuicja i umiejętność wyczucia pacjenta, dla którego traumą jest już samo zamknięcie w klatce i obcowanie z człowiekiem.

Wallis jest dziką świnią i kolejną sierotą odnalezioną w buszu. Kiedy go poznałam, właśnie kończył etap picia z butelki i stopniowo przechodził na stały pokarm. Oprócz codziennego monitorowania jego stanu zdrowia, przeprowadzałam z nim ćwiczenia rehabilitacyjne. A przynajmniej próbowałam, bo koniec końców to Wallis ćwiczył mnie, uciekając na kąpiele błotne i wycierając się potem w moje spodnie z radosnym kwikiem ;)

W naszym przedszkolu swoje pierwsze kroki stawiały również koczkodany. Były podzielone na trzy grupy, w zależności od etapu rozwoju. Najmłodsze były karmione mlekiem, przy czym część z nich borykała się z grzybicą (kandydoza) i konieczne było podanie antybiotyku. Najmniejszy z nich miał dodatkowo problem z uszami, które puchły za każdym razem, kiedy ssały je pozostałe małpki. Nie było zatem wyjścia – trzeba było maleństwu zrobić czapeczkę ;)

Podczas pobytu w Durbanie miałam również okazję odwiedzić Centrum Badania Rekina i przeprowadzić sekcję zwłok rekina młota. Dowiedziałam się między innymi, że te drapieżniki mają dwie wątroby i rozmnażają się aż na cztery różne sposoby, przy czym mogą również rodzić żywe młode (czyli tak jak my-ssaki). Samica jest nierzadko zmuszana do kopulacji i dotkliwie przy tym raniona przez samca. Obecnie te fascynujące stworzenia, o których wciąż niewiele wiemy, są gatunkiem zagrożonym ze względu na okrutny proceder polegający na odcinaniu płetw i wrzucaniu żywych ryb z powrotem do wody, gdzie powoli się wykrwawiają. Możesz temu zapobiec podpisując petycję: http://sharkalliancepetition.org/  Dziękuję w imieniu rekinów!

Na ratunek dzikim zwierzętom!

Już od ponad tygodnia pracuję dla C.R.O.W. – organizacji, która zajmuje się leczeniem i pomocą wszystkim dzikim zwierzętom w Południowej Afryce. Ponieważ jest to instytucja pozarządowa, warunki są bardziej niż skromne, a całość funkcjonuje tylko dzięki sponsorom i dobrowolnym wpłatom. Mimo to, tylko w ciągu ostatniego roku udało się tutaj uratować aż 5 000 zwierząt, które zostały pokrzywdzone przez człowieka. A kim są nasi pacjenci?

Mimo skromnych warunkow w klinice uratowano juz wiele tysiecy dzikich zwierzat, ktore zdrowe i szczesliwe wrocily na wolnosc

Góralek przylądkowy (dassie) – chociaż rozmiarem niewielki, to w rzeczywistości najbliższy obecnie żyjący krewny słonia. Jego niezwykła anatomia fascynuje wielu naukowców – góralek posiada żołądek przypominający w budowie koński, prócz tego siekacze gryzoni, górne trzonowce jak u nosorożca, zaś dolne uzębienie hipopotama. Natomiast ich mózg i kły są zbudowane tak jak u słonia i tak jak one mają doskonałą pamięć. Te specyficzne zęby sprawiają, że góralek sieje największy postrach w naszej klinice i nikt nie chce mieć z nim do czynienia – jest agresywny, w czym zupełnie nie przypomina łagodnych olbrzymów. Jest też najbardziej leniwym stworzeniem ze swojej rodziny i uwielbia godzinami wygrzewać się na skałach. Jego oczy posiadają specjalną błonę, która zasłania soczewkę i pozwala mu patrzeć prosto w stronę słońca – to dodatkowa ochrona przed drapieżnikami: leopardami, orłami lub pytonem.

Goralek i jego ostre zeby

Genet* – tymczasowy dom mają u nas dwie rodzinki tych prześlicznych kocich krewnych. W naturze są samotnikami i prowadzą nocny tryb życia polując na drobną zwierzynę. To, czym mnie urzekły, to przepiękne, nienaturalnie długie ogony. Mają też wyjątkowo duże oczy i uszy przy stosunkowo małej głowie. Tak dobrze wprawiły się w skakaniu po drzewach, że rzadko kiedy schodzą na ziemię. W Europie i USA są trzymane jako zwierzęta domowe i zywione karmą dla kotów lub… fretek. Patrząc każdego dnia na te cudowne stworzenia z jednej strony miałabym ochotę zatrzymać je przy sobie, jednakże w głębi serca wiem, że ich miejsce i szczęście jest na wolności. Te, którymi się opiekuję, są jeszcze całkiem małe, więc minie kilka miesięcy, zanim się usamodzielnią i będzie je można wypuścić. Wiecie, że maluchy dojrzewają dopiero w wieku dwóch lat?

czyz nie sa piekne?

Mangusty – przybyły na kontynent z Madagaskaru. Te słodziaki również potrafią nieźle ugryźć. Żyją w licznych rodzinach, gdzie każdy ma swoje zajęcie – kiedy jedne niańczą dzieci, drugie w tym czasie szukają pożywienia. W przeciwieństwie do innych drapieżników, źrenica mangusty jest owalna i pozioma, zupełnie jak u kóz. Kiedyś trzymano je, aby zabijały węże i szczury (polują nawet na jadowite kobry i żmije), jednakże wywołały większe zniszczenie, niż można było się spodziewać. Dlatego teraz ich przewożenie na inne kontynenty jest surowo wzbronione. Człowiek to jednak sprytne stworzenie i wymyślił inny sposób, żeby wykorzystać mangusty – na przykład do biosyntezy sztucznej skóry, która będzie się nadawała do leczenia oparzeń.

mama strzeze swoich dzieci przed kazdym potencjalnym wrogiem

Prosta zabawka, a moze zajac mangusty na cale popoludnie...

Ośrodek jest domem dla wielu małych i średnich dzikich zwierząt, podczas gdy duże znajdują się tylko na terenie parku ze względu na brak odpowiednich pomieszczeń (w ekstremalnych sytuacjach są przewożone do innych klinik, jak na przykład ta, do której jadę za tydzień). W tej chwili trwa tak zwany „baby season”, więc opiekuję się w większości młodymi, które zostały ranne lub osierocone w wyniku ludzkiej ingerencji. Proces ich usamodzielnienia się może trwać nawet do kilku miesięcy, więc już ich nie zobaczę na wolności (chyba, że postanowię tu zostać;)). Miałam jednak okazję brać udział w wypuszczeniu mangust, które radośnie się rozbiegły i zniknęły szybko z naszych oczu, żeby budować nowy dom ;)

Po drodze znaleźliśmy świeże jeszcze zwłoki żyrafy. Krążyliśmy wokół przez pewien czas w oczekiwaniu lwów, ale te najwyraźniej postanowiły poczekać, aż będą mogły w spokoju zjeść swój posiłek.

jako ze zyrafy sa malo stabilne na betonowej drodze, staja sie wowczas latwym lupem dla drapieznikow

*Użyłam angielskiej nazwy gatunku, bo niestety nie mogłam znaleźć polskiego odpowiednika. Jak wrócę, to spróbuję się do tego dogrzebać.

Indie z perspektywy czterech łap

Pamiętam, jak wczesnym rankiem stałam na rogu pustych ulic w Ahmedabadzie. Długo czekałam, kiedy we mgle wielkomiejskiego smogu pojawił się Lalu, nieśpiesznie maszerując bosymi stopami po stertach ulicznych śmieci. Początkowo wystraszyłam się, że zerwałam biedaczysko wcześnie z łóżka, aż zapomniał butów założyć. Wyjaśnił mi jednak, że w ten sposób chce wypełnić swoją karmę. Otóż postanowił, że będzie chodził boso dotąd, aż stworzy profesjonalny ośrodek pomocy bezdomnym zwierzętom. Pomyślałam wtedy, że to dobry początek i zapowiada się owocna współpraca. Może poniekąd miałam rację, aczkolwiek prawda nie zawsze jest piękna.

Nasi kochani pacjenci :)

Zaczynałam zawsze o 9. Lalu ze “swoimi ludźmi” podjeżdżali pod mój hotel, skąd czekała nas długa droga do schroniska, szumnie zwanego kliniką. Przetaczając się powoli wśród niekończących się korków oraz mijających nas zaprzęgniętych wielbłądów i słoni,  co dzień zatrzymywaliśmy się na hinduską herbatkę z mlekiem. Uśmiechałam się wtedy szeroko, po czym wylewałam dyskretnie tą pyszną herbatkę za siebie. Gdybym była prawdziwym globtroterem, to wypiłabym ją nie z filiżanki, ale ze spodeczka, czyli wedle lokalnego zwyczaju. Ja jednak zadowoliłam się jednym łykiem woląc nie ryzykować problemów żołądkowych (chociaż i tak mnie w końcu dopadły…), tudzież innych nieprzyjemności.

Każde zwierzę ma szansę na całkowicie darmowe leczenie w klinice, której założycielem, właścicielem i fundatorem jest Lalu

Potrząśnij naszym światem i odwróć go do góry nogami, a znajdziesz się nie w Australii, lecz właśnie w Indiach, które po miesiącu podróży wciąż mnie zaskakiwały. W fundacji jedynym stałym pracownikiem jest Jagdish – pielęgniarz analfabeta. Do dziś zastanawia mnie, jak rozróżniał leki, niestety nie mogłam go o to spytać, gdyż nie posługiwał się angielskim. A jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że był najsympatyczniejszym człowiekiem, jakiego spotkałam w ciągu całej tej podróży. Nauczył mnie podstaw chirurgii i pokazał, jak dbać o drapieżne ptaki. Wspólnie wytężaliśmy siły niemal do północy skupieni na jednym tylko celu. Czy się opłaciło? Warunki pozwalały nam na wykastrowanie około siedmiu psów dziennie w mieście zamieszkałym przez ponad 300 tysięcy czworonogów. Jednakże moment, kiedy zwróciliśmy orła jego światu i pozwoliliśmy mu wrócić na wolność po ciężkiej rehabilitacji, pozwala mi odpowiedzieć – tak, dla takich chwil warto się starać.

Jagdish i moje pierwsze lekcje sterylizacji suki

To właśnie drapieżne ptaki stanowiły zdecydowaną większość naszych pacjentów. Przyczyna jest prosta – jako że w Indiach brakuje ogólnodostępnej rozrywki, dużą popularnością cieszą się konkursy w puszczaniu latawców. Efektem tego są poskręcane żyłki, zwisające z każdego drzewa w mieście i będące powodem poważnych okaleczeń ptaków. Już na wstępie pracy w ośrodku czekała mnie pierwsza operacja – amputacja skrzydła. Te ptaki, które już nigdy nie polecą, dostały szansę na dożywotni, spokojny dom w klinice. Co rano sadzano je na żerdzi, skąd bacznie obserwowały naszą pracę w schronisku.

Sęp i orzeł przedni

Po raz pierwszy miałam również okazję przyjrzeć się z bliska wielbłądowi. Jego poważna infekcja nosa była skutkiem okaleczenia metolowym kolcem, służącym do poskramiania zwierzęcia. Wewnątrz rany mnożyły się larwy, a okropny ból prowokował wielbłąda do agresywnego zachowania. Niestety, właściciel nie zgodził się na usunięcie przedmiotu z nosa. Na informację, że leczenie potrwa kilka dni, a nawet tygodni, również zareagował niechętnie. Miałam wrażenie, że oczekiwano od nas raczej cudu – w magiczny sposób mieliśmy w jednej chwili przywrócić zwierzę do zdrowia. Z drugiej jednak strony staram się zrozumieć ludzi, dla których ten wielbłąd jest jedynym źródłem utrzymania, a jego nawet darmowe leczenie wiąże się z kolejnymi tygodniami głodówki i żebractwa. I dlatego chyba tylko w Indiach możliwa jest tak absurdalna sytuacja – Lalu postanowił zapłacić właścicielowi za każdy dzień spędzony przez wielbłąda w klinice. Ciekawe, czy pacjent zdawał sobie sprawę, jak wielkie szczęście spotkało go w tym trudnym i niepojętym do końca dla nas świecie.

Infekcja nosa wielbłąda - do rany po metalowym gwoździu wdarły się larwy much

Poziom higieny w Indiach można uznać za gorzej niż marny. Niestety, świadomość zagrożeń wynikających z jej braku nie jest popularna wśród Hindusów. Pewnego dnia przyjechał do nas szczeniak z wścieklizną, bardzo popularną z resztą chorobą zakaźną w Indiach. Dla tego psa nie było już ratunku, jednakże do klatki z jego odchodami został natychmiast wrzucony kolejny psiak. Zszokowana tłumaczyłam, czym są drobnoustroje, jak się przenoszą i dlaczego tę klatkę trzeba bardzo dokładnie umyć i zdezynfekować. Po półgodzinnym wywodzie ktoś posłusznie wziął wiadro wody, wylał do klatki i przetarł starą szmatą. Dla nich było już czysto, a mi opadły ręce.

Okruszek - mój ulubieniec :)

Jednej niedzieli Lalu postanowił zabrać wolontariuszy na wycieczkę. Nie jestem pewna, czy do końca wiedział, co mówi, używając tego słowa. Po męczącej jeździe przez wyboiste, polne drogi pośrodku dosłownie niczego, trafiliśmy na gospodarstwo rolne. Tam, zarówno dzieci, jak i dorośli, zajęci byli pracą i codziennymi obowiązkami, zupełnie oderwani od reszty świata. Dowiedziałam się, że jest to dom starości dla krów. Ponieważ eutanazja jest zabroniona, państwo wyznacza całe mnóstwo takich ośrodków, gdzie niedołężne i stare zwierzęta, które nie radzą już sobie na ulicy, mogą pozostać do końca swych dni. Koniec ten jest jednak bliższy, niż mogłoby się wydawać. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, akurat przepędzano krowy z jednego pastwiska, na drugie. Widok przerażonych i wychudzonych zwierząt ścisnął mnie za serce – na rzekomym “pastwisku” nie rosła trawa, brakowało jedzenia i wody. Nie wspomnę o opiece medycznej – w oborze w tragicznych warunkach dogorywała jedna z krów. Bezsilność sprawiała, że nie mogłam dłużej znieść tego obrazu cierpienia. Niestety, prawdą jest, że to właśnie święte krowy mają najbardziej marny żywot spośród wszelkich istot zamieszkujących Indie – kraj chociaż piękny, lecz jakże przy tym okrutny i boleśnie niezmienny.

Dom starości dla krów, gdzie są przetrzymywane wychudzone i okaleczone zwierzęta niemalże bez jedzenia czy dostępu do jakiejkolwiek opieki medycznej

Odosobniony świat, czyli niewielkie gospodarstwo oddalone o kilometry od cywilizacji - szpitala, szkoły, sklepów

Chociaż widziałam dobre intencje pracujących w schronisku ludzi, to jednak brak fachowej wiedzy medycznej oraz wielu ważnych leków mocno ograniczały możliwości pomocy zwierzętom. Cały sukces opiera się na współpracy wolontariuszy – weterynarzy i studentów – którzy przyjeżdżają tam i przekazują swoją wiedzę. Lalu zapytał się kiedyś, czy umiemy pomóc psu z nowotworem – wydawało im się, że przy odpowiednich lekach można w kilka dni wyleczyć raka lub choroby serca. Ponieważ do lecznicy trafiały najczęściej zwierzęta w ciężkim stanie, zdarzało się, że leczenie było bardziej przypadkowe i niepewne, przez co niekiedy mogli nawet bardziej zaszkodzić, aniżeli pomóc pacjentowi. Wszystko to uświadomiło mi, że weterynaria w Indiach właściwie nie istnieje.

Wtem z rozmyślań wyrwało mnie głośnie dudnienie. Zdawało mi się, że słyszę grzmoty piorunów, a to tylko małpy goniły się nad naszymi głowami, przeskakując po blaszanym dachu kliniki…

Langury, jak to małpy, lubią przeszkodzić w najmniej oczekiwanym momencie

Rozwścieczonej małpie lepiej ustąpić drogi ;)

Tiger Temple- Świątynia Tygrysów w Tajlandii

VII. Kanchanaburi- Tiger Temple.

Po dwóch i pół tygodnia podróży w końcu docieram na miejsce przeznaczenia. Jeszcze przed wejściem rozglądam się czujnie, choć niecierpliwie z nadzieją upatrzenia jakiegoś zwierza na spacerze. Ponieważ akurat nie dostrzegam żadnego, szybko kupuję bilet (500B), przebieram się (obowiązuje odpowiedni ubiór) i wkraczam na teren Świątyni. Nie jestem w stanie uwierzyć własnym oczom, kiedy docieram do kanionu, gdzie wśród skał właśnie wypoczywa sobie jakieś dwadzieścia tygrysów! Leżą spokojnie, zupełnie nie zwracając uwagi na kręcących się pośród nich ludzi- wolontariuszy, opiekunów, mnichów i oczywiście podekscytowanych turystów.

Buddyjscy mnisi zajmują się tygrysami w Świątyni.

Podchodzę bliżej i ktoś chwyta mnie za rękę i prowadzi w kierunku największego z kociaków. Jestem do tego stopnia oczarowana, że nie zauważyłam nawet, że ktoś wziął mój aparat. Głaszczę łagodnego drapieżcę nie pamiętając wcale o strachu. Po raz pierwszy, choć na pewno nie ostatni, czuję dotyk tygrysiej sierści na mojej dłoni, podziwiam jego potężne łapy i ogromny łeb, słyszę jak oddycha… Tak, to jest to- zakochałam  się!

Niezapomniane, najwspanialsze chwile...

Aż ciężko ubrać mi w słowa to, co czułam przez wszystkie magiczne chwile spędzone w Świątyni. Myślę, że aby w pełni zrozumieć, trzeba doświadczyć tego samemu, do czego gorąco zachęcam. Każdy może karmić z butelki małe kociaki, wyprowadzać je na spacer, bawić się z nimi, ale również nauczyć się opieki nad dużmi tygrysami, które choć oswojone, to na zawsze jednak pozostaną niebezpiecznymi drapieżcami. A jak tego dokonać? To prostsze niż może się wydawać! Często duży problem stanowią ograniczenia finansowe. Otóż zachęcam do podróży do Tajlandii na własną rękę. Na prawdę warto podziękować biurom podróży i pięciogwiazdgowym hotelom- inaczej nie doświadczysz prawdziwej esencji tego kraju. Jeśli natomiast jesteś gotów wyrzec się wygód i europejskiego stylu życia przez jakiś czas, pozwolę sobie zaproponować wakacje, których na pewno nigdy nie zapomnisz :)

Kanion. Tutaj tygrysy błogo leniuchują.

Zdecydowanie najdroższy element wyjazdu to bilet lotniczy. Z pewnością najtaniej można dolecieć liniami ukraińskimi lub rosyjskimi. Cena waha się od 2000 do 3000zł w zależności od sezonu. Jednakże przy odpowiednio wcześniejszej rezerwacji w okresie sierpień-wrzesień-październik można dostać bilet nawet już za 1700zł. Ceny potrafią się zmieniać z dnia na dzień, dlatego warto “polować” i często je sprawdzać. Jeśli mamy już bilet, cała reszta jest w zasięgu ręki. Polecam wyjazd zwłaszcza w niskim sezonie- nie tylko ceny są niższe nawet o połowę, ale i turystów mniej i szansa na spokojny relaks większa. Ponadto Tajlandia jest idealnym krajem na pierwszą samodzielną podróż i przede wszystkim bezpiecznym, nastawionym na turystów.

Piękne "maleństwo" :)

Świątynią Tygrysów zajmują się oczywiście mnisi, jednakże nie posługują się oni angielskim. Dlatego na miejscu pracuje również sporo młodych ludzi, którzy zajmują się stroną internetową (tigertemple.org) i odpowiadają za kontakt z obcokrajowcami zainteresowanymi projektem. Również na stronie można wypełnić  formularz i skontaktować się w sprawie wolontariatu. Oprócz podstawowych szczepień wymagany jest przynajmniej miesiąc zaangażowania. W zamian otrzymuje się skromne jedzenie i miejsce do spania. Należy się przygotować na dość surowe warunki, co wynika głównie z zasadniczego trybu życia mnichów i reguł obowiązujących na terenie- bądź co bądź- świątyni. Wszelkie niewygody rekompensują za dnia duzi przyjaciele, z którymi można nawiązać bezpośredni kontakt. Dzięki codziennej pracy z tygrysami mamy możliwość poznać z bliska te niesamowite stworzenia, nauczyć się opieki zarówno nad młodymi jak i tymi już nieco większymi oraz przeżyć niesamowite chwile w ich towarzystwie.

Zawsze skore do zabawy ;)

Wolontariat staje się ostatnio coraz bardziej popularną formą podróżowania. Umożliwia dostanie się do najdzikszych zakątków świata tym, którzy normalnie nie mogliby sobie na to pozwolić. Poza oczywistą kwestią finansową okazuje się, że taki sposób poznawania świata odkrywa prawdziwe oblicze różnorodnych kultur i kreujących je ludzi. Polecam poświęcenie dłuższego czasu na znalezienie prawdziwego wolontariatu zamiast modnych wyjazdów na brytyjskie programy, gdzie oprócz pracy trzeba jeszcze zapłacić SPORE pieniądze.

A co będzie dalej? Na pewno nie poprzestanę na Tajlandii- zamykam jeden rozdział, żeby rozpocząć następny…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 178 other followers