Na krańcu Afryki

Nie zdziwi Was pewnie, jeśli powiem, że jest tu ciepło i pięknie. Zachwycam się cudownymi krajobrazami i zastanawiam się, czy takie widoki mogą się kiedyś znudzić? Nawet zasypiając spoglądam z leżącego przy przeszklonej ścianie łóżka na ciemny ocean i oświetlone w oddali statki. I mam wrażenie, że niełatwo będzie mi się z tym rozstać.

Mieć taki widok z okna...

Na wycieczkę na Przylądek Dobrej Nadziei trzeba było wyruszyć wcześnie z rana. Kręta trasa wiodła wzdłuż wybrzeża i skalistych klifów, o które rozbijały się fale lazurowo-niebieskiej wody oceanu. Ponieważ RPA słynie z pysznego wina, koniecznie musiałam się zatrzymać po drodze w jednej z najstarszych winiarni tego kraju. Za drobną opłatą można degustować kilka rodzajów najlepszych (i najdroższych) trunków. Pięć wyśmienitych smaków sprawiło, że zrobiło mi się nieco cieplej i weselej – znak, że czas ruszać dalej ;)

W tradycyjnej winiarni Constantia można zobaczyć, jak robi się wyśmienite trunki, a także spróbować, czym różni się zwykłe wino, od tego, które dojrzewało w drzewie

Kolejny przystanek to farma strusi. Są one hodowane ze względu na olbrzymie jaja (na miejscu można sobie zamówić jajecznicę – na pamiątkę jajo gratis), ale też ich mięso jest tutaj bardzo cenione. Pamiętając o ostrych i niebezpiecznych szponach strusi podeszłam bliżej do jednej parki. Popielata mama zagrzebywała jaja w piasku, zaś w nocy będzie je ogrzewał czarny samiec (u strusi jest wyraźnie zaznaczony dimorfizm płciowy).

Mama struś i jej wielkie jajka

Wyspę fok znałam już wcześniej z wielu przyrodniczych programów o rekinach. Tysiące rozbrykanych grubasków stłoczonych na niewielkiej skalistej wysepce przyciągają głodnych drapieżców. Na szczęście foki dobrze sobie radzą i w tej walce o przetrwanie wcale nie stoją na straconej pozycji. Potrafią płynąć tuż nad rekinem przez dłuższy czas, myląc w ten sposób oszalałego drapieżcę, który choć czuje swoją ofiarę, to jej nie widzi. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment – foka szybko się odłącza i ucieka.

Wyspa Fok. Świadomość, że pod nami pływa mnóstwo rekinów nieco napawała mnie strachem. Niestety nie udało się żadnego zobaczyć.

Ta foczka była kiedyś całkiem dzika. Kiedy poznała Pana z rybami, zawarli układ. Teraz foczka jest najedzona, a Pan może zarabiać na zdjęciach z turystami. Zadowolona foczka wraca później do "swoich", wróci kiedy znów zgłodnieje

Najpiękniejsza plaża, jaką kiedykolwiek widziałam, ma drobniutki, biały piaseczek i przejrzystą wodę, z której wystają potężne granitowe skały. Jednak nie tylko ja ją sobie upodobałam – już od dawna zamieszkują ją pingwiny. Wygrzewają się całymi dniami w słońcu i nawet nie raczyły na mnie spojrzeć, kiedy podchodziłam blisko, żeby się im przyjrzeć. ;)

Zaspane pingwiny wygrzewały się w słońcu niczym kociaki, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi

Plaża równie piękna, co głośna - pingwiny przez cały czas nie przestają gderać

Najbardziej wysuniętym na południe punktem Afryki jest Przylądek Igielny, który jednak nie należy do najbardziej spektakularnych miejsc. Dlatego „odkryto”, że z kolei malowniczo położony Przylądek Dobrej Nadziei jest najbardziej wysuniętym na południowy-zachód punktem Afryki.  Każdy sposób jest dobry, żeby przyciągnąć turystów, chociaż przyznaję, że to miejsce zdecydowanie robi wrażenie. Znajduje się tam park narodowy, w którym żyje wiele endemitów. To też obszar, na którym obserwuje się największą aktywność wyładowań atmosferycznych – pierwszy odkrywca Bartolomeu Dias nazwał go Przylądkiem Burz.

Stojąc na skraju lądu zapomniałam o istnieniu czasu i szukałam wzrokiem miejsca, gdzie lodowaty Ocean Atlantycki spotyka się z ciepłym Indyjskim…

Przylądek Dobrej Nadziei, czyli tam, gdzie zlewają się oceany

. . .

Pobyt w Kapsztadzie i wycieczki sponsoruje africangamesafari.com – organizator wycieczek po Afryce. Dziękuję!

Kapsztad po raz pierwszy

Uwielbiam, kiedy budzą mnie delikatnie ciepłe promienie słońca. Tego dnia wschód przywitałam jeszcze w samolocie, którym wkrótce wylądowałam w Kapsztadzie – jednym z najpiękniejszych miast świata. Chociaż głód wykręcał mi żołądek i chciałam jak szybciej poczuć orzeźwiający wiatr znad oceanu, to jeszcze na lotnisku dostałam pierwszą lekcję cierpliwości. Okazuje się, że wymiana waluty to bardzo skomplikowana sprawa. Zwłaszcza, jeśli obsługująca murzynka co chwilę upuszcza pieczątkę lub wychodzi na pogawędkę. Jeśli doliczyć do tego liczne papierki do wypełnienia i kolejkę zaspanych turystów, to okazuje się, że wymiana pieniędzy może potrwać nawet półtorej godziny.

Cape Town

Cape Town

Świeże owoce i ciasteczka na śniadanie były tym pyszniejsze, iż jednocześnie mogłam się napawać oszałamiającym widokiem na Górę Stołową i centrum miasta, zaś u podnóży tarasu rozbijały się fale oceanu. Tego dnia akurat na plaży odbywał się ślub uroczej murzyńskiej pary, a wokoło panował gwar i spory ruch, chociaż wesele nie trwało długo.

Spacerując po plażach Kapsztadu można... wpaść przypadkiem na ślub

Zakup jednorazowych biletów na autobus miejski jest sprawą bardzo skomplikowaną i wymaga wypełnienia przez sprzedawcę dokumentów, wyrobienia specjalnej karty, a nawet zabezpieczenia jej kodem pin (?!). Ostatecznie więc do miasta dojechałam stopem i taksówką. Młody chłopak nawołując z daleka zaprosił mnie do busika, który i tak był już pełny. Po paru minutach wybuchła kłótnia między wszystkimi czarnymi pasażerami a kierowcą samochodu, po czym wszyscy wysiedli. Nie znam afrykańskiego, więc pozostaje mi tylko domyślać się, że kierowca widząc białego turystę zdecydował się nagle na zmianę kursu, który przyniesie mu większy zysk.

Cape Town

Nadmorska promenada i port świetnie się prezentują na tle otaczających gór. Zewsząd słychać muzykę ulicznych grajków, którzy próbują zarobić zabawiając turystów tańcem i śpiewem. Najbardziej zachwyciło mnie oceanarium, w którym można podziwiać cudaczne stwory zamieszkujące wody Oceanów opływających RPA z dwóch stron: Atlantyckiego i Indyjskiego. Wśród mniejszych i większych dziwolągów szczególnie spodobały mi się kraby – giganty, fluorescencyjne rośliny, rozgwiazdy i żółwie pływające nad głowami zwiedzających. Przepiękne!

. . .

Pobyt w Kapsztadzie i wycieczki sponsoruje africangamesafari.com – organizator wycieczek po Afryce. Dziękuję!

Hakuna Matata! Do zobaczenia w Królestwie Lwów!

Znacie to uczucie, kiedy za chwilę ma się wydarzyć coś, na co długo czekaliście? Mnie właśnie dopadło. Zajęta egzaminami i zaliczeniami nie zauważyłam, jak szybko biegnie czas, zbliżając mnie z każdym dniem do spotkania z przygodą. Przygotowania do wyprawy trwały ponad pół roku i to właśnie dzisiaj wyruszę w podróż marzeń. Czas zatem przedstawić, co kryje się pod hasłem Operacja Dzika Afryka:

  • dzisiaj (20.01) – wylot
  • jutro (21.01) – przylot do słonecznego Kapsztadu i błogie lenistwo nad Oceanem Atlantyckim
  • 22-27.01 – zwiedzanie Kapsztadu i okolic (ale nie powiem czego – niespodzianka!)
  • 28-31.01 – zwiedzanie Durbanu i okolic (znowu niespodzianka!)
  • 1-14.02 – praktyka i wolontariat w Centrum Rehabilitacji Dzikich Zwierząt C.R.O.W. w Durbanie
  • 15-29.02 – praktyka i wolontariat w Klinice Dzikich Zwierząt Moholoholo w Parku Krugera
  • 29.02 – pożegnanie z Afryką
  • 1.03 – przylot do Warszawy
  • 2.03 – urodziny mojej kochanej siostry

Na blogu będę prowadzić dziennik z podróży, więc zachęcam do śledzenia wpisów i komentowania :)

Ogromnie dziękuję wszystkim, którzy przez cały czas wspierają mnie i moje „zwierzęce” pasje. Podziękowania należą się również sponsorom, którzy nadali moim marzeniom realny wymiar.

A więc… w drogę!

Po dobry humor do Mediolanu!

Nie lubię jesieni. Owiewa chłodem jeszcze przed chwilą rozgrzane słońcem  i burzą pomysłów umysły. Wprowadza w monotonię codziennych obowiązków i ciągły pośpiech, który i tak nie przyspieszy nadejścia następnych wakacji. Prócz tego szarówka za oknem sprawia, że nieustannie chce mi się spać. Najchętniej zakopałabym się w swojej norce i zapadła w niedźwiedzi, zimowy sen marząc o letnim podmuchu wiatru, uderzeniu morskiej fali i soli na ustach. Na szczęście znalazłam lepszy sposób na rozwianie pochmurnych nastrojów…

Nad rzeką Adygą

Bez konkretnego planu wybrałyśmy się  razem z koleżanką Ulą na spacer do Mediolanu. Jeszcze na lotnisku w Bergamo stałyśmy jak wygłodniałe psy pod McDonaldem, który we Włoszech jest czynny dopiero od 9.30. Akurat tego dnia stoliki były bardziej brudne i uprzejmy Pan musiał je dokładniej szorować, więc lokal otwarto jeszcze później. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i bez protestu przyjęłyśmy na ten weekend włoski licznik czasu.

Oszałamiająca katedra Duomo o zmroku

Nocleg na couchu po raz kolejny okazał się być najlepszym wyborem. Bułgarka i dwie dziewczyny z Sycylii wprowadziły nas w cieplejszy, południowo-włoski klimat. Rozmowy o zwyczajach w kuchni zajęły nas do tego stopnia, że zapomniałyśmy na chwilę, po co tu przyjechałyśmy. Nieco później stałyśmy już oszołomione przed Duomo – gotycką katedrą z marmuru z mnóstwem zdobień, statui i witraży. Przy tak pięknej pogodzie i bezchmurnym niebie wejście na taras było koniecznością, pomimo dość wygórowanej ceny. Widoki na miasto i alpy – bezcenne :)

Na tarasie Duomo...

... z Ulą

Mediolan, jak wiadomo, jest uważany za stolicę mody. Faktycznie najróżniejszych sklepów tu nie brakuje – zakupoholicy na pewno się tu nie znudzą. Natomiast dla turysty dwa dni na poznanie miasta zupełnie wystarczą. Ze względu na piłkarskie zainteresowania Uli wybrałyśmy się na San Siro – jeden z największych stadionów na świecie. I ja znalazłam tam coś dla siebie, ponieważ obok akurat miał miejsce trening kłusaków, które przypominają mi wyścigi rzymskich rydwanów. Niedaleko toru odnalazłyśmy wielkiego konia z brązu – konia Leonarda da Vinci.

Koń Leonarda da Vinci obok toru wyścigów konnych w Mediolanie

Wieczorne spacery po rozrywkowej dzielnicy Navigli w poszukiwaniu dobrego jedzenia z pewnością nie byłyby tak owocne, gdyby nie nasi bułgarsko- włoscy przewodnicy. Dwunastoosobowa grupa przyjaciół niemal w całości pochodziła z południowej części kraju, co dumnie podkreślali. Uważają się za cieplejszą, życzliwszą stronę Włoch i prawdopodobnie mają w tym dużo racji. Pokazali nam świetną knajpę, gdzie można było odpocząć po długich marszach przy dobrym piwie i wyśmienitym włoskim jedzeniu oraz przekąskach. Aperitivo, bo tak nazywa się ten mediolański zwyczaj, wciągnęło mnie od samego początku, kiedy zobaczyłam zastawione stoły. Co wieczór, zamawiając drinka lub też piwo, można częstować się do woli serwowanymi przysmakami. Nie zabrakło wśród nich kilku rodzajów pysznej pasty, wyjątkowo smacznej pizzy oraz sałatek z oliwkami i tuńczykiem. A na deser soczyste mandarynki w czekoladzie uwiodły moje kubki smakowe…

Aperitivo, czyli jak w tani sposób spróbować włoskiej kuchni i najeść się do syta :)

W samym Mediolanie brakowało mi południowego klimatu, wąskich uliczek i włoskiego gwaru. Wszystko to nadrobiłyśmy w niedalekiej Weronie, gdzie romantyczny nastrój nie gaśnie nawet w listopadzie. Miasteczko jest na tyle małe, że można spokojnie obejść je na piechotę w jeden dzień. Spacerując, nie sposób nie natknąć się na Arenę – trzeci największy amfiteatr we Włoszech. Za kilka euro można usiąść tam, gdzie przed dwudziestoma wiekami zasiadali kibice igrzysk  gladiatorskich.

Piazza Bra i Arena w Weronie

Spacerując dalej i klucząc między kolorowymi domkami oraz starymi kościołami, w końcu odnalazłyśmy dom Julii. Nawet poza sezonem jest tam mnóstwo ludzi, którzy na ścianach rzeźbią serca z… gumy do żucia. Na koniec Ula oblała się gorącą czekoladą i brudne, ale za to szczęśliwe, wróciłyśmy do domu :)

Skrzaty - Amorki mają w mieście miłości dużo pracy ;)

 Przewodnik:

Transport z lotniska w Bergamo: najtaniej kupić bilet autobusowy w informacji na lotnisku (2 eu), którym dojedziemy na dworzec kolejowy. Pociąg do Mediolanu odjeżdża co godzinę i kosztuje 5 eu. Wygodniej, choć nieco drożej jest wziąć bezpośredni autobus spod lotniska, który dojeżdża do dworca centralnego w Mediolanie (9-10 eu). Samo lotnisko jest malutkie i nie sposób się tam zgubić.

Pociąg do Werony: 10eu, rozkład jazdy można sprawdzić na trenitalia.com Uwaga! Pociągi we Włoszech często mają opóźnienia.

Arena di Verona: na co dzień dostępna do zwiedzania dla turystów, można też wybrać się na koncert operowy. Aktualne informacje na http://www.arena.it/

Aperitivo: codziennie między 18 a 22 kupując piwo lub drinka (8-10eu) można częstować się bez ograniczeń włoskim jedzeniem w formie szwedzkiego stołu. Wiele dobrych knajp można znaleźć w dzielnicy Navigli, polecam dotrzeć tam spacerem z Duomo Centrale.

Ceny: hamburger 1 eu, wejście na taras Duomo- 6 eu schody lub 10 eu winda, najtańsza pizza, jaką udało nam się znaleźć 4 eu, wino od 1,5 eu, bilet dobowy na komunikację 4,5 eu, jednorazowy 1,5 eu.

Nocleg: couchsurfing.com

Przelot: wizzair za 150 zł z Warszawy

Grazie! Dziękuję

Indie z perspektywy czterech łap

Pamiętam, jak wczesnym rankiem stałam na rogu pustych ulic w Ahmedabadzie. Długo czekałam, kiedy we mgle wielkomiejskiego smogu pojawił się Lalu, nieśpiesznie maszerując bosymi stopami po stertach ulicznych śmieci. Początkowo wystraszyłam się, że zerwałam biedaczysko wcześnie z łóżka, aż zapomniał butów założyć. Wyjaśnił mi jednak, że w ten sposób chce wypełnić swoją karmę. Otóż postanowił, że będzie chodził boso dotąd, aż stworzy profesjonalny ośrodek pomocy bezdomnym zwierzętom. Pomyślałam wtedy, że to dobry początek i zapowiada się owocna współpraca. Może poniekąd miałam rację, aczkolwiek prawda nie zawsze jest piękna.

Nasi kochani pacjenci :)

Zaczynałam zawsze o 9. Lalu ze “swoimi ludźmi” podjeżdżali pod mój hotel, skąd czekała nas długa droga do schroniska, szumnie zwanego kliniką. Przetaczając się powoli wśród niekończących się korków oraz mijających nas zaprzęgniętych wielbłądów i słoni,  co dzień zatrzymywaliśmy się na hinduską herbatkę z mlekiem. Uśmiechałam się wtedy szeroko, po czym wylewałam dyskretnie tą pyszną herbatkę za siebie. Gdybym była prawdziwym globtroterem, to wypiłabym ją nie z filiżanki, ale ze spodeczka, czyli wedle lokalnego zwyczaju. Ja jednak zadowoliłam się jednym łykiem woląc nie ryzykować problemów żołądkowych (chociaż i tak mnie w końcu dopadły…), tudzież innych nieprzyjemności.

Każde zwierzę ma szansę na całkowicie darmowe leczenie w klinice, której założycielem, właścicielem i fundatorem jest Lalu

Potrząśnij naszym światem i odwróć go do góry nogami, a znajdziesz się nie w Australii, lecz właśnie w Indiach, które po miesiącu podróży wciąż mnie zaskakiwały. W fundacji jedynym stałym pracownikiem jest Jagdish – pielęgniarz analfabeta. Do dziś zastanawia mnie, jak rozróżniał leki, niestety nie mogłam go o to spytać, gdyż nie posługiwał się angielskim. A jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że był najsympatyczniejszym człowiekiem, jakiego spotkałam w ciągu całej tej podróży. Nauczył mnie podstaw chirurgii i pokazał, jak dbać o drapieżne ptaki. Wspólnie wytężaliśmy siły niemal do północy skupieni na jednym tylko celu. Czy się opłaciło? Warunki pozwalały nam na wykastrowanie około siedmiu psów dziennie w mieście zamieszkałym przez ponad 300 tysięcy czworonogów. Jednakże moment, kiedy zwróciliśmy orła jego światu i pozwoliliśmy mu wrócić na wolność po ciężkiej rehabilitacji, pozwala mi odpowiedzieć – tak, dla takich chwil warto się starać.

Jagdish i moje pierwsze lekcje sterylizacji suki

To właśnie drapieżne ptaki stanowiły zdecydowaną większość naszych pacjentów. Przyczyna jest prosta – jako że w Indiach brakuje ogólnodostępnej rozrywki, dużą popularnością cieszą się konkursy w puszczaniu latawców. Efektem tego są poskręcane żyłki, zwisające z każdego drzewa w mieście i będące powodem poważnych okaleczeń ptaków. Już na wstępie pracy w ośrodku czekała mnie pierwsza operacja – amputacja skrzydła. Te ptaki, które już nigdy nie polecą, dostały szansę na dożywotni, spokojny dom w klinice. Co rano sadzano je na żerdzi, skąd bacznie obserwowały naszą pracę w schronisku.

Sęp i orzeł przedni

Po raz pierwszy miałam również okazję przyjrzeć się z bliska wielbłądowi. Jego poważna infekcja nosa była skutkiem okaleczenia metolowym kolcem, służącym do poskramiania zwierzęcia. Wewnątrz rany mnożyły się larwy, a okropny ból prowokował wielbłąda do agresywnego zachowania. Niestety, właściciel nie zgodził się na usunięcie przedmiotu z nosa. Na informację, że leczenie potrwa kilka dni, a nawet tygodni, również zareagował niechętnie. Miałam wrażenie, że oczekiwano od nas raczej cudu – w magiczny sposób mieliśmy w jednej chwili przywrócić zwierzę do zdrowia. Z drugiej jednak strony staram się zrozumieć ludzi, dla których ten wielbłąd jest jedynym źródłem utrzymania, a jego nawet darmowe leczenie wiąże się z kolejnymi tygodniami głodówki i żebractwa. I dlatego chyba tylko w Indiach możliwa jest tak absurdalna sytuacja – Lalu postanowił zapłacić właścicielowi za każdy dzień spędzony przez wielbłąda w klinice. Ciekawe, czy pacjent zdawał sobie sprawę, jak wielkie szczęście spotkało go w tym trudnym i niepojętym do końca dla nas świecie.

Infekcja nosa wielbłąda - do rany po metalowym gwoździu wdarły się larwy much

Poziom higieny w Indiach można uznać za gorzej niż marny. Niestety, świadomość zagrożeń wynikających z jej braku nie jest popularna wśród Hindusów. Pewnego dnia przyjechał do nas szczeniak z wścieklizną, bardzo popularną z resztą chorobą zakaźną w Indiach. Dla tego psa nie było już ratunku, jednakże do klatki z jego odchodami został natychmiast wrzucony kolejny psiak. Zszokowana tłumaczyłam, czym są drobnoustroje, jak się przenoszą i dlaczego tę klatkę trzeba bardzo dokładnie umyć i zdezynfekować. Po półgodzinnym wywodzie ktoś posłusznie wziął wiadro wody, wylał do klatki i przetarł starą szmatą. Dla nich było już czysto, a mi opadły ręce.

Okruszek - mój ulubieniec :)

Jednej niedzieli Lalu postanowił zabrać wolontariuszy na wycieczkę. Nie jestem pewna, czy do końca wiedział, co mówi, używając tego słowa. Po męczącej jeździe przez wyboiste, polne drogi pośrodku dosłownie niczego, trafiliśmy na gospodarstwo rolne. Tam, zarówno dzieci, jak i dorośli, zajęci byli pracą i codziennymi obowiązkami, zupełnie oderwani od reszty świata. Dowiedziałam się, że jest to dom starości dla krów. Ponieważ eutanazja jest zabroniona, państwo wyznacza całe mnóstwo takich ośrodków, gdzie niedołężne i stare zwierzęta, które nie radzą już sobie na ulicy, mogą pozostać do końca swych dni. Koniec ten jest jednak bliższy, niż mogłoby się wydawać. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, akurat przepędzano krowy z jednego pastwiska, na drugie. Widok przerażonych i wychudzonych zwierząt ścisnął mnie za serce – na rzekomym “pastwisku” nie rosła trawa, brakowało jedzenia i wody. Nie wspomnę o opiece medycznej – w oborze w tragicznych warunkach dogorywała jedna z krów. Bezsilność sprawiała, że nie mogłam dłużej znieść tego obrazu cierpienia. Niestety, prawdą jest, że to właśnie święte krowy mają najbardziej marny żywot spośród wszelkich istot zamieszkujących Indie – kraj chociaż piękny, lecz jakże przy tym okrutny i boleśnie niezmienny.

Dom starości dla krów, gdzie są przetrzymywane wychudzone i okaleczone zwierzęta niemalże bez jedzenia czy dostępu do jakiejkolwiek opieki medycznej

Odosobniony świat, czyli niewielkie gospodarstwo oddalone o kilometry od cywilizacji - szpitala, szkoły, sklepów

Chociaż widziałam dobre intencje pracujących w schronisku ludzi, to jednak brak fachowej wiedzy medycznej oraz wielu ważnych leków mocno ograniczały możliwości pomocy zwierzętom. Cały sukces opiera się na współpracy wolontariuszy – weterynarzy i studentów – którzy przyjeżdżają tam i przekazują swoją wiedzę. Lalu zapytał się kiedyś, czy umiemy pomóc psu z nowotworem – wydawało im się, że przy odpowiednich lekach można w kilka dni wyleczyć raka lub choroby serca. Ponieważ do lecznicy trafiały najczęściej zwierzęta w ciężkim stanie, zdarzało się, że leczenie było bardziej przypadkowe i niepewne, przez co niekiedy mogli nawet bardziej zaszkodzić, aniżeli pomóc pacjentowi. Wszystko to uświadomiło mi, że weterynaria w Indiach właściwie nie istnieje.

Wtem z rozmyślań wyrwało mnie głośnie dudnienie. Zdawało mi się, że słyszę grzmoty piorunów, a to tylko małpy goniły się nad naszymi głowami, przeskakując po blaszanym dachu kliniki…

Langury, jak to małpy, lubią przeszkodzić w najmniej oczekiwanym momencie

Rozwścieczonej małpie lepiej ustąpić drogi ;)

Bo słońce najpiękniej zachodzi na Goa…

Goa, słynne wybrzeże u stóp potężnych fal Morza Arabskiego, jest tak zróżnicowane, jak same Indie. Najpewniej dlatego, że jest tak ogromne, iż tworzy osobny stan państwa. Pierwsze godziny po wylądowaniu na miniaturowym, skromnym lotnisku nie zapowiadały nadchodzącej katastrofy. Jadąc kolorowym i przepełnionym do granic możliwości autobusem, wystawiałam roześmianą gębę za okno napawając się egzotyką i widokami “jak z pocztówki”.

Nie tylko morze, ale także szerokie rozlewiska są stałym elementem tamtejszego krajobrazu

Przez pomyłkę wysiadłam przystanek za wcześnie i dalszą trasę trzeba było przebyć pieszo z dziesięcioma kilogramami na plecach. W końcu udało mi się dotrzeć do jednej z popularnych plaż. Zmęczenie i ból ramion nie pozwalały mi się długo cieszyć, zaś wszystkie możliwe noclegi okazywały się być albo zajęte, albo za drogie. Zmarnowana zdecydowałam się na dwuosobowy pokoik wraz z czterema jeszcze znajomymi.

Palmy, wzgórza, morze i kolorowe stragany, czyli jesteśmy na Goa!

Pozbywszy się wreszcie plecaka, rzuciłam się w objęcia morskich fal, bezsilnie usiłując z nimi walczyć. Wtedy jeszcze nie dostrzegłam, że jako jedna z dwóch zaledwie kobiet w kostiumie kąpielowym budzę powszechne zainteresowanie bawiących się obok hindusów. Położyłam się na ręczniku i grzałam w indyjskim słońcu. Szkoda, że nie trwało to zbyt długo – po chwili obudził mnie niespodziewany cień, a przecież niebo było tego dnia bezchmurne! Przetarłam oczy i oto grupa hindusów stała wokół mnie, bez najmniejszego skrępowania robiąc zdjęcia – z telefonu oczywiście. I to by było na tyle, jeśli chodzi o beztroskie plażowanie.

Zdecydowana większość plażowiczów to nie turyści, a Hindusi

Tłumy, drożyzna i goła, nieciekawa plaża kazały mi uciekać dalej na południe w poszukiwaniu bardziej dziewiczych miejsc. Tak trafiłam do Palolem. Podobno odkryte dziesięć lat temu przez turystów zauroczyło obcokrajowców egzotyką w najprawdziwszym wydaniu. Jednak nawet teraz można podziwiać czysty piasek  i las palm, gdzie kryją się małe drewniane chatki i restauracje, które wystawiają pyszne kolacje na samej plaży przy blasku świec i księżyca.

Beztroskie Palolem i nauka gry na bębenku :)

Nie tylko morze było tam spokojniejsze, ale też leniwy czas i łagodny klimat sprawiały, że miało się ochotę bez końca spoglądać w onieśmielające piękno, zakopując przy tym palce w rozgrzanym, delikatnym piasku. Każdego poranka obserwowałam wschodzące słońce, które opromieniało budzącą się przyrodę. Spacerując wzdłuż brzegu, szukałam wzrokiem wyskakujących co pewien czas delfinów. Pewnego dnia wzburzone morze wyrzuciło na brzeg ich martwe maleństwo…

Targowanie się to podstawa przetrwania w Indiach

Nie pamiętam już, ile było tych wschodów i zachodów na Goa, chociaż każdy z nich był wyjątkowy. Nie wiem, jak długo tam byłam, pewnie kilka dni. I chociaż czas płynął powoli, to jednak wszystko trwało raptem jakby jedną chwilę – zdecydowanie za krótko. Wieczory, oprócz nowych smaków, przynosiły też nowe znajomości. Siedziałam zamyślona na piasku, wschłując się w gitarę i śpiew przyjaciół. Rosyjskie i hebrajskie piosenki w języku szumiącego morza uwiodły moje zmysły, tworząc najbardziej niezapomniany koncert. Oddychając do rytmu, wpatrywałam się w ciemną otchłań za horyzontem. Po drugiej stronie wód – w Afryce – słońce dopiero zachodziło. Może i tam ktoś podziwiał świat patrząc w moim kierunku?

Ach, te zachody...

Konkrety:

Ceny: bungalowy przy samej plaży 500-700 Rs, kolacja 150-200 Rs, materac dmuchany 150 Rs, łańcuszek na stopę 100-200 Rs, książki 100-300 Rs, widoki – bezcenne :)

Polecam: plaże południowej części wybrzeża, np. Palolem, a także rejs łodzią w dziewicze rejony z podziwianiem cudownych delfinów

Nie polecam: północy Goa, zwłaszcza Calangute

Dla szybkich i zdecydowanych: http://www.fly4free.pl/promocje-lotnicze-goa-indie-warszawa/

Bollywood kontra rzeczywistość, czyli slumdog – historia prawdziwa

17 milionów ludzi, mieszanka wszystkich religii świata oraz przesyt i niewyobrażalne bogactwo obok slumsów i i niepojętej biedoty – to jest właśnie Bombaj. Przyznaję, że dwa dni, to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć to miasto i pojąć jego niepowtarzalny charakter.

Brama Indii, a za nią znany z krwawego zamachu Taj Mahal Hotel

Wczesnym świtem miasto przywitało mnie nieśmiałymi promykami słońca, zapachem dworca i taksiarzami, którzy prześcigali się w niebotycznych cenach za przejechanie mniej niż kilometra. Po nastu godzinach telepania w słynnym pociągu Mumbai Express, marzyłam tylko o wygodnym łóżku, chociaż wiedziałam, że zadowolę się każdym, nawet i mało komfortowym. Właściciel hotelu jeszcze spał i lekko nieprzytomny poprowadził mnie do jednego z pokoi w ogromnej sali. Przypominało to bardziej salę gimnastyczną, gdzie ktoś postawił tekturowe przegrody tworząc coś na wzór boksów. Wspólna łazienka plus dwa metry kwadratowe bez okna – skromnie, ale za to czysto. Prowizoryczne ściany nie były podciągnięte do sufitu, lecz kończyły się niżej. Dzięki temu osiągnięto efekt stereo, a każde słowo, czy nawet chrapnięcie sąsiadów było słychać jakby tuż zza własnych pleców. Jedna osoba włączy światło i już we wszystkich pokojach obok również jest jasno. Czy to nie genialne? :)

Większość zwierząt wykorzystywanych do pracy, jest traktowana okrutnie i nieludzko. Jeden z koni nie miał oka, a wewnątrz mnożyły się nie tylko bakterie, ale też rozmaite robaki

Miałam wrażenie, że dopiero co położyłam głowę na poduszce, kiedy rozległo się nerwowe pukanie do drzwi. Tym razem to ja byłam zaspana i nie docierało do mnie, o co chodzi Hindusowi. Okazało się, że ma dla mnie jedną z tych propozycji, których nie można odrzucić – zaoferował mi rolę w filmie! A więc to prawda, co mówi się o Bombaju – wystarczy pokazać swoją białą stopę i już ma się zagwarantowany angaż w bollywodzkim hicie wszech czasów. Cały dzień na planie to wynagrodzenie rzędu 40 zł, ale przecież nie o pieniądze, a o dobrą zabawę tu chodzi. Dlatego z żalem odmawiam, bo mając tak mało czasu, wolę spędzić go poznając miasto, o którym tak wiele słyszałam.

Ulice Bombaju

Rześkie powietrze rozbudziło mnie na dobre, kiedy płynęłam przez Morze Arabskie na Wyspę Słonia. U jej podnóży mnożą się śmieci tonące w śmierdzącym błocie, które zdaje się służyć za łaźnię mieszkającym tam krowom. Na górę dotarłam kamiennymi schodami, które osłonięte były od żaru pnącymi się po bokach budkami z pamiątkami. Po ich dachach harcowały rozszalałe małpy, które co i raz próbowały wyrwać jakiś skarb z rąk roztargnionych i wystraszonych turystów. Na wyspie właściwie tylko jedna z jaskiń ze świątynią boga Śiwy wzbudzała zainteresowanie, pozostałe to tylko namiastka dawnej kultury. Mimo to, spacer po Wyspie Słonia to świetna okazja na ucieczkę od miejskiego zgiełku i hałasu.

Świątynia Śiwy

W przeciwieństwie do głębi kraju, Bombaj jest zaraz obok Goa jednym z nielicznych miejsc, gdzie można rozkoszować się świeżymi owocami morza w indyjskim wydaniu. Musiałam się niemało nachodzić, żeby znaleźć w centrum miasta restaurację z normalnymi cenami, ale było warto. Przyznaję z resztą, że po drodze zatrzymywały mnie liczne sklepiki i rozgadani sklepikarze oferujący świecidełka, kolorowe ciuszki i najróżniejsze pamiątki, którym nie mogłam się oprzeć. Chyba tą najcenniejszą są oryginalne przyprawy, które intensywnym zapachem kuszą, przyciągają i wzbogacają smak każdej potrawy, która choć na chwilę pozwala wrócić do magicznych Indii.

Śmietnisko u podnóży Wyspy Słonia

1500 R za parę to dość sporo, jak na wstęp do klubu – no chyba, że mieści się on w Marriocie, który obok Taj Mahal Hotel, stanowi jeden z najbardziej ekskluzywnych miejsc w Bombaju. Jest też jedynym miejscem, gdzie można się zabawić, bowiem w Indiach brakuje znanej nam rozrywki. Niewielkie wnętrze nie urzeka niczym specjalnym, ale za to goście i ich taniec, którego chętnie uczą, są zdecydowanie jedyni w swoim rodzaju :) Polecam!

Prawie jak Big Ben :)

Z plecakiem wypchanym pamiątkami, które nigdzie indziej nie zwracały mojej uwagi tak, jak w Bombaju, wsiadłam do samolotu. Zanim jednak mi się to udało, czekały mnie długie kolejki i niezwykłe procedury “bezpieczeństwa”. Na lotnisku krajowym sympatyczna Pani spisuje dzielnie w ogromnym zeszycie dane osobowe każdego pasażera. Bramkę dalej ktoś inny robi to ponownie. Potem sprawdzają bilet oraz paszport. I bagaż. Za chwilę znowu bilet. W końcu przeszłam bramki i długim rękawem udałam się w stronę samolotu. Jednak przy najbliższym zakręcie zatrzymał mnie strażnik, który dla pewności jeszcze raz sprawdził, czy na pewno mam bilet. Przy wejściu na pokład ponownie musiałam okazać moją kartę pokładową – biurokracji w Indiach nie ma końca! :)

Na targu w Bombaju można kupić wszystko, a już na pewno orientalnie pachnące przyprawy!

Startując, podziwiałam to miasto, położone na dwóch wyspach. Zaraz za pasem startowym, tuż po drugiej stronie ogrodzenia lotniska rozpościerała się największa dzielnica slumsów na świecie. Lepianki z blach i szmat przez moment przesłoniły cały widok z okna samolotu. A kiedy wylądowałam, ktoś poprosił mnie o bilet – po raz setny i ostatni sprawdzono, czy byłam uprawniona do podróży, która już się odbyła.

Największe slumsy na świecie współtworzą wielokulturowy obraz Bombaju

Za siedmioma wzgórzami… mieszkał Dżin, czyli opowieść z Palitany

Opowiem Wam o pewnym magicznym miasteczku gdzieś w zachodnich Indiach, które zostało jakby wyjęte wprost ze starej księgi bajek. Jednej z tych w skórzanej, poniszczonej okładce, z pożółkłymi stronami, kolorowymi, choć wyblakłymi obrazkami i pasjonującymi opowieściami nie z tego świata, które mama czytała nam na dobranoc. Czas się tam zatrzymał, choć może po prostu nigdy nie istniał. Tak, to zupełnie możliwe, w końcu tylko tam nad nieporządkiem panuje jedyne swoim rodzaju bóstwo – Dżin, co znaczy Zwycięzca.

W IV wieku przed naszą erą mając 30 lat opuścił swoje domostwo w poszukiwaniu Prawdy. Przez kolejnych dwanaście prowadził surowe życie, by w końcu posiąść Wszechwiedzę, którą przekazywał wiernym. W wieku 72  lat zmarł osiągając Nirvanę – upragniony stan wykraczający poza życie i śmierć. Tak narodził się dżinizm, którego wyznawcy do dziś modlą się na wzgórzach Palitany. Są one jakby porośnięte ponad tysiącem świątyń tworzących podniosłą, a wręcz magiczną atmosferę tego miejsca.

Wszechświat nigdy nie powstał i nigdy się nie skończy – tak sądzą wierni, którzy codziennie pokonują boso 3,5 tys. rozgrzanych stopni, by pomodlić się w swoich trudnodostępnych świątyniach. Ci bogatsi nierzadko są wnoszeni w lektykach przez młodych chłopców, którzy i mnie próbowali namówić na tę “atrakcję”. Oszczędzając im wysiłku, choć pewnie i również jedynego możliwego zarobku, postanowiłam samodzielnie dostać się na górę – bez wody i w samo południe. Cudowne uczucie, kiedy w końcu znalazłam się pośród kapliczek i świątyń wyznawców dżinizmu – bogactwo kultury Indii po raz kolejny zachwyciło mnie swoją różnorodnością.

Co i jak:

Ceny: wstęp wolny, aparat fotograficzny 100 Rp, lektyka 1000 Rp

Do pokonania: ponad 3200 stopni bez butów i wody

Uważaj na: kradzieże, zwłaszcza przez dzieci

OPERACJA DZIKA AFRYKA – spot

Przedstawiam oficjalny zwiastun wyprawy Operacja Dzika Afryka. Zapraszam do obejrzenia i komentowania. Tymczasem zachęcam również do polubienia nas na facebooku – każde kliknięcie zbliża nas do realizacji marzeń!

Jodhpur – niebiesko mi!

Nie było łatwo tu dotrzeć – a przynajmniej nie w moim, raczej nietypowym przypadku. Wszystko to dlatego, że za późno wsiadłam z koleżanką do tuk-tuka, który miał nas zabrać na dworzec w Jaipurze. Pociąg tego dnia odjeżdżał o 17:00, a na ulicach taki korek, że dojechałyśmy dopiero na 16:59. I… biegiem, przez tłumy hindusów, żebraków, psów, przez krowie placki w poszukiwaniu właściwego peronu. W pewnym momencie straciłam z oczu moją koleżankę. Trochę się zaniepokoiłam, bo czasu było już niewiele. Zapytałam kogoś o pociąg do Jodhpuru – był pewien, że chodzi o peron 4. To ja biegiem na schody, przez mostek, w dół i do pociągu. Zapomniałam, że Hindusi mają to do siebie, że nawet jak nie wiedzą, to i tak coś zmyślą. Tak było tym razem – już po drugiej stronie torów dowiedziałam się, że pociąg do Jaipuru odjeżdża jednak z peronu pierwszego… No to ja znowu na górę, biegiem przez mostek i w dół. Plecak wrzynał mi się w ramiona, a ja byłam skrajnie wyczerpania. W ostatniej chwili,  jakby w zwolnionym tempie, ujrzałam odjeżdżający mi sprzed nosa pociąg- nie udało się. Zostałam bez pieniędzy, które miała przy sobie moja koleżanka. Wszystkie bankomaty w okolicy nie działały. Lekko spanikowana znalazłam Kalifornijczyka, którego poznałam wcześniej w drodze do Jaipuru. Pożyczył mi na bilet, jednak dowiedzieliśmy się, że na następny pociąg o północy nie ma już miejsc. Co za pech! Na szczęście z odrobiną gotówki w Indiach można załatwić niemal wszystko, a już na pewno miejsce w wagonie sypialnym. Szeroki uśmiech, łapóweczka i wszystko załatwione. :) Sześć godzin później wysiadłam wreszcie w Jodhpurze.

Blue City - Jodhpur

Krótka drzemka i orzeźwiający prysznic wystarczyły, żeby naładować siły i kontynuować odkrywanie Indii. Od razu zauważyłam, że w mieście jest jeszcze mniej turystów niż do tej pory. Mieszkańcy też jakby inaczej zachowywali się w stosunku do mnie – raczej nie męczyli, nie zaczepiali, a przynajmniej nie tak bardzo i jedynie spoglądali zaciekawieni. Pisząc o spoglądaniu, ujmuję to bardzo delikatnie. Wszyscy Hindusi bez wyjątku po prostu bezczelnie gapią się na obcokrajowców, z zaciekawieniem i rozdziawioną paszczą. Dla nas może wyglądać to dziwnie, ale nie ma się co niepokoić. Przechodząc obok najpewniej jeszcze bekną, spluną i smarkną, a po takim popisie to pewnie my sami będziemy się patrzeć na nich ze zdziwieniem, niesmakiem i nie wiadomo, co jeszcze maluje się wówczas na twarzy takiego turysty, co to przyjechał do Indii z cywilizowanego państwa. W końcu co kraj, to obyczaj. ;)

Can I have a picture with you? - w Indiach słyszane na każdym kroku... :)

Żałuję trochę, że mogłam zatrzymać się w miasteczku tylko na jeden dzień, Oczarowało mnie od pierwszej chwili – chyba najbardziej wąskimi, kolorowymi uliczkami, z których każda zaskakiwała inaczej. I tak błądząc bez planu natrafiłam niespodziewanie na festyn, a może to było wesele? Lub po prostu lokalne święto? Nie wiem, ale podobali mi się ci roześmiani i rozbawieni ludzie. Kobiety jeszcze bardziej kolorowe niż zwykle z dzbanami na głowie  - ciekawe co w nich było? A na przedzie samochód z głośną muzyką, do której podrygiwali zabawnie nastoletni chłopcy jadący na pace. Tylko moje krótkie szorty i bluzka na ramiączkach wzbudzały dość duże poruszenie – w mniejszych mieścinach chyba jednak lepiej przyodziać pumpy, czyli tak zwane “alibaba trousers”. Są do kupienia dosłownie wszędzie już za około 10 zł.

Piękne na odległość, wredne z bliska - a wszędzie ich pełno.

Spacerując tak dotarłam w końcu do fortu, który jakby wspinał się po skałach, przez co wydawał się jeszcze większy i potężniejszy. Pomyślicie może, że monotonne są te Indie – co miasto, to fort. Uwierzcie mi jednak na słowo, że każdy z nich jest inny i  każdy równie zniewalający. Tym razem długa wspinaczka na tarasy u samych szczytów zaowocowała zapierającym dech widokiem na miasto małych niebieskich domków. Sceneria jak z filmu, a na straży starych murów grasują zwinne małpy, których wszędzie jest zawsze pełno.

Olbrzymi fort rozpięty na skałach

fajka pokoju ;)

Rozkoszowałam się tymi urokami przy szafranowym lassi aż do samego wieczora, ostatniego już przed rozpoczęciem pracy w schronisku dla bezdomnych zwierząt. Ze względu na duży ruch na trasie do Ahmedabadu, musiałam skorzystać po raz pierwszy z usług autokarowych. Ponad dziesięciogodzinna podróż… Przyznaję, że była dość zabawna. Niby zwykły autobus, ale w środku zupełnie nietypowy. Na swoje miejsce w klasie sleeper musiałam się wdrapać (dość niezdarnie) do czegoś w rodzaju zamykanej kapsuły z materacem. Krótko cieszyłam się chwilą prywatności, bo jako jedyna biała turystka wzbudziłam natychmiast duże zainteresowanie, co przejawiało się pukaniem w moją szybę i zachęcaniem do rozmowy, chociaż nie wszyscy posługiwali się angielskim :) Zawrotne tempo 40km/h utwierdziło mnie w przekonaniu, że polskie drogi nie są wcale złe! Wysiadając następnego ranka z autobusu skręcałam się z bólu pleców po nastu godzinach telepania mną i obijania na skutek mnóstwa dziur i wyboistych dróg. Ale przygoda jest przygodą… nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień w Indiach :) Po powrocie natomiast, aż ciężko uwierzyć, że jest się w stanie tyle znieść i nawet specjalnie to nie przeszkadza, a każda niewygoda jest grubo przykryta ciekawością świata i przez to chyba nieodczuwalna. A w Polsce? Narzekam na pociągi i korek w mieście…

I jest pięknie...

Konkrety:

Transport: pociąg na trasie Jaipur- Jodhpur w klasie sleeper za 150 Rp; podróż trwała 5,5h; pociągi odjeżdżają o 11:00, 17:00, 23:45, 1:00.

Nocleg: Singhvi’s Havali – single room 350Rp, double 600Rp; gorąco polecam, uroczy hotelik przy samym forcie z niedrogim, acz przepysznym jedzeniem i wyśmienitym lassi! Na miejscu wi-fi, ciepła woda, czysto, możliwość kupienia biletów autokarowych, lotniczych i na pociąg. Tuk-tuk z dworca do hotelu 50Rp.

Zwiedzanie: fort 250 Rp (student) i 300 Rp (adult) – w cenie audio guide; spacer po uroczym mieście. Polecam zatrzymać się tu na jeden dzień.

Previous Older Entries Next Newer Entries

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 178 other followers