Tajlandia i tygrysy- podróż w przeszłość Sukhothai.

VI. Sukhothai.

Do miasta dojeżdżamy późnym wieczorem. Witają nas egipskie ciemności i głucha cisza. Na ulicach pustki, nikogo nie widać- mam wrażenie jakbyśmy przejeżdżali przez umarłe miasto. Po raz pierwszy czuję lekki niepokój- nie mamy żadnych map, namiarów na jakikolwiek hotel i generalnie nie wiemy gdzie się udać. Moje obawy na szczęście okazują się niepotrzebne. Tajlandia jest wprost idealnym krajem na pierwszą samodzielną podróż. Nie można się zgubić- wystarczy tylko odpowiednio zapłacić i można mieć wszystko. Dojeżdżamy na dworzec, wychodzimy z autobusu i już otacza nas grupka ludzi oferujących nocleg, tuk tuka, taksówkę… Zmęczeni przeglądamy oferty i szybko decydujemy się na jeden z guesthousów. Okazał się być bardzo przyjemnym miejscem- 300B za dwuosobowy pokój/noc i do tego basen oraz nieograniczony dostęp do internetu 🙂 Sympatyczny właściciel prowadzi nas do pokoju i niemalże natychmiast padamy z nóg. Ja jednak długo nie mogę zasnąć, w czym pomaga mi nieustanny żabi rechot, a późną nocą słyszę nasz ojczysty język za oknem… Polaków można spotkać niemal wszędzie i dobrze wiedzieć, że są miłośnicy podróży wśród nas 🙂

Magia ruin Sukhothai.

Następnego dnia już od rana zaczynamy zwiedzanie. Autobus do starego miasta rusza dopiero jak zbierze odpowiednią ilość pasażerów, więc trochę czekamy i w tym czasie poznajemy się z nowymi ludźmi. Sam pojazd natomiast wygląda dość zabawnie- coś jakby niebieska, kolorowa, sklecona z desek budka na kółkach, w środku której są dwie drewniane ławki. W międzyczasie kupuję butelkę wody za 50 groszy i studiuję mapkę, którą dostaliśmy od właściciela ośrodka. Jest bardzo słonecznie, ale tez nie za gorąco- przynajmniej nie na tyle, żeby odmówić sobie wycieczki rowerowej. Na miejscu już dziesiątki osób oferują nam jego wypożyczenie. Zatem ruszamy w drogę!

Podobne? 🙂

Nie wiem, czy to pogoda może być przyczyną, czy też rowerowa forma zwiedzania sprawia, że zdecydowanie bardziej mi się tu podoba niż w Ayutthai. A może po prostu ruiny są lepiej zachowane? W każdym razie miasto to ma w sobie ducha przeszłości i płynie stąd magia, która nie bez powodu każe się zatrzymać tutaj każdemu podróżnikowi w drodze na północ. Przejażdżka nie jest męcząca, ale i tak z chęcią zatrzymujemy się na zimną colę i drobne zakupy. Po drodze kupuję banany od starszej, przemiłej kobiety. Owoce są tanie i WYŚMIENITE!

Ta Tajka sprzedaje niebo w gębie- przepyszne banany!

Wieczorem spacerujemy jeszcze po kolorowych targowiskach Tajlandii. Bardzo lubię te miejsca, chociaż nie zamierzam nic kupować, gdyż nie mam pojęcia, co się tu sprzedaje. 🙂 Za to mieszanina najdziwniejszych zapachów, smaków (bo czasem ktoś nas poczęstuje zachęcając do zakupu), kolorów i ten hałas… kwintesencja tajskiej kultury. Spacerując w środku tego „bałaganu” można posmakować na chwilę prawdziwego tajskiego życia, jego świata i praw nim rządzących.

Zwiedzanie Sukhothai jest niemal obowiązkowe podczas podróży na północ kraju.

Na koniec kąpiel w basenie,  gdzie chowam się pod wodą przed kąśliwymi komarami. Przez chwilę zastanawiamy się, jaki obrać kierunek dalszej podróży. W końcu postanawiamy, że jutro nasze drogi się rozejdą. Zbliża się dzień mojego wylotu, więc muszę kierować się powoli w stronę Bangkoku, podczas gdy mój przyjaciel decyduje, by zwiedzić jeszcze Laos. Zasypiając zastanawiam się jak przebiegną ostatnie dni podróży, kiedy będę już sama…

Old City

Lecz jeszcze zanim wyruszę- kolejny piękny poranek w Tajlandii. Jeszcze jedno pyszne śniadanie i nie wiem już które lassi bananowe. Kolejny miły człowiek zabawiający nas rozmową i opowiadający jakże ciekawe historie. Czuję, że przyzwyczaiłam się już do tego świata, do nieładu, nieporządku, braku pośpiechu, ale też do uśmiechu mijanych przeze mnie ludzi, do ich życzliwości, do słońca, zapachu i smaku. Zdaję sobie sprawę, że to już moje ostatnie dni w tym cudownym kraju i chcę je maksymalnie wykorzystać. Kanchanaburi staje się zatem ostatnim przystankiem i moim głównym celem podróży ze względu na słynną Świątynię Tygrysów.

Ruiny świątyń są wciąż miejscem kultu.

Szczegóły pobytu:

Nocleg: 4T guesthouse http://4thouse.hong-pak.com/www.php?web=4thouse&lang=en&p=index 300B/pokój 2-os./noc Polecam! Cena jak najbardziej atrakcyjna, a do tego basen i bezpłatny dostęp do internetu 🙂 Do przystanku niedaleko, skąd autobus zabierze Was do samego Old City. Gospodarz bardzo życzliwy, pomaga w zaplanowaniu podróży oraz posiada rozkład autobusów i adresy wielu hoteli w różnych miejscach Tajlandii. Można też pożyczyć książkę i poczytać w wolnej chwili.

Transport: Z dworca autobusowego w Ayutthayi jeździ kilka autobusów dziennie do Sukhothai. Trzeba pytać się ludzi, gdzie wsiąść, bo mogą nie być oznakowane.

Przykładowe ceny: autobus do Old City 20-30B, wypożyczenie roweru 80B, za wstęp na teren zabytków płaci się trzy razy, ponieważ są trzy strefy- za każdą 50B, tuk-tuk z dworca do hotelu 80B (w nocy).

Na co uważać: Na drobnych oszustów, którzy po wyjściu z autobusu będą Cię namawiali na wypożyczenie ich rowerka za wygórowaną opłatą. Wystarczy się rozejrzeć, by zauważyć nieopodal dobrze wyposażone wypożyczalnie oferujące  rower z mapką za rozsądną cenę.

Koniecznie: Jeśli masz więcej czasu zrób sobie dodatkową wycieczkę poza „obręb mapki”. Ruiny są tam co prawda mniej imponujące, ale za to już kilka minut jazdy dalej można się przyjrzeć z bliska życiu na wsi i ciężkiej pracy jej mieszkańców.

*10B=ok.1zł

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: