W drodze do dzungli

Tydzien – siedem dni. Dokladnie tyle czasu minelo, odkaz pozegnalam najblizszych i wsiadlam do pociagu uginajac sie pod 20 kilogramami na plecach. Od tamtej pory pojawialam sie na krotko to tu, to tam i znikalam, przesiajac sie w roznych miastach. Spedzilam wiele godzin w samolotach, autobusach i taksowkach, a wreszcie poznalam rowniez ciekawych ludzi, ktorzy tak jak ja, podazali nieznana im sciezka ku nowym przygodom. Przekonalam sie, ze moza nia byc juz sama podroz do obranego celu. Moja droga zaprowadzila mnie do tetniacej zyciem amazonskiej dzungli pelenej dzikich zwierzat. Jednak zanim tam dotarlam…

Droga, jak kazda inna…

Pociagiem do Warszawy i samolotem do Brukseli. Raptem jeden dzien w stolicy Europy (napisze o tym w osobnym rozdziale) i dalej przez Madryt do Limy. Tak znalazlam sie po raz pierwszy w Ameryce Poludniowej, gdzie mimo wielu przeczytanych ksiazek i obejrzanych filmow Cejrowskiego, wszystko mnie zaskakiwalo i bylo nowoscia. Lotnisko w Limie lezy nad samym oceanem, widoki byly zatem rewelacyjne. Drozsza, ale bezpieczna taksowka dotarlam do domu Polki, ktora od 3 lat mieszka w Peru (poznalysmy sie przez couchsurfing.com). Przejazd sporo mnie kosztowal, bo omylkowo dalam wiecej banknotow niz potrzeba – coz, zrzucilam to na karb zmeczenia i postanowilam wziac sie w garsc i bardziej uwazac. Ania wprowadzila mnie w swiat smakow peruwianskiej kuchni, ktora przyznaje, ze jest wysmienita. Nie zdecydowalam sie tylko probowac swinki morskiej, tak popularnego tutaj dania. Te gryzonie sa mi szczegolnie bliskie, a nie wyobrazam sobie konsumpcji przyjaciela, tudziez jego braci. Mysle, ze w duzej mierze wlasnie dzieki cennym poradom Ani udalo mi sie szczesliwie dotrzec do celu – druga dobra dusza napotkana na mojej drodze (I-sza w Belgii).

lokalny targ

 

28 godzin w autobusie przez Andy i wzdluz jeciora Titicaca, mimo egzotycznych widokow, ciagnelo sie niemilosiernie. Jadyna atrakcja byly rozmowy z towarzyszami podrozy przerywane harczacym rykiem ze starych glosnikow. Lokalne piesni (ktore, wierzcie mi, sa fajne tylko przez pierwsze 15 minut) i lolity z hiszpanskich filmow darly sie niemilosiernie nad moim uchem – odnotowlam zatyczki do uszu na liscie pilnych zakupow. Plus sluchawki do telefonu – moje zbawienie za 2 $ w La Paz.

Jezioro Titicaca

Granica peruwiansko-boliwijska jest wyjatkowo gwarna i kolorowa. Na barwnych uliczkach rozstawione sa liczne stragany, ktore obsluguja Indianki w tradycyjnych strojach i wysokich kapeluszach. Jedna pieczatka po stronie Peru, a potem druga w Boliwii – granice przechodzi sie pieszo. Zupelnie przypadkiem zalapalam, ze dostalam pozwolenie na pobyt tylko do 30 dni. Dowiedzialam sie, ze to standard i w tym miejscu wiecej nie dostane. Coz, przynajmniej nie bedzie niespodzianki przy wyjezdzie, bo jeszcze mogliby mnie nie wypuscic i  wtedy musialabym na dobre zamieszkac w dzungli… lub tez w celi.

Najbardziej zdziwily mnie gory. Sa zupelnie inne niz nasze, koloru zoltego, troche jak stary, wyplowialy dywan. Co jakis czas mozna zobaczyc skromne chatki, gdzie ubodzy mieszkancy zyja na granicy ubustwa i slumsow, a dzieci zamiast chodzic do szkoly pasa bydlo i owieczki. Zupelnie jakby wyroslo zza wzniesienia, nagle ukazalo nam sie ogromne miasto. La Paz – najwyzej polozona stolica na swiecie (ok. 4 tys m.n.p.m.) – to miasto otoczone zewszad gorami o niepowtarzalnym klimacie. Chociaz bylam padnieta, a choroba wysokosciowa dawala mi sie we znaki, zdecydowlam sie na spacer jeszcze tego samego dnia, ktorego przyjechalam.

przez Andy…

Na tlocznych ulicach czulam sie dosc bezpiecznie, dopoki nie uslyszalam strzalow i poplochu po drugiej stronie jezdni. Na szczescie okazalo sie, ze to tylko fajerwerki protestujacych przed ministerstwem (nie wiem czego). Zas nieco dalej na skwerku wlasnie dawala koncert kapela starszych panow, pod scena zas tancowaly wesole babki w ludowych kiecach 🙂 Nie wiem, jak to zrobilam, znajac moze 30 slow po hiszpansku, ale udalo mi sie rowniez przedluzyc pozwolenie na pobyt, choc juz sie obawialam, ze bedzie konieczna lapowka. Dogadalam sie rowniez na dworcu, wszystko szlo az za dobrze. No wlasnie, do czasu.

Kiedy przyszlo zaplacic taksowkarzowi okazalo sie, ze moja karta nie dziala, a w kantorze nie chca mi wymienic pieniedzy. Dlaczego? Bo banknot jest lekko zagiety w jednym miejscu. Nie, zeby ich pieniadze byly takie ladniutkie, o nie! Sa pomiete we wszystkie strony, jakby psu z gardla wyjete. Musialam zatem zrobic sobie wycieczke po miescie, zeby znalezc w koncu bank, gdzie wymienilam ostatnie 20 $. To jednak nie zalatwialo sprawy, bo wciaz nie wiedziec czemu, nie moglam skorzystac z bankomatu. Nie pomogly telefony do polskiego oddzialu, w ktorym dosc oschle potraktowano moje blagania o pomoc. Zrezygnowana, nie wiedzialam, co robic. Z pomoca przyszedl mi Kanadyjczyk, ktorego poznalam jeszcze w autobusie. Facet grubo po szescdziesiatce przyjechal do Boliwii wspinac sie po wulkanach. Okazalo sie, ze jego karta rowniez nie dziala, wiec prawdopodobnie jest to usterka VISY. Nic nie mowilam, nie musialam prosic. Brian wyjal 50$ z portfela i wcisnal mi do reki mowiac: Kiedys mi oddasz. Poniewaz pedzilam juz na autobus, zdazylam tylko napisac mu na predce moj e-mail z prosba o podanie numeru konta. Ciekawe, czy napisze…

Z La Paz wyjechalam poznym wieczorem – autobus oczywiscie sie spoznil. Moze to i dobrze, bo mialam czas na bladzenie po wielkim dworcu, gdzie kazdy cos krzyczy i nawoluje. Odnalazlam sie w koncu w ogolnym zamieszaniu i kupilam za okolo zlotowke bilet uprawniajacy do wyjscia z dworca. Tak, brzmi dziwnie, ale zarowno w Boliwii jak i w Peru, nalezy kazdorazowo uiscic oplate za korzystanie czy to z dworca czy tez z lotniska. Tak wiec z jednej strony nie ma wiz do Peru, a z drugiej 30$ na pozegnanie trzeba zostawic. W autobusie przemarzlam na kosc, mimo ze bylam otulona dwoma kocami i mialam na sobie bluze oraz kurtke. Choc w dzien jest dosc cieplo, to noca niestety temperatura znacznie spada. Jednak kiedy slonce znow wzeszlo i rozjasnilo widoki za oknem, nie moglam uwierzyc moim oczom. Bylismy w dzungli. Po raz pierwszy w zyciu widzialam tyle zieleni wokol, tylko gdzieniegdzie przerywanej rwaca rzeka lub wodospadami. Mijalismy senne wioski z drewnianymi domkami na wysokich palach, ktore sprawialy czesto wrazenie niezamieszkalych. Zachwycona okolica w ostatniej chwili zauwazylam znak parku. Nerwowo probowalam przypomniec kierowcy, zeby mnie wysadzil – mowilam mu o tym juz pare razy wczesniej, ale jak widac zapomnial. Gdybym mimo jego zapewnien stracila czujnosc, to najblizszy przystanek bylby w Santa Cruz, czyli za 500 km. Szczescie jednak mi dopisalo i tak dotarlam do Parque Machia, gdzie rozpoczyna sie wlasnie kolejny rozdzial mojej przygody. Mam nadzieje, ze nie mniej ekscytujacej 🙂

P.S. Poniewaz mam problem z zaladowaniem zdjec, a klawiatura sprawia, ze pisze baaardzo wolno, wiec bede starala sie stopniowo to nadrabiac i bardzo prosze o cierpliwosc 🙂 W moim dzienniku juz pisze wieczorami kolejna historie. Pozdrawiam!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: