Mgła, która grzmi

David Livingstone mówił: Widok tak piękny, że muszą się w niego wpatrywać aniołowie w locie. Wodospady Wiktorii, jeden z siedmiu cudów natury, rozciągają się na szerokości 1,7 km. Można się nimi zachwycać od strony Zambii oraz Zimbabwe, gdyż znajdują się dokładnie na granicy tych dwóch państw. I chociaż w porze suchej, w której miałam okazję je podziwiać, spada ledwie niewielki procent wody w porównaniu z porą deszczową, to i tak trudno było mi oderwać wzrok od tej potęgi. Co więcej, razem z Andrzejem, który dołączył do mnie w połowie wyprawy, byliśmy jedynymi turystami w parku! Spodziewałam się tłumów na miarę Machu Picchu, które dziennie odwiedza 5 tysięcy osób i to tylko dlatego, że wprowadzono takie ograniczenie, a tymczasem… spokój, rześkie powietrze, piękne ptaki i kojący, rytmiczny szum. Błogość!

Mgła, która grzmi - tak w lokalnym języku nazywane są Wodospady Wiktorii

Mgła, która grzmi – tak w lokalnym języku nazywane są Wodospady Wiktorii

Wzdłuż rozpadliny, z której spływa wodospad, wśród egzotycznej roślinności utworzona jest ścieżka prowadząca do kolejnych tarasów. Z nich zaś z rozmaitych perspektyw rozpościera się widok na cud i Zambię po drugiej stronie. Chociaż odległość nie jest tak duża, to jednak drugi brzeg jest ledwo widoczny, a to z powodu kropli wody, które spadając, odbijają się od tafli i unoszą z powrotem do góry na wiele metrów. Stojąc blisko można doświadczyć orzeźwiającego prysznica z rzeki Zambezi, która tam wpada. Zwłaszcza ostatni taras pozwala znacznie zbliżyć się do krawędzi. Spędziłam tam grubo ponad godzinę, kontemplując widok i odprężając się tak, jak można tylko na łonie natury. Wschodzące słońce grzało mnie w plecy, a gdy całkowicie wzeszło, nad wodospadem pojawiła się tęcza. Za nią kolejna. A za nimi pierwsi turyści. Jednak przez dłuższą chwilę miałam cały wielki wodospad tylko dla siebie i bardzo to doceniam.

P1110966

Tęczowy wodospad

P1120043

Październik to najgorętszy miesiąc w Zimbabwe. Jeśli kiedykolwiek narzekałam na upał, to dopiero wtedy przekonałam się, czym jest prawdziwy gorąc. Moja skóra wyschła na wiór i nie pomagały mi żadne kremy. Z resztą kosmetyki, nawet jeśli leżały w cieniu, to były nagrzane tak, że żel do mycia musiałam najpierw chłodzić zimną wodą, bo inaczej parzył moje ciało. W samo południe w namiocie nie dało się wytrzymać, więc wzięłam przykład z hipciów i moczyłam się w basenie popijając słodki cydr (tego hipki mogą jeszcze nie znać). Wieczorem natomiast wybrałam się na rejs rzeką o wdzięcznej nazwie Zambezi, podczas którego wreszcie mogłam nabrać oddechu i cieszyć się tętniącą życiem przyrodą przy zachodzącym słońcu. Pożegnałam się wtedy z Zimbabwe i następnego dnia pojechałam do Botswany, która już od granicy przywitała mnie stadami słoni.

P1120007

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: