Jej wysokość La Paz

Wyjeżdżałam i wracałam do tego miasta wielokrotnie. Przyciągało mnie od samego początku i chociaż napawało grozą, to ciekawość była silniejsza. Krok po kroku poznawałam kolejne zaułki najwyżej położonej stolicy świata – La Paz i jej cztery tysiące metrów nad poziomem morza w Środkowych Andach – ależ tam było wspaniale!

IMG_7123

Przed przyjazdem naczytałam się sporo w Internecie o boliwijskiej stolicy i często natrafiałam na niezbyt pochlebne wiadomości. Ich bohaterami byli głównie taksówkarze-porywacze, gwałciciele, złodzieje, mordercy. Poszkodowani lub rodziny zmarłych poszkodowanych. Autobusy próbujące przemierzyć wątłe drogi Andów i tonące w otchłani przepaści. Mało przyjemnie… Na szczęście mój autokar dotarł na dworzec w jednym kawałku po 34 godzinach jazdy z Limy. Jedyne, co mnie dotknęło w La Paz, to delikatna postać choroby wysokościowej. W tym przypadku jednakże, lekarstwo na ową przypadłość jest całkowicie legalne i powszechnie dostępne. Liście koki – nie mylić z kokainą – żuje się pod policzkiem z dodatkiem proszku, który wyciska z nich sok. Niesmaczne, ale skuteczne. Kokę można również dostać na każdym targu pod postacią herbatek lub cukierków, podobnych do tych z kofeiną sprzedawanych u nas na stacjach benzynowych. Tyle tylko, że w La Paz mieści się chyba największe targowisko świata, więc żeby znaleźć pożądaną rzecz, trzeba wiedzieć, gdzie szukać lub nastawić się na wielogodzinne błądzenie.

IMG_5233

Lubię zwiedzać lokalne ryneczki. Zwłaszcza w Azji na dziale spożywczym można spotkać przedziwne artykuły, które nie wiadomo czym są, jak smakują ani co się z nich robi. W Boliwii czekało mnie inne zaskoczenie. Miejscowy targ jest tak ogromny, że zajmuje kilka przecznic miasta. Z jednej uliczki, na której można kupić elementy hydrauliczne, przechodzi się do kolejnej z bananami i tak dalej i tak dalej. Można zwiedzać cały dzień, stracić zawartość kieszeni i niespodziewanie znaleźć ją na jednym z bazarków. Pewna część tego centrum handlowego jest uważana za magiczną. To tak zwany Targ Czarownic. Można na nim dostać różnorakie amulety, które przyniosą powodzenie w konkretnych dziedzinach życia. Na przykład zasuszone płody lam, które należy wmurować w dom – tak na szczęście. Są też podkowy, kadzidła, zioła, ołtarzyki i dary dla Pachamamy. Dodam, że Boliwia to kraj chrześcijański. Miejscowym jednak wiara w Chrystusa nie przeszkadza wielbić Matki Ziemi, której kult jest silnie zaznaczony w każdej miejscowości. Prócz tego wszystkiego, na Targu Czarownic można nabyć coś jeszcze – eliksiry na rozmaite przypadłości. Nie wiem, czy wśród nich był eliksir miłości, ale na pewno znalazł się napój dodający siłę. Taki odpowiednik naszego energetyka, ale z dodatkiem liści koki. Co mnie zaskoczyło najbardziej, to postać na etykiecie…. sami zobaczcie 😉

Pudzian jako reklama boliwijskiego energetyka ;)

Pudzian jako reklama boliwijskiego energetyka 😉

Targ Czarownic i jego magiczny asortyment

Targ Czarownic i jego magiczny asortyment

Płody lam

Płody lam

Trochę dziwny ołtarzyk

Trochę dziwny ołtarzyk – też do nabycia

Lubię także uliczne jedzenie. Rano na śniadanie – salteñas, czyli świeżo wypiekane bułeczki z farszem mięsnym lub jajecznym oraz bliżej mi nieznanymi dodatkami i przyprawami. Na drugie śniadanie zdarzyło mi się raz zatrzymać w ulicznej jadłodajni. Ot, mała budka, parę desek, starych stolików i całe mnóstwo ludzi – w dodatku sami miejscowi. Z resztą spacerując zaułkami La Paz raczej rzadko trafiałam na gringo, czyli białych. Skuszona ciekawością przysiadłam się do jednego ze stolików i zamówiłam to samo, co sąsiad obok. Jeśli kiedykolwiek uważałam żurek za kwaśny, zmieniłam zdanie gdy tylko spróbowałam zupy, którą mi wówczas zaserwowano. Zimna, zielonkawa, z dodatkiem małych suszonych rybek, które kojarzyły mi się z karmą dla żółwi. Do dziś nie potrafię określić, czy właściwie smakowało mi to danie czy też nie. Ale talerz opróżniłam do dna. Na obiad natomiast wybierałam codziennie inne restauracje, które w wyznaczonych godzinach wystawiały na ulicę tablice, na których opisane było danie dnia, czyli almuerzo, które składało się zwykle z zupy, dania głównego i deseru za cenę około 7-10 zł. Do popicia – chicha – ulubiony napój ze sfermentowanej czarnej kukurydzy.

Dziwna zupa - boliwijski chłodnik?

Dziwna zupa – boliwijski chłodnik?

Naprawdę bardzo lubię zwiedzać miasta na piechotę. Zważywszy na niepewne taksówki – w La Paz nie miałam większego wyboru. Próbowałam raz skorzystać z zawsze kolorowych autobusów, ale nie dojechałam nim tam, gdzie chciałam, pewnie z powodu mojej słabej znajomości hiszpańskiego. Zostały mi więc własne nogi, choć i te niekiedy odmawiały mi posłuszeństwa, gdy tylko czułam nawrót choroby wysokościowej. Dlatego La Paz poznawałam bardzo powoli, tylko przypadkiem wpadając na śliczne place z fontannami, pomnikiem Kolumba lub kolonialnymi budynkami, zza których wyłaniały się ośnieżone szczyty wulkanów. Czasem przesiadywałam na takich skwerkach lub na schodach pod kościołem, próbując ukradkiem zrobić zdjęcie paniom w kolorowych sukniach, indiańskich chustach, długich warkoczach i tradycyjnych melonikach. W Boliwii ludowe stroje po dziś dzień są powszechnie noszone, co czyni miasto jeszcze bardziej niezwykłym. Będąc tam i słuchając starych hitów puszczanych przez ulicznych sprzedawców pirackich płyt, czułam się, jakbym faktycznie cofnęła się o dobrych 50 lat. La Paz żyje w innej czasoprzestrzeni. La Paz jest autentyczne.

IMG_5223

IMG_7074

Miejscowi wierzą, że wraz ze zdjęciem kradnie się ich duszę, a można za to nieźle oberwać!

Panorama miasta

Panorama miasta

Lubię tajemnice. Przypadkiem zostałam powiernikiem jednej z nich. Zaczęło się od tego, że marzyła mi się wyprawa do dżungli. W La Paz funkcjonuje całkiem sporo hosteli i biur podróży dla tak zwanych backpackersów. Szybko zorientowałam się jednak, że wszystkie oferują ten sam rodzaj wycieczek w jedno miejsce. Tłum ludzi, spływ łodzią, zdjęcie z anakondą, łowienie piranii i nocleg na łonie na natury, a wszystko słono płatne. Jakoś to do mnie nie przemawiało. Po przygodach, jakie sama sobie zafundowałam na spacerach z ocelotką po dżungli, program wycieczek wydawał mi się mało atrakcyjny i nie spodziewałam się tam zobaczyć „prawdziwego lasu amazońskiego”. Choć przecież dwie trzecie Boliwii to właśnie dżungla, więc musiał istnieć inny sposób. Zapragnęłam wyprawy a’la Cejrowski (chociaż po części) i postanowiłam znaleźć przewodnika. W La Paz żyje przynajmniej jeden, a dowiedziałam się o tym od przypadkiem poznanego Izraelczyka. Żeby go znaleźć, trzeba jednak wiedzieć, jak do niego trafić…

IMG_5239

„Skrzyżowanie ulic Illampu z Tarija. Po 50 metrach zobaczysz po lewej stronie czarną bramę z hebrajskim napisem. Litery oznaczają Shaul. Naciśnij dzwonek. Z okna ktoś spuści plastikową butelkę. Odwiąż klucz. Otwórz bramę i idź na pierwsze piętro.” -„Żartujesz?!”- niedowierzałam.- „To brzmi jak fragment książki kryminalnej.” Nie żartował. Poszłam tam i odnalazłam bramę. Wszystko było dokładnie tak, jak w opisie. „Prawdziwy trekking po dżungli z miejscowym przewodnikiem, to by było coś” – myślałam. Niestety, jak to zwykle bywa, potrzebne były jeszcze co najmniej dwie chętne osoby. A ja chciałam wyruszyć najdalej nazajutrz, nie mogłam pozwolić sobie na dłuższe oczekiwanie, zwłaszcza, że sama wyprawa miała trwać co najmniej tydzień (nie było wiadomo ile dokładnie). A tu już zaczął się kolejny semestr na studiach, podczas gdy ja jeszcze chciałam zobaczyć pustynię solną, jezioro Titicaca i słynne Machu Picchu. Kto wie, może przy kolejnej okazji? A może Wy tam kiedyś zapukacie i opowiecie mi, jak było?

IMG_7253

IMG_7099

IMG_5209

Punkt widokowy - po lewej w tle ośnieżone wulkany

Punkt widokowy – po lewej w tle ośnieżone wulkany

Reklamy

1 komentarz (+add yours?)

  1. wiola
    Lip 31, 2014 @ 09:56:40

    Zdjęcia przepiękne, a historia, jak zwykle, baśniowo – sensacyjna. Czekam na więcej.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: