Tiger Temple- Świątynia Tygrysów w Tajlandii

VII. Kanchanaburi- Tiger Temple.

Aktualizacja tego wpisu należała się już od dawna. Byłam w słynnym już na cały świat Tiger Temple ładnych parę lat temu. Zachwycona robiłam sobie zdjęcia ze zdumiewająco spokojnymi tygrysami. Nie jestem z tego dumna. Żałuję bardzo. Zacznę jednak od początku. Do Tajlandii trafiłam jako młoda dziewczyna kompletnie niedoświadczona w podróżowaniu po egzotycznych państwach. Trzeba przyznać – jak wielu – na swoją pierwszą daleką podróż obrałam ten właśnie kierunek i byłam zafascynowana dosłownie wszystkim, co tam zobaczyłam. Przed oczami miałam natomiast wyłącznie obraz bardzo popularnego w tamtych czasach programu emitowanego przez stację Animal Planet „Świątynia Tygrysów”. Serialu o zwierzętach, który przekonywał widzów, iż przedstawieni w nim buddyjscy mnisi ratują zagrożone wyginięciem tygrysy. Sami żyją w ascezie, żeby zapewnić dobry byt swoim podopiecznym. Zaś kociaki są im tak oddane, że pozwalają zrobić ze sobą wszystko. Piękna idylla, na którą dałam się nabrać. Jak wielu przede mną i do tej pory.

Nie dociekałam prawdy. Byłam na tyle naiwna, że całkowicie uwierzyłam w telewizyjny program i wzięłam jego przekaz za pewnik. Na miejscu turyści widzą zapewne tylko część przedstawienia. To, co dzieje się za kulisami, opisali dopiero byli wolontariusze. I niestety nie są to tak pochlebne wiadomości. W Internecie przeczytać można o zwierzętach pod wpływem leków sedujących, o znęcaniu się nad tygrysami, o fatalnej diecie, koszmarnych warunkach, a nawet sprzedaży bardziej agresywnych osobników na futro. Niezależnych reportaży, blogów i zdjęć jest tak dużo, że aż trudno w to wszystko nie uwierzyć. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nauczona moimi późniejszymi doświadczeniami w innych azjatyckich krajach – oskarżenia te są więcej niż pewne.

Kanion. Tutaj turyści robią sobie zdjęcia z tygrysami.

Na wolontariat do Świątyni Tygrysów zgłaszałam się łącznie trzykrotnie. Najpierw z dobrych intencji, później, gdy byłam już bardziej świadoma, chciałam po prostu na własne oczy zobaczyć i ocenić sytuację zwierząt, by później również odnieść się do tego w mediach. Za każdym razem mi odmawiano, tłumacząc  się brakiem miejsc w danej chwili. Czy była to prawda, nigdy się nie dowiem. Obawiam się jednak, że osoba z wykształceniem weterynaryjnym śmierdziała dla nich zagrożeniem. Co tylko dowodzi, że coś jest tam nie tak.

Mogłam skasować negatywne komentarze, mogłam skasować całkiem wpis o Świątyni Tygrysów. Trochę zabrało mi czasu, żeby zebrać się na odwagę i przyznać do błędu, do naiwności, która codziennie kosztuje życie bezbronnych zwierząt. Myślę jednak, że szczerość ma tu większy oddźwięk aniżeli milczenie. Nauczona tymże doświadczeniem, każdy następny wyjazd na wolontariat w Azji, Afryce i Ameryce Południowej planowałam ze staranną dokładnością. Pisałam do byłych pracowników, szukałam opinii w Internecie, śledziłam działalność rozmaitych ośrodków na forach czy facebooku średnio przez pół roku, zanim decydowałam się tam pojechać. Teraz już weszło mi to w nawyk. Ocknęłam się i Was proszę o to samo. Nie odwiedzajcie miejsc takich jak to.  Nie wierzcie na słowo, zróbcie własny wywiad. Dociekajcie, szukajcie i piszcie o swoich doświadczeniach, tak żeby inni mogli usłyszeć Waszą opinię. Tu chodzi o więcej, niż może się zdawać. I dziękuję za wszystkie negujące komentarze pod wpisem, który kiedyś tu wisiał.

Miejsce tego tygryska powinno być przy mamie…

 

Reklamy

Tajlandia i tygrysy- miasto nad rzeką Kwai.

VII. Kanchanaburi.

Nie łatwo się tu dostać i nie prędko. Chyba, że wyjeżdżalibyśmy z Bangkoku- wtedy nie ma problemu. Jeśli jednak wyruszalibyście z innej części kraju, tak jak ja z Sukhothai, wtedy nie jest to już takie proste. W tym kraju bowiem rządzi zasada, że… wszystkie drogi prowadzą do Bangkoku. Więc żeby dostać się z jednego miasta do drugiego, nie można pojechać bezpośrednio, bo takie połączenie nie istnieje. Trzeba wrócić się do stolicy i dopiero stamtąd jechać dalej nadkładając w ten sposób sporo kilometrów. Dlatego właśnie dotarcie do Kanchanaburi zajęło mi niemalże cały dzień 😉

Rzeka Kwai.

Już na dworcu tradycyjnie targuję się o dojazd do hotelu. W końcu wsiadam do rikszy i za 40B trafiam do hotelu, który znalazłam na starej ulotce. Ponieważ teraz jestem już sama, zależy mi na tanim noclegu, ale oczywiście chcę także pomieszkać przez chwilę w domku na rzece 🙂 I udało się- decyduję się zatrzymać w- jak sama ją nazwałam- chatce na kurzej stopie. Dlaczego? Po pierwsze- jest bardzo wysoko. Trzeba się wspiąć po niemal pionowych wąskich stopniach (i uważać, by nie spaść- pod spodem płynie rzeka!), żeby dotrzeć do łazienki. Sam pokój natomiast znajduje się jeszcze wyżej i tam już trzeba włazić po drewnianej drabinie. Z ciężkim plecakiem jest to nie lada wyzwanie 😉 I choć pokój jest bardzo skromny, bo znajduje się w nim zaledwie duży materac i wiklinowy regalik, to mam niesamowity widok z balkonu i nieco prywatności.

Wyśmienite śniadanie- ananas nadziewany smażonymi owocami morza, kawałkami ananasa i orzechami 🙂 MNIAM!

Wieczorem przechadzam się jeszcze po ulicy pełnej hoteli, guesthouse’ów i barów. Można łatwo dostrzec, że wszędzie poza Bangkokiem i wybrzeżem jest zdecydowanie taniej. Szybko decyduję się na masaż (150B/h) i manicure (70B) korzystając z atrakcyjnej promocji miejscowego salonu kosmetycznego. Jeszcze tylko naleśnik bananowy oraz sok owocowy i mogę wracać do hotelu. Na miejscu kupuję wycieczkę, której już nigdy nie zapomnę i która ukierunkuje moje dalsze życie- jadę na spotkanie z tygrysem!

Kontakt z ogromnym drapieżcą to niemałe przezycie!

Kiedy wstaję wczesnym rankiem i tak skaczę między łazienką a pokojem, uznaję że chatka na kurzej stopie jednak nie jest zbytnio komfortowa i że trzeba się przenieść. Ponieważ wycieczka zaczyna się dopiero o 13, mam jeszcze sporo czasu, żeby znaleźć coś lepszego. Udaję się zatem do najbliższego biura turystycznego i przeglądam oferty. W końcu proszę, żeby zaproponowano mi coś w okolicy i w atrakcyjnej cenie. Dziewczyna zaprasza mnie na skuter i zabiera do guesthouse’u pełnego backpackers’ów z całego świata. Słyszę wiele obcych języków na raz, co mnie przekonuje, żeby się tu zatrzymać. Jak się później okazuje, był to dobry wybór. W Jolly Frog oprócz czystych pokoi, wi-fi i pysznego jedzenia w niskiej cenie można spotkać ciekawych ludzi i zawrzeć nowe znajomości. Polecam!

Most na rzece Kwai.

 

River Kwai Bridge Pier Kachanaburi.

Ponieważ jest jeszcze wcześnie, postanawiam przespacerować się nad słynny most na rzece Kwai. Miejsce to ma upamiętniać tragedię tysięcy jeńców alianckich, którzy zginęli w niewyobrażalnych warunkach przy budowie kolei, jak ją później nazwano- kolei śmierci. Znajdują się tam tablice, na których można przeczytać o wydarzeniu. Szkoda tylko, że powagę upamiętniającego tragedię miejsca dobitnie psuje kolorowa, śmieszna wręcz kolejka, która zabiera turystów (a raczej starych, dzianych dziadków) na drugą stronę rzeki i z powrotem. A sam most? W dzień zwyczajny, za to po zmroku już nieco bardziej przerażający. Chociaż może to i dlatego, że w okolicy zbiera się wówczas sporo Tajów, którzy popijają mocniejsze trunki i zaczepiają zbłąkanych podróżników..

Most na rzece Kwai.

Wracając kupuję wreszcie płytę mojej ulubionej Tracy Chapman za zaledwie 100B. Rozglądam się i dostrzegam przy ulicy coś jakby dużego pluszowego kota. Przyglądam mu się nieco uważniej i nagle.. „zabawka” podniosła łepek i spojrzała na mnie najsłodszymi oczętami jakie dotąd widziałam (coś w stylu tych ze Shreka :)) Oczarowana już po chwili bawię się z małym lamparciątkiem i tygryskiem! Karmię je z butelki i czuję, że dzikie koty są moją przyszłością. Wiem, że w tym kierunku powinna podążać moja kariera i że chcę się zajmować światem dzikich zwierząt, ponieważ odnajduję w nim swoje miejsce i szczęście.  Ten dzień to mój pierwszy bezpośredni i bliski kontakt z tym światem. I chociaż kociaki urodziły się w niewoli, więc trudno nazwać je całkiem dzikimi, to udomowione na pewno też nie są. Nasze spotkanie traktuję jako zaproszenie do ich świata, z którego oczywiście zamierzam skorzystać. Ale o tym napiszę już kiedy indziej…

Marzenia się spełniają- jestem przeszczęśliwa!

 

Konkrety:

Nocleg: Jolly Frog- jak najbardziej polecam! 200B za dwuosobowy pokój/noc. Przy tak niskiej cenie jest na prawde czysto, cicho i przyjemnie, a oprócz tego wi-fi i bardzo smaczne jedzenie 🙂

Transport: Bus z dworca zachodniego w Bangkoku za 150B (jedzie około dwóch godzin).

Przykladowe ceny: riksza z dworca autobusowego do hotelu 40B, wycieczka do Świątyni Tygrysów ok. 100B + opłata za wstęp 500B (w tej cenie można sobie robic wiele zdjęć z tygrysami, jednakże za specjalne zdjęcie z głową drapieżcy trzeba juz zapłacić 1000B), jedzenie znacznie tańsze niż w stolicy, czy na wyspach, masaż 150B/h, manicure 70B.

* 10B=ok. 1zł

Tajlandia i tygrysy- podróż w przeszłość Sukhothai.

VI. Sukhothai.

Do miasta dojeżdżamy późnym wieczorem. Witają nas egipskie ciemności i głucha cisza. Na ulicach pustki, nikogo nie widać- mam wrażenie jakbyśmy przejeżdżali przez umarłe miasto. Po raz pierwszy czuję lekki niepokój- nie mamy żadnych map, namiarów na jakikolwiek hotel i generalnie nie wiemy gdzie się udać. Moje obawy na szczęście okazują się niepotrzebne. Tajlandia jest wprost idealnym krajem na pierwszą samodzielną podróż. Nie można się zgubić- wystarczy tylko odpowiednio zapłacić i można mieć wszystko. Dojeżdżamy na dworzec, wychodzimy z autobusu i już otacza nas grupka ludzi oferujących nocleg, tuk tuka, taksówkę… Zmęczeni przeglądamy oferty i szybko decydujemy się na jeden z guesthousów. Okazał się być bardzo przyjemnym miejscem- 300B za dwuosobowy pokój/noc i do tego basen oraz nieograniczony dostęp do internetu 🙂 Sympatyczny właściciel prowadzi nas do pokoju i niemalże natychmiast padamy z nóg. Ja jednak długo nie mogę zasnąć, w czym pomaga mi nieustanny żabi rechot, a późną nocą słyszę nasz ojczysty język za oknem… Polaków można spotkać niemal wszędzie i dobrze wiedzieć, że są miłośnicy podróży wśród nas 🙂

Magia ruin Sukhothai.

Następnego dnia już od rana zaczynamy zwiedzanie. Autobus do starego miasta rusza dopiero jak zbierze odpowiednią ilość pasażerów, więc trochę czekamy i w tym czasie poznajemy się z nowymi ludźmi. Sam pojazd natomiast wygląda dość zabawnie- coś jakby niebieska, kolorowa, sklecona z desek budka na kółkach, w środku której są dwie drewniane ławki. W międzyczasie kupuję butelkę wody za 50 groszy i studiuję mapkę, którą dostaliśmy od właściciela ośrodka. Jest bardzo słonecznie, ale tez nie za gorąco- przynajmniej nie na tyle, żeby odmówić sobie wycieczki rowerowej. Na miejscu już dziesiątki osób oferują nam jego wypożyczenie. Zatem ruszamy w drogę!

Podobne? 🙂

Nie wiem, czy to pogoda może być przyczyną, czy też rowerowa forma zwiedzania sprawia, że zdecydowanie bardziej mi się tu podoba niż w Ayutthai. A może po prostu ruiny są lepiej zachowane? W każdym razie miasto to ma w sobie ducha przeszłości i płynie stąd magia, która nie bez powodu każe się zatrzymać tutaj każdemu podróżnikowi w drodze na północ. Przejażdżka nie jest męcząca, ale i tak z chęcią zatrzymujemy się na zimną colę i drobne zakupy. Po drodze kupuję banany od starszej, przemiłej kobiety. Owoce są tanie i WYŚMIENITE!

Ta Tajka sprzedaje niebo w gębie- przepyszne banany!

Wieczorem spacerujemy jeszcze po kolorowych targowiskach Tajlandii. Bardzo lubię te miejsca, chociaż nie zamierzam nic kupować, gdyż nie mam pojęcia, co się tu sprzedaje. 🙂 Za to mieszanina najdziwniejszych zapachów, smaków (bo czasem ktoś nas poczęstuje zachęcając do zakupu), kolorów i ten hałas… kwintesencja tajskiej kultury. Spacerując w środku tego „bałaganu” można posmakować na chwilę prawdziwego tajskiego życia, jego świata i praw nim rządzących.

Zwiedzanie Sukhothai jest niemal obowiązkowe podczas podróży na północ kraju.

Na koniec kąpiel w basenie,  gdzie chowam się pod wodą przed kąśliwymi komarami. Przez chwilę zastanawiamy się, jaki obrać kierunek dalszej podróży. W końcu postanawiamy, że jutro nasze drogi się rozejdą. Zbliża się dzień mojego wylotu, więc muszę kierować się powoli w stronę Bangkoku, podczas gdy mój przyjaciel decyduje, by zwiedzić jeszcze Laos. Zasypiając zastanawiam się jak przebiegną ostatnie dni podróży, kiedy będę już sama…

Old City

Lecz jeszcze zanim wyruszę- kolejny piękny poranek w Tajlandii. Jeszcze jedno pyszne śniadanie i nie wiem już które lassi bananowe. Kolejny miły człowiek zabawiający nas rozmową i opowiadający jakże ciekawe historie. Czuję, że przyzwyczaiłam się już do tego świata, do nieładu, nieporządku, braku pośpiechu, ale też do uśmiechu mijanych przeze mnie ludzi, do ich życzliwości, do słońca, zapachu i smaku. Zdaję sobie sprawę, że to już moje ostatnie dni w tym cudownym kraju i chcę je maksymalnie wykorzystać. Kanchanaburi staje się zatem ostatnim przystankiem i moim głównym celem podróży ze względu na słynną Świątynię Tygrysów.

Ruiny świątyń są wciąż miejscem kultu.

Szczegóły pobytu:

Nocleg: 4T guesthouse http://4thouse.hong-pak.com/www.php?web=4thouse&lang=en&p=index 300B/pokój 2-os./noc Polecam! Cena jak najbardziej atrakcyjna, a do tego basen i bezpłatny dostęp do internetu 🙂 Do przystanku niedaleko, skąd autobus zabierze Was do samego Old City. Gospodarz bardzo życzliwy, pomaga w zaplanowaniu podróży oraz posiada rozkład autobusów i adresy wielu hoteli w różnych miejscach Tajlandii. Można też pożyczyć książkę i poczytać w wolnej chwili.

Transport: Z dworca autobusowego w Ayutthayi jeździ kilka autobusów dziennie do Sukhothai. Trzeba pytać się ludzi, gdzie wsiąść, bo mogą nie być oznakowane.

Przykładowe ceny: autobus do Old City 20-30B, wypożyczenie roweru 80B, za wstęp na teren zabytków płaci się trzy razy, ponieważ są trzy strefy- za każdą 50B, tuk-tuk z dworca do hotelu 80B (w nocy).

Na co uważać: Na drobnych oszustów, którzy po wyjściu z autobusu będą Cię namawiali na wypożyczenie ich rowerka za wygórowaną opłatą. Wystarczy się rozejrzeć, by zauważyć nieopodal dobrze wyposażone wypożyczalnie oferujące  rower z mapką za rozsądną cenę.

Koniecznie: Jeśli masz więcej czasu zrób sobie dodatkową wycieczkę poza „obręb mapki”. Ruiny są tam co prawda mniej imponujące, ale za to już kilka minut jazdy dalej można się przyjrzeć z bliska życiu na wsi i ciężkiej pracy jej mieszkańców.

*10B=ok.1zł

Tajlandia i tygrysy- przygoda w ruinach Ayutthayi.

V. Autthaya

Z wielkim żalem opuszczam wyspę, ładuję się „na pakę” samochodu i jadę na północ. W tym momencie kończy się opowieść o rajskim wybrzeżu. Zaczynam przygodę innego rodzaju, choć nie mniej ciekawą. Podróż trwa dość długo, bo jakieś półtorej dnia, ale w końcu Tajlandia nie jest małym krajem. W drodze podziwiam krajobrazy przez okno i przypominam sobie o trwającej właśnie porze deszczowej. Po raz pierwszy od mojego przyjazdu pada deszcz, który dudni w szyby i działa usypiająco.

Aleja posągów Buddy.

Aleja posągów Buddy.

Przyjeżdżamy do Bangkoku na drugi dzień rano. Chcemy się dostać do Ayutthayi- dawnej stolicy Tajlandii. Pytamy zatem w różnych biurach turystycznych, ale oferują taką cenę,  jaką płaciliśmy za całonocną podróż na samo południe, mimo że miasto jest oddalone zaledwie o godzinę drogi! Jesteśmy jednak już troszkę bardziej doświadczeni i wiemy jak sobie poradzić. Jedziemy na dworzec- okazuje się, że właśnie odjeżdża nasz pociąg. Mimo to Pani z okienka sprzedaje nam bilety (śmiesznie tanie oczywiście), a my biegniemy na peron. Spokojnie, pociągi w Tajlandii się spóźniają, z resztą tak jak i nasze. Jednak na tym podobieństwa się kończą, a sam przejazd tajskim pociągiem to nie lada frajda. Okien nie ma,  bo trudno jest tak nazwać dziury w oknach, które można sobie zasłonić drewnianą deseczką a’la okiennicą. U góry podwieszone są wiatraczki, natomiast w środku panuje ogólny nieład, jest brudno, wszystko jest poniszczone i stare. To nic, siadamy na fotelach i czujemy, że jesteśmy w Azji 🙂 Jestem strasznie głodna i kupuję coś od przechodniego sprzedawcy. Jest okropnie ostre i nie mogę przełknąć zbyt wiele. Kiedy w końcu pociąg rusza, toczymy się powoli przez środek Bangkoku. Przejeżdżamy nawet przez samo targowisko, a ludzie zaglądają do nas przez okna i próbują coś wcisnąć, coś sprzedać. Podchodzi konduktor i prosi nas o bilety. Pokazujemy grzecznie, ale niestety zostajemy poinformowani, że… jesteśmy w pierwszej klasie, a nasze bilety są na drugą i musimy się przesiąść! 😉 Uśmiecham się pod nosem i zaciekawiona idę zobaczyć jakim cudem może być jeszcze gorzej. Otóż może- trafiamy do wagonu, pośrodku którego stoi jedynie drewniana ławka. I tyle. Mnisi mają wydzieloną specjalną przestrzeń, więc siadamy gdzieś z boku. Nie jest najwygodniej, zwłaszcza po kilkudziesięciu godzinach jazdy autokarem, ale w końcu jesteśmy na wakacjach! W Azji! 🙂

Ruiny Ayutthayi.

W końcu dojeżdżamy na zatłoczony dworzec w Ayutthayi. Próbujemy się zorientować co i jak, na szczęście w Tajlandii nie ma z tym problemu. Biała skóra i europejski wygląd działa tu jak lep na muchy. Już ktoś nam wciska mapkę miasta, ktoś inny ciągnie do tuk tuka, a jeszcze jeden w innym, sobie tylko znanym kierunku. Pytamy się o ceny- przejażdżka tuk tukiem to nie lada wydatek! Jest znacznie drożej niż w Bangkoku i przeczuwamy, że ktoś chce nas naciągnąć. Targujemy się, ale idzie dość opornie. W końcu ustalamy  600B za cztery godziny obwożenia po ruinach. Trochę dużo, ale trudno- deszcz nadal pada i nie mamy ochoty błądzić pieszo i moknąć. A kierowcy wykorzystują tą okazję, bo jakżeby inaczej 😉 Zostawiamy zatem plecaki w „skrytce” na dworcu. Nie jest zamykana, ani jakoś specjalnie chroniona- ot, metalowa, stara szafa gdzieś w kącie. Kierowca zapewnia nas gorączkowo, że na pewno nic nie zginie, my jednak odchodzimy z pewną dozą niepewności.

Kwiaty i świece to ważne elementy buddyjskiej kultury.

Przyklejenie złotka na posągu Wielkiego Buddy ma przynieść szczęście.

Aytthaya przez niemal cztery wieki była największym miastem Azji Południowo- Wschodniej. Niestety po dawnej stolicy zostały tylko ruiny, w dodatku dość mocno już zniszczone na skutek wojen z Birmą. Ja jednak, kiedy stoję po środku wielkiego kompleksu świątynnego wyobrażam sobie jak wyglądał w czasach świetności i widzę ludzi, którzy się tu modlą. Nieśpiesznie odwiedzam każdy zakamarek i fotografuję orientalne zabytki. Podgryzam przy tym przysmak, którego koniecznie trzeba spróbować w tym miejscu. Jest to kolorowa, włochata wata cukrowa owinięta w zielony naleśnik. Wygląda dość dziwnie, czyli normalnie, bo w Tajlandii wszystko jest dla mnie inne i nie przypomina nic z europejskich stołów.

Głowa Buddy wrośnięta i otoczona korzeniami drzewa w ruinach Wat Mahathat

Po dawnej świetności stolicy pozostały już tylko ruiny.

Nasz kierowca kończy wycieczkę o godzinę za wcześnie, więc płacimy mu odpowiednio mniej nie dając się oszukać. Obraża się i odjeżdża- trudno. Za bardzo przyzwyczaili się już do wyciągania pieniędzy od białych turystów. Później spacerujemy jeszcze po mieście włócząc się głównie po targu. Przyznaję, że lubię przyglądać się miejscowym ludziom, tym nieznanym mi znikąd produktom, które sprzedają i próbować wszystkiego, co wydaje się być smakowite. Choć nie zawsze takie jest. Ale ponad wszystko uwielbiam banany. Są tutaj tak tanie- kiść około 2 zł- a do tego przepyszne 🙂 Wieczorem pakujemy się do autobusu obładowani różnym jedzeniem i lokalnymi przysmakami. Nasze plecaki na szczęście nie zginęły, więc jeszcze tego samego dnia opuszczamy miasto i kierujemy się do Sukhothai!

Jak widać na załączonym obrazku pora deszczowa nie powinna sprawiać trudności w zwiedzaniu Tajlandii. To nasz najbardziej deszczowy dzień podczas całej wyprawy 😉 I jedyny.

Pałac królewski.

Dodatkowe informacje:

Nocleg: okazał się niekonieczny. Jeden dzień na Ayutthayę spokojnie wystarczy, wobec tego przyjechaliśmy rano z Bangkoku, a wieczorem już jechaliśmy do Sukhothai.

Transport: Z Bangkoku najtaniej można się tu dostać pociągiem. Co prawda na Kao San Rd. oferują przejazd autokarem, ale cena jest nawet 3-4- krotnie większa.

Przykładowe ceny: zwiedzanie tuk tukiem 600-800B (ale można również wynająć rower, co przy dobrej pogodnie polecam- znacznie taniej i przyjemniej), ciastko na targu, suszone banany, ośmiornice na patyku, tudzież kiełbasa, kawałki ananasa, naleśnik z watą cukrową- wszystko w okolicach 10-25B, obiad (phad thai) 60-70B, bilety wstępu na teren ruin 50B

Na co uważać: nie dajcie się oszukać kierowcom tuk tuków i nie pozwólcie im kończyć przejażdżki przed ustalonym czasem, a cenę koniecznie trzeba ustalić wcześniej. Dworzec autobusowy i kolejowy niestety nie są koło siebie- trzeba dojechać tuk tukiem albo taksówką. Warto poprosić na dworcu albo w agencji turystycznej o darmową mapkę miasta, gdzie zaznaczone są wszystkie atrakcje.

Koniecznie: trzeba spróbować kolorowej waty cukrowej zawiniętej w pszenny naleśnik- bardzo słodkie i nie każdemu się spodoba, ale tak bardzo charakterystyczne dla Ayutthayi. 🙂

*10B=ok.1zł

Tajlandia i tygrysy- relaks, muzyka i campari na Koh Lancie.

IV. Koh Lanta

Wyspa ta niewątpliwie jest ze wszech miar wyjątkowa. Urok, którym uwodzi każdego nowego przybysza ma w sobie dziwną moc, która przyciąga i każe wrócić w to samo miejsce. Kocham podróże, odkrywanie nowych doznań, poznawanie obcych kultur i ludzi je tworzących. Jednakże spośród wszystkich tych miejsc, które zdołałam do tej pory odwiedzić, Koh Lanta jest jednym z nielicznych, do których na prawdę chciałabym wrócić. W których się zakochałam. W których myślę, że mogłabym żyć. Dlatego koniecznie poświęcam jej osobny rozdział, mimo że moja przygoda trwa tutaj zaledwie dwa dni. Jakże piękne i słoneczne są te dni…

 

Kantiang Beach

O tej porze orku (wrzesień) niestety niemożliwe jest przepłynięcie z Phi Phi na Lantę. Prom kursuje dopiero od listopada i  jeśli o mnie chodzi, to mogę sobie tutaj poczekać… 🙂 Bilety są zatem nieco droższe (550B), gdyż musimy najpierw wrócić się do Krabi i dopiero stamtąd jechać busem na wyspę. Tradycyjnie większość czasu mija na czekaniu- uzbrajam się więc w cierpliwość. Tajowie mają zdecydowanie nieśpieszny tryb pracy i życia w ogóle. W tym czasie zagaduję ich i dowiaduję się więcej o miejscu, do którego zmierzam. Koh Lanta to bardzo długa wyspa, a na jej zachodnim wybrzeżu jest wiele pięknych plaż. Jednak w związku z silnymi odpływami już po południu z morza wyłaniają się ostre kamienie, co uniemożliwia kąpiel. Dlatego w tym miejscu hotele są tańsze i mają basen. Dopiero na samym południowym koniuszku wybrzeże jest zawsze piaszczyste, wokół rosną palmy, ale i ceny noclegów idą w górę. Mamy jednak szczęście- w drodze proponują nam guesthouse, który nie nadszarpnie zawartości naszych portfeli. Nauczeni poprzednim przypadkiem za nic nie płacimy, tylko jedziemy zobaczyć to miejsce. Ma przyjechać po nas taksówka. Czekamy, czekamy, czekamy…

Najlepszy bar w Tajlandii- mieszanka przeróżnych stylów

Szybka jazda po stromych zboczach z dreszczykiem i docieramy na miejsce. Pokoje bardzo nam się podobają, więc płacimy od razu za dwa noclegi. Na Lancie wygrzewam się na plaży i kąpię w morzu naprawdę długo. W dodatku nic mnie nie parzy- nie ma małych meduz, są za to fale, więc tym chętniej bawię się w ciepłej wodzie. W przeciwieństwie do Phi Phi plaża jest niemal zupełnie pusta, cała przestrzeń należy do nas. Jest cicho, spokojnie i leniwie. Czas zwalnia bym mogła nacieszyć się chwilą. Jestem w świecie, gdzie problemy nie istnieją, gdzie wszystko jest takie proste. Puszczam zatem wodze wyobraźni i oddaję się marzeniom- w ten sposób upływa mi czas do późnego wieczora. Jest już ciemno, ale idę jeszcze raz popływać. Przy odpływie muszę iść bardzo długo wgłąb morza, by osiągnąć odpowiednią głębokość. Jest fantastycznie, chociaż nie widzę przed sobą zupełnie nic. Fale są większe i co chwilę porywają mnie znienacka. Kładę się zatem i dryfuję pozwalając morzu mną kołysać.

Uwielbiam spacery po plaży o każdej porze dnia i nocy 🙂

 

Why Not Bar

Gdy spaceruję po plaży jest już dość późno, ale delikatna poświata z otaczających hoteli oświetla mi drogę. Jestem zupełnie sama, a jedyne co słyszę, to szum morza. Moją uwagę zwraca śliczna muszelka- chcę ją podnieść, ale w ona w tym momencie wstaje i szybko ucieka do morza 🙂 Po zmroku bowiem plaża zaczyna żyć własnym życiem. Co chwilę spod moich stóp uciekają kraby lub inne stworzonka, a ich ślady tworzą skomplikowaną, gęstą sieć dróg. Jednak rano piasek wszystko przykryje i nikt nic nie zauważy, nie dowie się o historiach najmniejszych mieszkańców, które toczą się każdej nocy.

Ach te zachody!

Nasz hotel jest bardzo przyzwoity- duży pokój, ciepły prysznic, czysto, wygodne łóżko. W dodatku położony na samej plaży-  a więc można biegać boso 🙂 Ale nie dlatego będę go polecać. To, co najbardziej mi się tu spodoba, to mały bar prowadzony przez lokalnych ludzi. Za dnia nawet nie zwracam na niego uwagi. A jak już go zauważam, to nie dostrzegam nic szczególnego.  Taki rozgardiasz, gdzie nic do siebie nie pasuje, jakaś budka sklecona z byle czego- jednym słowem nic specjalnego. Wieczorem natomiast szybko zmieniam zdanie. Siedzimy w półmroku na poduszkach, po turecku. Każdy element wystroju zaczyna współgrać ze sobą, co tworzy niesamowitą atmosferę. Przysiadają się ludzie, którzy przyjechali tutaj ze wszystkich stron świata. Popijam campari i wdaję się w interesującą dyskusję. Do tego wszystkiego- znowu Tracy Chapman, a kiedy są już wszyscy goście- muzyka na żywo. Milknę i wsłuchuję się w niesamowity głos starego Taja, któremu przygrywają na bębnach i gitarze. Dźwiękom wtórują odgłosy morza. Rozkoszuję się zatem w tej chwili, zamykam oczy i smakuję każdą nutę, która oczarowuje moje zmysły…

Dopiero po zmroku to miejsce nabiera magii.

Informacje dla podróżnych:

Nocleg: Kantiang Bay View Resort- bardzo polecam, dwójka za noc 400B

Transport: z Phi Phi (prom + bus) 550B, ale w sezonie taniej, bo kursuje prom bezpośrednio z Phi Phi (od listopada).

Przykładowe ceny: takie jak wszędzie na wybrzeżu. Masaż 200B, obiad 80-200B, zupa 35B, naleśniki 25B, skuter 150B/ dzień

*10B=ok. 1zł

Tajlandia i tygrysy- nurkowanie na rajskich wyspach.

III. Phi Phi

Na Phi Phi decydujemy się zabawić tylko dwa dni. Niestety jeszcze przed wyruszeniem w drogę popełniamy największy błąd, mianowicie zamawiamy i płacimy z góry za nocleg w jakimś hotelu. Następnie wsiadamy na prom nieświadomi jeszcze „niespodzianki” jaka na nas czeka na wyspie. Rejs trwa około dwóch godzin, które upływają mi na wygrzewaniu się w słońcu na dziobie statku. Fal praktycznie brak, a delikatna morska bryza przynosi ulgę w upale. Kiedy zbliżamy się do wysp budzę się nagle i przecieram oczy- jest jak w raju! Usiłuję uwiecznić krajobraz aparatem, niestety zdjęcia nie oddają tego piękna, które można docenić chyba tylko na żywo.

przypływamy do głównej wyspy parku krajobrazowego- Phi Phi Don

Na miejscu ma nas ktoś odebrać i zaprowadzić do hotelu. Rzekomo przyjedzie nawet taksówką, tyle że wyspa jest tak mała, że nie ma tutaj dróg dla samochodów, można się poruszać wyłącznie pieszo i co najwyżej rowerem. No cóż, jak to zwykle bywa, nikt się nie pojawia. Pożyczamy zatem mapę wyspy i pytamy się ludzi o drogę, trochę przy tym błądzimy, a po drodze zauważamy mnóstwo ogłoszeń dotyczących noclegu w atrakcyjnych cenach. Zaczynamy powoli już żałować podjętej wcześniej decyzji, okazuje się, że 800B za dwójkę na dwie noce, to wcale nie jest jakaś wyjątkowa oferta. W końcu docieramy na miejsce i jest jeszcze gorzej. Mała klitka praktycznie bez okien, śmierdzi, pościel podejrzanej czystości. Trudno- zostawiamy bagaże i prędko uciekamy postanawiając, że będziemy tam tylko nocować i spędzać minimum czasu. Idziemy coś zjeść, ale i tym razem nie mamy szczęścia- posiłek trafił nam się raczej średni, a po stole kręci się mnóstwo mrówek, które topią się w mojej coli. Ehh…

 

tak zwane łodzie długo-ogonowe

Przed wyjazdem z Krabi kupiliśmy plastikowe maski z fajką. Teraz zabieramy je ze sobą i udajemy się na plażę. Faktycznie jest urocza, biały drobny piaseczek, przejrzysta, niebiesko-zielonkawa woda, ogromne wzniesienia… Tak, jest pięknie ale  również strasznie tłoczno. Leżaki są drogie, więc tylko rozkładamy ręczniki i rzucamy się do wody jak spragnione ryby! Wtem niespodziewanie rozlegają się ostrzeżenia z megafonów wzdłuż całej wyspy o nadchodzącym tsunami. To właśnie tutaj w 2004 roku morze zalało całą wyspę wszystko doszczętnie niszcząc, a wielu ludzi zginęło. Zastanawiające, że nikt nie reaguje na prośby oddalenia się od plaży. Wszyscy beztrosko się bawią, a po pół godzinie pada ogłoszenie, że sytuacja wróciła do normy. Nie zauważyłam nawet jednej falki…

Bamboo Island

Słońce daje się we znaki tego dnia naprawdę mocno. Próbuję snorkelingu, ale niewiele widać. Taj krzyczy do mnie z łodzi, że zawiezie mnie w lepsze miejsce, gdzie jest dużo ryb i rafy koralowej. Proponuje tak wysoką cenę, że szybko odpływam. On jednak wraca za mną i sam zaczyna schodzić z ceny. Nic się nie odzywam i w ten sposób targuję aż o 75% niższą kwotę! Uznaję, iż to dobra opcja i płynę na pobliską plażę, na którą pieszo nie dałoby się już dotrzeć.

Na miejscu podziwiam podwodne życie i zapominam o całym świecie. Swobodnie dryfuję i czuję jak słońce grzeje w moje plecy. Dokucza mi tylko coś jakby delikatne szczypnięcie co chwilę w innym miejscu. Z początku nic nie widzę i staram się to ignorować, później jednak dostrzegam maluteńkie meduzy, o średnicy może 2-3 mm! Przypadkowo trafiam w miejsce, gdzie jest ich naprawdę dużo i parzą mnie dosłownie wszędzie, a nieprzyjemne uczucie pozostaje jeszcze długo po kontakcie z nimi. Uciekam stamtąd jak najszybciej- na głębinach jest ich zdecydowanie mniej, chociaż czuję się dość niepewnie i rozglądam z niepokojem, czy nie ma w okolicy dużych meduz. Nie mam ochoty się przekonać ile razy mocniej mogłyby mnie poparzyć.

Wieczorem udajemy się do restauracji przy plaży po drugiej stronie wyspy- Bora Bora. Zapadł już zmrok, a jedyną poświatę tworzą lampiony na każdym stoliku. Zamawiamy danie z kraba (80B)- jest przepyszne! Do tego polewam sobie grubo sosem, gdyż dodatki, sałatki i zupy są tutaj do woli za darmo. Nastroju dopełnia niesamowita muzyka, która koi duszę po męczącym dniu pełnym wrażeń. Właśnie tutaj po raz pierwszy zakochuję się w Tracy Chapman i jej delikatnym, melodycznym głosie. Długo jeszcze wpatruję się w ledwo dostrzegalne morze i zatracam w myślach o wszystkim i o niczym…

Ta małpa usiłuje napić się z butelki po coli 🙂 niestety nic już nie zostało

Phi Phi pełne są młodych ludzi i turystów z całego świata, więc jest tu tłoczniej, głośniej  i można się zabawić. Wiele klubów, barów, pubów przez cały dzień reklamuje się na ulicach. Jednak największym powodzeniem cieszą się te, które organizują pokazy na plaży. Wstęp za darmo tak samo jak drink shot dla każdego. Najpierw Tajowie prezentują swe umiejętności taneczne z użyciem pochodni i innych palących się przedmiotów- tzw. Fire Show. Później Dj puszcza wakacyjne, europejskie przeboje, a wszyscy wpadają wręcz w szał tańca i wygibują się jak umieją pląsając bosymi stopami po piasku.

dopływamy na Monkey Beach

Ostatniego dnia jedziemy na wycieczkę ze snorkelingiem po okolicznych wyspach należących również do parku narodowego. Wsiadamy do znanej nam już łodzi długo-ogonowej, którą docieramy do kilku miejsc znanych z bogatego życia podwodnego. Woda tutaj jest tak ciepła, że bez zastanowienia wskakuję do morza. Tracę poczucie czasu i bawię się w śledzenie ryb. Pierwszy raz widzę barrakudę, chociaż przyznam, że najbardziej liczyłam na spotkanie z  rekinami. Niestety o tej porze podobno nie sposób na nie trafić- należy przypłynąć o  świcie, co zapewniają liczne biura turystyczne wyspy.

Mokrzy i ucieszeni docieramy do najpiękniejszego moim zdaniem zakątka tego regionu. Jest nim mała wysepka Bamboo Island. Z jednej strony mówi się o niej, że jest bezludna. Z drugiej jednak są tu skromne chatki, w których mieszkają ekolodzy opiekujący się wyspą i pilnujący na niej porządku. Wyskakuję z łodzi z aparatem w ręku. Piasek, którego dotykam jest tak delikatny, że pieści moje stopy. Czuję, że jestem w jednym z tych magicznych miejsc, które do tej pory podziwiałam tylko na pocztówkach i wzdychałam marząc, że kiedyś moje oczy doświadczą podobnego widoku.

Skromne domki mieszkańców wyspy

Życie nagle zmieniło się w niesamowicie leniwe i błogie. Przechadzam się wzdłóż brzegu i przypominam sobie, jakobym gdzieś czytała, że wyspę można obejść naokoło w ciągu godziny. Ponieważ tyle właśnie czasu nam zostało decyduję się. Nie próbujcie tego!!! To najgorszy pomysł, jaki przyszedł mi do głowy. Z początku spacer jest bardzo przyjemny, a ja zatrzymuję się co chwilę, by zrobić kilka zdjęć. Gdy dalszą drogę zagradza mi góra kamieni o chropowatej powierzchni i nieregularnych kształtach uznaję, że pewnie po drugiej stronie są nasze łodzie i że właśnie zatoczyłam koło. Jakże się mylę… Wyspa jest tak mała i okrąglutka, że brzeg niemal natychmiast zakręca i nie widzę zbyt wiele drogi przed sobą. Toteż kiedy wspinam się po owych kamieniach i w oddali widzę kolejną taką samą przeszkodę, myślę, że za nią już na pewno musi być reszta wycieczki. Z trudem pokonuję kolejne usypane kamienie. Jak zwykle jestem boso i kaleczę się o drobniutkie choć bardzo ostre muszelki. W dodatku pomagam sobie tylko jedną ręką, bo drugą trzymam aparat i staram się go nie stracić. W ten sposób przedzieram się przez jakieś dziesięć gór kamieni, by zdać sobie sprawę, że nie mam pojęcia gdzie jestem, ani jak długo jeszcze muszę iść. Wiedziałam tylko, że zbyt dużo już przeszłam, by teraz się wracać i że pozostaje mi nadzieja, iż większość tej okropnej drogi mam już za sobą. Niestety tak nie jest. Idę jeszcze długo, co jakiś czas próbuję ominąć zwaliska i przepłynąć kawałek, jednak i to nie jest proste zważywszy na aparat. Mogę jednak potwierdzić jedno- owszem godzina wystarczy, żeby pieszo obejść wyspę. Ale lepiej tego nie sprawdzać. Kiedy wyczerpana i pokaleczona docieram na miejsce, okazuje się, że wszyscy już zjedli obiad i odpoczęli, pakujemy się zatem z powrotem do łodzi i odpływamy.

Bamboo Island

w tym kolorze można się zakochać... 🙂

Monkey Beach nie bez powodu tak się nazywa. Małpy zamieszkujące plażę witają radośnie gości, którzy przywożą im banany i inne słodkości. Gorączkowo biegają w kółko i wydzierają sobie jedzenie. Turyści zachwyceni robią zdjęcia i wszyscy są szczęśliwi. Ale jak to w życiu bywa sielanka nie może trwać w nieskończoność. Kiedy kończą się przysmaki, znikają również dobre nastroje małpich towarzyszy. Zaczynają się wrzaski i nagle dwie małpy rzucają się na mnie i łapią za moje nogi. Z krzykiem uciekam do morza podobnie jak reszta turystów. No cóż, dano nam wyraźnie do zrozumienia, że na dziś koniec odwiedzin 🙂

a może ciasteczko?

małpie harce

Ostatnim punktem programu jest zachód słońca na Maya Bay. Przedtem jeszcze wpływamy do niewielkiej zatoczki, gdzie morze nabiera zielonkawego odcienia, a wszystko otaczają wielkie i strome góry gęsto porośnięte soczyście zieloną roślinnością i tworzące równy okrąg. Jest bajkowo, rozglądam się wkoło jak zaczarowana i nie wiem już gdzie patrzeć. Aż chciałoby się zabrać kawałek tej scenerii i przenieść ze sobą do Polski…

Maya Bay

Zachody słońca mają w Tajlandii podwójną moc. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie są główną atrakcją kończącego się dnia, a jedynie ozdobą, która jeszcze bardziej eksponuje bogactwo przyrody, jej barw i różnorodności. Siedzę na kawałku pnia i bawiąc się piaskiem stopami usiłuję zapamiętać każdy szczegół, tak aby ten obraz nigdy nie zniknął z mej pamięci. Spaceruję w głąb wysepki po wąskich dróżkach i żałuję, że nie mogę doczekać tutaj rana. Niespecjalnie mam ochotę na powrót do obskurnego hotelu, zwłaszcza, że zeszłej nocy ugryzł mnie gigantyczny karaluch. Chłonę każdą chwilę; udaje mi się zwolnić na moment i przypomnieć sceny z rozgrywanej właśnie tutaj akcji filmu „Niebiańska plaża” z L. DiCaprio.

brama do raju

Ponownie postanawiamy  rozsmakować się w tajskiej kuchni w Bora-Bora. Tego dnia jest specjalna promocja, mianowicie za 99B można jeść ile się chce dowolne dania z menu. Najadamy się zatem do syta, a następnie znowu bawimy się na plaży. W kieszeni trzymamy już bilety na ostatnią i najwspanialszą z wysp tej wyprawy- Koh Lantę!

Koh Lanta!!!

Konkretnie:

Nocleg: Harmony House-zdecydowanie nie polecam. Na wyspie jest dość dobrze rozwinięta baza noclegowa i bez obaw można znaleźć coś w dobrej cenie. Właściwie to wystarczy wysiąść ze statku i już sami Cię znajdą 😉 Atrakcyjna cena w niskim sezonie to ok 400B za dwójkę na noc.

Ceny: podobnie jak na innych wyspach, obiad 100-200B, wiadereczko z drinkiem 150B (bardzo popularne na Phi Phi), zupa 40-60B, całodniowa wycieczka 650B, shake 30-35B, masaż 200B/h, internet 10B/min, rejs z Krabi 250B

Wstęp na teren wyspy: dodatkowo płatny 100B

Na co uważać: Phi Phi to wyspy zdominowane przez turystykę, także trzeba się ostro o wszystko targować. Miejscowi już wiedzą jak wyciągnąć pieniądze od zagranicznych gości 😉

Polecam: restauracja Bora- Bora (dobre jedzenie, tanio, przyjemna atmosfera, muzyka i okolica); punkt widokowy

*10B=ok. 1zł

Tajlandia i tygrysy- uroki Krabi oraz zatoki Phang Nga.

II. Krabi.

Późnym rankiem naszym oczom ukazuje się błękitna tafla morza Andamańskiego. Uśmiech nie znika z mojej twarzy nawet na moment. Nie marnujemy zatem czasu- szybko znajdujemy tani nocleg, zostawiamy plecaki i do morza! Długo nie mogę nacieszyć się widokami- czysta, przejrzysta woda, z której wystają ogromne skały i wzniesienia porośnięte gęsto egzotycznymi roślinami. W wyobraźni już widzę mieszkające tam małpy przeskakujące z drzewa na drzewo. Nie mogę się doczekać spotkania z nimi- to zupełnie inne doświadczenie zobaczyć dzikie zwierzę na wolności. Dopiero później miałam się dowiedzieć, że małpa to jednak wredna jest 😉

wybrzeże w Krabi

W pewnym momencie zauważam w oddali most i ścieżkę w górę prowadzącą na drugą stronę wzniesienia. Niewiele myśląc wybieram się na pierwsze zwiedzanie okolicy. Szybko wbiegam po drewnianych stopniach i mostach na górę- rozgrzane deski parzą w moje bose stopy. Jednak po paru minutach już nie czuję bólu- moim oczom ukazała się szeroka, biała plaża z palmami i niesamowitym kolorem morza. Teraz już nie tylko żałuję, że nie wzięłam klapek, ale przeklinam się w duchu, że zapomniałam o aparacie… Pływam ciesząc oczy nowymi widokami, a później wdrapuję się na jeden z hamaków między palmami i zasypiam beztroskim snem delikatnie kołysząc się w rytm niewielkich fal.

Koh Panyee

Później wielokrotnie jeszcze wracam w ten mój ulubiony, odludny zakątek. Bujam się na hamaku, by obudzić się nagle w środku nocy i po ciemku już wracać do hotelu..

Jedyna droga na drugą stronę wzgórza.

W Krabi spędzamy raptem trzy dni i chociaż pierwszy poświęcam na błogie lenistwo, to pozostałe dwa postanawiam zagospodarować i wybieram się na wycieczkę. Rano na śniadanie- obowiązkowo należy spróbować w Krabi!!!- placki pszenne zapiekane z bananami i polane czekoladą (25B). Niebo w gębie! Rozkoszuję się nimi nawet po trzy razy dziennie 🙂 Szczególnie polecam te, które sprzedaje taka grubsza baba na głównej ulicy z beretem na głowie- to moja mistrzyni placków! Śmieje się za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę i wciska mi banany- za darmo. A ja nie umiem się oprzeć i zamawiam kolejnego placka. Bowiem tutaj banany smakują zupełnie inaczej niż te „nasze”, podobnie zresztą jak ananasy. Na koniec kupuję jeszcze krewetki w cieście- taki mały prowiant na drogę 🙂 Ale łakomczuch ze mnie…

Wyspa Jamesa Bonda

Wyspa Jamesa Bonda

Na pierwszej wycieczce jedziemy do zatoki Phanga Bay. Niewielką grupą wsiadamy do długiej, drewnianej łodzi, jednej z tych, którymi wszyscy się tu przemieszczają. Zwiedziliśmy Wyspę Jamesa Bonda oraz Koh Panyee, czyli wyspę na wodzie. Mieszkają tutaj muzułmanie i nie mają ani skrawka lądu. Misterne domki stoją na wysokich palach, a wąskie dróżki między nimi są z reguły pozalewane wodą. Na wyspie panuje okropny brud, można też spotkać spacerujące wszędzie kaczki, czy kury. Zwiedzając to miejsce najlepiej zejść z głównej uliczki pod turystów, gdzie sprzedaje się takie same pamiątki jak i w całej Tajlandii. Dopiero docierając głębiej można przyjrzeć się codziennemu życiu mieszkańców i zajrzeć do ich zawsze  otwartych na oścież domów. Oglądam mały prowizoryczny cmentarzyk, niewielką szkołę z rozbieganymi, bosymi dziećmi i  maluchy bawiące się i skaczące do wody. Nigdzie jednak nie znajduję szpitala, czy choćby najprostszej przychodni. Pytam więc przewodniczki, która tłumaczy mi, że na wyspie nie ma opieki zdrowotnej. Tylko w ciężkich przypadkach zmuszeni są płynąć łodzią 10 km do najbliższego miasta. Z tego właśnie powodu kobiety nierzadko rodzą dzieci w domach, co często kończy się śmiercią niemowląt.

Koh Panyee

Kolejny przystanek i przesiadamy się do canoe. Przewodnik prowadzi nas po labiryncie skał wapniowych porośniętych dżunglą. Tworzą one wąskie korytarze z wysokimi ścianami, a my przeprawiamy się przez tak niskie tunele w skałach, że trzeba się płasko położyć, by swobodnie przepłynąć na drugą stronę. Wpływamy do jaskiń oraz podziwiamy piękno przyrody i odgłosy małp, które jednak nie chcą się pokazać.

kajakiem w jaskini

Ostatni punkt wycieczki- Świątynia Małp! Chociaż znajduje się w jaskini, to wszędzie wręcz roi się od małych stworków. Jestem w swoim żywiole- przyglądam im się i robię zdjęcia jedno za drugim 🙂 A one szczerze mówiąc nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Dopiero, jak kupuję orzeszki, nagle otacza mnie spora grupa małpek. Śmieszne, łapią mnie za ręce tymi swoimi malutkimi paluszkami i wyciągają jedzenie. Jestem zachwycona i chociaż zabroniono nam ich dotykać, to delikatnie głaszczę jednego z nich.

 

każda chce orzeszki tylko dla siebie 😉

mama z maleństwem

Druga wycieczka i znowu do wioseł. Tym razem przedzieram się przez gąszcze lasu namorzynowego. Na początku mam problemy ze skręcaniem i manewrowaniem kajakiem w wąskich korytarzach lasu. Wielokrotnie wpadam na drzewa zanim w końcu udaje mi się opanować tę sztukę. Podziwiam niesamowitą przyrodę i co chwilę się zatrzymuję, żeby robić zdjęcia skaczącym nam nad głowami małpom. Później muszę gonić resztę wycieczki, która już zniknęła dawno w zaroślach. Dopływamy do pustej, samotnej plaży gdzieś wśród skał. Próbuję wspinaczki po lianie, ale nie mam tyle siły, co nasz przewodnik.

wspinaczka po lianie

Po wielu godzinach wiosłowania w końcu wracamy do naszej bazy. Jedziemy na obiad, a później tak długo wyczekiwane słonie! Godzinny trekking po dżungli na grzbiecie olbrzyma i wiem już, że chcę wrócić kiedyś do Azji. Poznaję bliżej te cudowne zwierzęta i karmię jednego kawałkami ananasa. Nie zapomnę nigdy tego uczucia, jak mnie obwąchuje i dotyka trąbą w poszukiwaniu jedzenia. Niestety wiele słoni jest trzymanych w niewoli w fatalnych wręcz warunkach. Stawiam sobie za kolejny cel pomoc w ochronie i opiece na słoniami. Wówczas nie wiem jeszcze, że moje marzenie i postanowienie spełni się zaledwie parę miesięcy później w innym zakątku Azji- Indiach.

Ten słoń zrobiłby chyba wszystko za kawałek ananasa 😉

Wieczorem relaksujemy się na masażu (200B za godz.). Kobieta ugniata mocno moje ciało i wykręca w różnych pozycjach- tajski masaż jest zupełnie inny od moich dotychczasowych doświadczeń i z początku ciężko mi się zrelaksować. Później jednak wsłuchuję się w odgłosy morza i niemalże zasypiam. Nawet nie wiem, kiedy minęła godzina 🙂

tajski masaż

Próbujemy zdecydować się na kolejny punkt naszej podróży. W końcu pada na Phi Phi. Chociaż krążą różne opinie na temat tych wysp, to stwierdzamy, że najlepiej samemu się przekonać!

Phi Phi!!!

Konkrety:

Nocleg: Baan Pimphaka Bungalows na Ao Nang Beach (http://www.baanpimphaka.com/) Polecam! Płaciliśmy 800B za dwójkę na trzy noce.

Ceny: Na wyspach jest zdecydowanie drożej niż na kontynencie. Raczej mało ulicznych budek- więcej za to restauracji typowo pod turystów. Obiad w okolicach 200B, placki 25B, shake ze świeżych owoców 30B, masaż 200B/h, wynajęcie kajaka dwuosobowego 150B/h, dwie całodzienne wycieczki z obiadem 1600B (po negocjacjach :)). Poza tym mnóstwo salonów oferujących tatuaże i piercing w dość atrakcyjnych cenach.

Na co uważać: Nie płać za wynajem pokoju zanim go nie zobaczysz! W Tajlandii za tę samą cenę można znaleźć noclegi o zupełnie różnym standardzie. I lepiej nie decydować się na pierwszy lepszy hotel, tylko poszukać trochę, a nawet pokręcić nosem i nagle okazuje się, że jest coś miłego coś taniego w sam raz dla nas 😉

*10B=ok. 1zł

Previous Older Entries

%d blogerów lubi to: