Przygarnij nosorożca! Potrzebny pilnie bezpieczny dom

Pisałam rok temu podczas pierwszej wyprawy do RPA o tragedii, która dotknęła spotkane przeze mnie nosorożce. Zupełnym przypadkiem parę tygodni później miałam okazję opiekować się małym „noskiem”, którego matkę spotkał podobny los, z tym, że ona nie przeżyła ataku i maluch musiał trafić do sierocińca. Wróciłam do tych wspomnień i okazuje się, że pisałam wtedy, iż około 400 nosorożców ginie rocznie z rąk kłusowników, aby wylądować na azjatyckich rynkach. Byłam tam w lutym 2012, a więc raptem półtora roku temu. To straszne, jak zmieniły się statystyki przez ten krótki czas. Tylko w tym roku (a mamy dopiero początek listopada), tylko w Parku Krugera bestialsko zamordowano ponad 700 nosorożców! To znaczy, że codziennie giną średnio 2-3 z nich. Rodzi się znacznie mniej, bo młode pozostaje u boki matki nawet do 3-4 lat. W dzisiejszych czasach ma jednakże coraz mniejsze szanse na przetrwanie – może zginąć jeszcze zanim zdąży mu wyrosnąć porządny róg. Nie mieści mi się to w głowie.

Afryka bez nosorożców byłaby tak samo przykra, jak bez słoni, lwów czy lampartów. To dzikie zwierzęta czynią ją tak niezwykłą na tle reszty świata.

Afryka bez nosorożców byłaby tak samo przykra, jak bez słoni, lwów czy lampartów. To dzikie zwierzęta czynią ją tak niezwykłym kontynentem.

Tym bardziej mogę powiedzieć, że był to zaszczyt pracować z tak niezwykłymi stworzeniami. Tylko od nas zależy czy nosorożce przetrwają, czy też przejdą do legend, dlatego z wielkim zapałem podeszłam do akcji „przeprowadzki”. Park Narodowy Krugera to ponad 2 mln hektarów powierzchni, na której toczy się codzienne życie tysięcy zwierząt. O ile kłusownicy są doskonale uzbrojeni w sprzęt militarny, o tyle strażnicy parku już nieszczególnie, dlatego skuteczne monitorowanie tak dużego obszaru jest, jak udowadniają liczby, praktycznie niemożliwe. Przynajmniej nie z tak słabym wyposażeniem. Jednakże RPA to nie jeden, a dziesiątki parków, z których większość to prywatne tereny, które nie bez powodu przyciągają turystów z całego świata. Są znacznie mniejsze, ale przez to bezpieczniejsze dla żyjących tam zwierząt. Dlatego właśnie częściowo przenosi się je z nadzieją na zapewnienie im spokojnej oazy, gdzie szanse na tragiczny koniec maleją, choć oczywiście wciąż istnieją.

Róg nosorożca to już nie tylko element chińskich wierzeń w jego leczniczą moc. Ostatnio coraz częściej to też modny "narkotyk" na imprezach azjatyckich milionerów i ekskluzywne remedium na... kaca.

Róg nosorożca to już nie tylko element chińskich wierzeń w jego leczniczą moc. Ostatnio coraz częściej to też modny „narkotyk” na imprezach azjatyckich milionerów i ekskluzywne remedium na… kaca.

W pięć dni mieliśmy przetransportować 30 nosorożców do innych parków. Pamiętam, że na początku okropnie się stresowałam, ale pod koniec tygodnia nabrałam już wprawy i czułam się pewnie. W akcję zaangażowanych było około 30 osób. Zaczynaliśmy bardzo wcześnie, bo około 3 nad ranem. Dom, w którym mieszkałam, był ogrodzony i choć do weterynarzy miałam raptem około 100 metrów od bramy, to o tej porze nawet tak krótki odcinek musiałam pokonać samochodem. W okolicy kręciło się mnóstwo hien, które ujadały przez całą noc, a niedawno lampart zostawił zwłoki upolowanej antylopy w okolicy, więc nie były to przesadne środki ostrożności. Na miejscu pomagałam załadować cały ekwipunek weterynaryjny i wskakiwałam na pakę pick’upa. Było jeszcze zimno, więc otulona w jedyną bluzę i kurtkę, jaką zabrałam do Afryki (kto by się spodziewał, że będą potrzebne?), mknęłam razem z resztą ekipy przez ciemny busz. Niekiedy z drzemki wyrywało mnie ostre hamowanie, które znaczyło, że mamy gości. Raz stado bawołów akurat przechodziło na drugą stronę, to likaony zajęte swoimi sprawami przebiegły przed maską, innym razem zaś trzy dorosłe lwice niechętnie ustąpiły nam drogi. Jechaliśmy dalej. Dopiero, gdy znad rozwianej roślinności ukazywał się helikopter, hałas jego śmigieł sygnalizował, że jesteśmy na miejscu.

Ekipa gotowa do akcji!

Ekipa gotowa do akcji!

Wtedy wszystko nabierało tempa. Ludzie wyskakiwali z aut chwytając liny, pudła z lekami, kubły z wodą, ręczniki i inne „przybory” do łapania nosorożców. Każdy miał swoje zadanie do wykonania: jedni dbali, żeby zwierzę się nie przegrzało, inni wwiercali mikroczipy do rogu. Ja miałam za zadanie jak najszybciej zebrać wszystkie próbki, które po powrocie analizowałam w laboratorium, a więc włosy, tkankę z ucha, krew, kał i kleszcze. Monitorowałam funkcje życiowe znieczulonych zwierząt i podawałam środek odwracający działanie anestetyków. Matki były przenoszone razem ze swoim potomstwem, więc niekiedy musiałam obsługiwać dwóch pacjentów na raz, ale byłam członkiem doświadczonego zespołu, więc mogłam zawsze liczyć na czyjeś wsparcie. Ależ to były emocje!

Pobieram krew - musiałam napełnić aż 12 probówek. Na uchu prościej było trafić w naczynie, na nodze za to lepsze ciśnienie pozwalało szybciej napełnić probówki, ale żyły trzeba było szukać "po omacku".

Pobieram krew – musiałam napełnić aż 12 probówek.

Zbieram kleszcze

Zbieram kleszcze

Mama z małym

Mama z małym

Pobieram kał

Pobieram kał

Aby przebić igłą tak grubą skórę musiałam używać obu rąk.

Aby przebić igłą tak grubą skórę musiałam używać obu rąk.

Weterynarz, który znieczulał nosorożce, strzelał do nich z helikoptera bardzo silnym środkiem zwanym etorfiną (M99) – opioidem o mocy morfiny razy tysiąc. Nawet jedna kropla tego leku przypadkowo rozlana na skórę jest w stanie zabić człowieka (o ile w porę nie poda się antidotum), więc trzeba było się z nim obchodzić ze szczególną ostrożnością. Ja wolałam trzymać się z daleka, ponieważ nie ufam sobie jeszcze na tyle, żeby brać do rąk tak niebezpieczną substancję. Jednakże dla miejscowych weterynarzy to codzienność, które nie wywiera już żadnego wrażenia. Dr Buss nawet nabierał lek bez rękawiczek twierdząc, że z gołymi rękami zwiększa swoją czujność. Cóż… każdy ma swoje metody. Kiedy spytałam go, czy zdarzyło mu się kiedykolwiek rozlać M99 na siebie, ze stoickim spokojem odparł, że owszem tak, kiedy nabierał lek w trakcie lotu helikopterem, którym nagle zatrzęsło. W ogóle to wszyscy weterynarze dzikich zwierząt, których zna, przeżyli podobne zagrożenie. Ja jednak wolałam nie ryzykować.

Strzałka ze środkiem znieczulającym

Specjalna strzykawka ze środkiem znieczulającym

Okazało się, że moje chcenie w rzeczywistości niekoniecznie mogło mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy grupa ludzi próbowała przewrócić jednego z nosorożców na drugą stronę, bez namysłu podbiegłam z pomocą. Pchałam ile sił, nie patrząc na to, że miałam zakrwawione ręce – przecież i tak byłam już cała brudna – pomyślałam. Kiedy wreszcie udało nam się obrócić ciężkie zwierzę, uderzyła we mnie paraliżująca myśl: dotykałam nosorożca w okolicy zadu, dokładnie tam, gdzie przed chwilą była strzałka z etorfiną, a krew na moich rękach pochodzi z rany postrzałowej. Teoretycznie więc może być tam śladowa ilość leku, który nie zdążył się wchłonąć. Nawet taka mała ilość może być dla mnie śmiertelnie niebezpieczna. Spojrzałam z trwogą na Dr Buss’a i chyba miałam bardzo przerażoną minę, bo nie musiałam nic mówić, żeby załapał, co chodzi mi po głowie. Zapytał jak się czuję, kazał mi obmyć ręce ciepłą wodą i stwierdził, że powinno być „okej”. Nie uspokoiło mnie to i przez najbliższe dziesięć minut analizowałam, czy czuję się słabo i jakoś tak dziwnie, bo jednak coś się dzieje, czy po prostu jest to efekt stresu (a nawet paniki). Minęło pół godziny i… nic. Żyłam, czułam się świetnie. Chwilowe wątpliwości zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Stwierdziłam w duchu, że mimo wszystko nadal chcę być weterynarzem dzikich zwierząt. Jak to mówią, jest ryzyko, jest zabawa.

DSCN2166

Randka z hieną

Dwudziesta wieczór, zaraz po zachodzie słońca, w delikatnym świetle reflektorów, przy afrykańskiej muzyce, która aż prosiła o pokuszenie i nieodwracalnie przyciągała prowokując do grzechu, rozległ się… głupkowaty śmiech. Za nim podążył odurzający smród. Wytężyłam wzrok, próbując ustalić źródło dźwięków, które zagłuszył ryk konającego bawołu. To właśnie ta melodia podnosiła ciśnienie w tętniących rządzą mordu naczyniach nadchodzących ofiar całej tej zasadzki. A ten słodki zapaszek świeżej padliny… nie mogły się powstrzymać, choć wyraźnie czuły, że coś jest nie tak. Zagrano im więc inną muzykę, dodając odwagi do ostatecznego skoku – tym razem busz przeszył rozdzierający krzyk zarzynanych guźców. Sąsiedzi nie spali tej nocy, to pewne. Kilka cieni przemknęło koło mnie i zniknęło w zaroślach. Coś poruszyło się za mną – odwróciłam się na pięcie, ale jedyne, co naprawdę mogłam zobaczyć, to ciemności, wszystko inne podsuwała mocno podsycona wyobraźnia, która dawała popis jak nigdy dotąd. Słyszałam jednak jak się nawołują, jak podchodzą coraz bliżej. Czasem udało się zobaczyć jedną czy dwie w świetle latarki, ale to je natychmiast płoszyło. Gdy nadszedł odpowiedni moment, wtedy nastąpił strzał! Po nim nastała cisza.

DSCN1818

Wyskoczyłam z pick up’a, pociągając za sobą nosze i zaczęłam targać je przez krzaki. Z widocznością było słabo, więc pokaleczyłam sobie nogi przeciskając się między krzakami – jednak krótkie spodenki na randkę z hieną to kiepski pomysł. Serce waliło mi z emocji; wreszcie to było to, na co tak długo czekałam – pierwsza prawdziwa akcja w Afryce, w której mogłam brać czynny udział. Parę minut szukałam hieny, która zdążyła odbiec spory kawałek w głąb buszu, zanim powalił ją z nóg środek znieczulający. Strzałka z różowym kłębuszkiem wystawała z uda – to był idealny strzał. Choć hiena wyglądała na jeszcze młodą, to musiałam się sporo wysilić, żeby przenieść ją na nosze. Niedopasowana czołówka spadała mi na nos tym częściej, im bardziej się spieszyłam. Dokładnie tej samej przynęty, czyli padliny i dźwięków, używa się do złapania lwów, więc mogły być gdzieś w pobliżu, a ta świadomość nie dodawała mi pewności. Kiedy w końcu przeniosłam delikatnie pierwszą pacjentkę (w zasadzie to przeciągnęłam za nogę po ziemi) na nosze, akurat podbiegli pozostali członkowie ekipy i ktoś pomógł mi donieść ją do samochodu. Przecisnęliśmy się z powrotem przez gęsty, kłujący busz i wtedy zdjęłam latarkę z głowy chcąc oświetlić drogę. Serce skoczyło mi wówczas do gardła – oto przede mną kolejna hiena szła dokładnie w moim kierunku! Kiedy oślepiłam ją światłem z czołówki przystanęła, a ja miałam ochotę zrobić to samo, ale osoba z tyłu niosąca ze mną nosze wypchnęła mnie do przodu. Chcąc nie chcąc, musiałam kontynuować drogę do auta, które, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się być już bardzo blisko.

DSCN1796

Pierwsza hiena, którą udało się złapać

Wtargaliśmy uśpioną hienę na pakę samochodu. Wskoczyłam obok i sprawdziłam funkcje życiowe – tętno i oddechy w normie. Może mało kto się ze mną zgodzi, ale rany! jakaż ona była piękna. I dzika. Ta sierść, masywne szczęki, potężne łapy, cuchnący oddech… Miałam przed sobą wyłączoną ze świadomości hienę i ochotę, by zajrzeć w każdą dziurkę, pomacać każdy jej centymetr kwadratowy – takie zboczenie zawodowe, przed którym postanowiłam się nie powstrzymywać. W końcu nie codziennie można sobie pobadać hienę, a każda okazja jest dobra, żeby się uczyć i zdobywać doświadczenie. Zaaferowana zauważyłam, że jedno udo zwierzęcia jest jakby cieńsze. Wkrótce jednak ruszyliśmy szukać następnych hien i w trakcie jazdy za bardzo trzęsło samochodem, żebym mogła kontynuować moje „badanie”. Wkrótce też ponownie rozległ się krzyk guźców z wielkiego głośnika nad moją głową, więc stetoskop też musiałam odłożyć na bok.

Pierwszy raz osłuchuję hienę.

W sumie złapaliśmy trzy hieny. Razem z Tiną i Jo – pozostałymi studentkami, które tak jak ja odbywały praktyki – miałyśmy akurat po jednym pacjencie do monitorowania. Kiedy już dojeżdżaliśmy do bazy, dwie hieny zaczęły wykazywać pierwsze objawy wybudzania się z narkozy. Siedziałam dokładnie przy pysku jednej z nich i nie miałam możliwości zmienić miejsca, ponieważ na pace samochodu, oprócz nas i zwierząt, znajdował się jeszcze cały sprzęt weterynaryjny. Musiałam więc zaufać doświadczeniu lekarzy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, mieliśmy jeszcze trochę czasu, aby pobrać próbki do badań. Spodziewałam się, że studentom będzie wolno co najwyżej popatrzeć, jak to robią zawodowcy, gdyż niestety tak najczęściej wyglądają praktyki na uczelni w Polsce, jednak mimo, iż mieliśmy bardzo mało czasu, natychmiast dostałam igłę w dłoń. Poza pobraniem krwi, tkanek, popłuczyn z tchawicy i innych materiałów do badań, trzeba było wykonać test śródskórny na gruźlicę, która jest poważną chorobą różnych gatunków zwierząt w Parku Krugera. Było to też głównym powodem, dla którego hieny zostały złapane i przetrzymywane przez następne 72 godziny, czyli aż do odczytania wyników testu.

DSCN1819

Pobieram krew do badań

Pobieranie popłuczyn z tchawicy

Pobieranie popłuczyn z tchawicy

Przy okazji odczytu ponownie pobraliśmy wszystkie próbki od zwierząt. Dr Buss zostawił mnie samą z jedną z hien i poprosił, żebym dokładnie ją zbadała i powiedziała, co mi się u niej nie podoba. Tak się złożyło, iż była to dokładnie ta sama samica, której tylna kończyna już wcześniej mnie zaintrygowała. Wzięłam więc łapę delikatnie w ręce i już chciałam zaopiniować złamanie śródstopia, ale okazało się, że staw skokowy u tych zwierząt zgina się pod znacznie większym kątem niż u domowych psów, co zrozumiałam dopiero, gdy omacałam zdrową kończynę. Problem leżał trzy piętra wyżej – złamanie kości udowej, która była już w fazie gojenia, stąd słabsze mięśnie udowe tej kończyny, która przez ostatni czas była odbarczana. O operacji nie było mowy, gdyż kość trzeba by było ponownie złamać i dopiero wówczas próbować złożyć, a to wiązało się z długim okresem rehabilitacji i problemem późniejszej reintrodukcji do buszu. Dr Buss uznał, iż: jest to zwierzę młode, poza tym w dobrej kondycji, które powinno poradzić sobie na wolności, zwłaszcza, że hieny większość ciężaru swojego ciała utrzymują na przednich łapach. Dziewczyna dostała swoją szansę na przetrwanie.

Złamana noga

Złamana noga

Moja pacjentka

Moja pacjentka

Liczny zespół, gdzie każdy jest za coś odpowiedzialny

Liczny zespół, gdzie każdy jest za coś odpowiedzialny

Wszystkie hieny uzyskały negatywny wynik testu na gruźlicę i zostały ponownie dokładnie zbadane, a następnie załadowane do samochodu. Kontrolowałam ich funkcje życiowe aż dojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy ponownie wypuścić je na wolność. Ułożyliśmy je obok siebie, podałam antidotum i odeszliśmy na parę metrów. Siedząc na małej górce obserwowaliśmy, jak każda z nich po kolei się budzi, spogląda na nas nieprzytomnym wzrokiem i wreszcie nabrawszy sił, chwiejnym krokiem odchodzi w busz. Czekaliśmy cierpliwie do samego końca, gdyż pozostawione same sobie, jeszcze pod wpływem środka znieczulającego, byłyby łatwym łupem dla większych drapieżników. Najwięcej czasu potrzebowała hiena ze złamaną nogą. Najpierw podeszła na nie więcej niż 5 metrów ode mnie, a kiedy już złapała pełen pion, bez trudu pobiegła swoją ścieżką, znikając w gęstych zaroślach. Piękny to był widok.

P1100688

Pierwszy wstał najmłodszy słodziak

Na szyi widać ślad po teście na gruźlicę - wynik negatywny

Na szyi widać ślad po teście na gruźlicę – wynik negatywny

To tylko ziewnięcie

To tylko ziewnięcie

Ostatnie spojrzenie i odeszła

Ostatnie spojrzenie i odeszła

Operacja Dzika Afryka – odsłona II

Obraz2Pełna szczęścia, choć nieco zestresowana, pragnę oficjalnie przedstawić rozpoczęcie nowej wyprawy, której celem ponownie będzie RPA, a dokładnie położony na północnym wschodzie kraju cudowny i bogaty w dziką zwierzynę Park Krugera. Już rok temu aplikowałam na staż weterynaryjny marząc o prawdziwej, afrykańskiej przygodzie. Teraz stoję przed rzeczywistością – jutro polecę do Johannesburga i razem z dwiema dziewczynami z Londynu i Wiednia, które zakwalifikowały się do udziału w programie równocześnie ze mną, będziemy wspólnie podglądać dzikie życie i brać udział we wszystkich akcjach podejmowanych przez miejscowych weterynarzy! Może kiedyś zostanę jednym z nich? 🙂 Na razie jednak będę czerpać garściami z danej mi szansy, żeby tylko wynieść jak najwięcej z tego doświadczenia.

Ten Pan na zdjęciu, czyli Dr Peter Buss, będzie moim nauczycielem :)

Ten Pan na zdjęciu, czyli Dr Peter Buss, będzie moim nauczycielem 🙂

W Internecie można znaleźć wiele podobnych programów organizowanych przez komercyjne firmy, w których może wziąć udział każdy, kto tylko posiada kilka wolnych tysięcy euro w kieszeni za raptem dwutygodniową przyjemność. Mój upór w dążeniu do celu pozwolił mi jednak znaleźć informację na stronach Południowoafrykańskich Parków Narodowych, że raz w roku studenci spoza Afryki mogą wziąć udział w praktykach… bezpłatnie! Wysłałam zgłoszenie, zostałam przyjęta i bramy moich marzeń stanęły otworem. Jednakże taki wyjazd to dla polskiej studentki wciąż duży wydatek – bilety lotnicze, wizy, ubezpieczenie, transport i koszty życia na miejscu to łącznie niemała suma. Dlatego już po raz kolejny swoją wyprawę zaczynam od gorących podziękowań z całego serca w stronę firm, które bez namysłu odpowiedziały na moją prośbę i postanowiły pomóc mi w tym przedsięwzięciu. Swoją wdzięczność kieruję do HDS Polska, Cinkciarz.pl, Joke oraz Processum.

Tu juz na lotnisku przed samym wylotem :) Dostalam ksiazke do poczytania od Relay.

Tu juz na lotnisku przed samym wylotem 🙂 Dostalam ksiazke do poczytania od Relay.

leopard-cub-kruger-590gc

Jeszcze tylko dokończę pakowanie i ruszam w drogę – do zobaczenia na blogu i na facebooku!

Tam lecę!

Tam lecę!

Veterinary Student Workshop, Kolmården ZOO, Sweden

Medycyna dzikich zwierząt to nie tylko dalekie podróże, niesamowite przygody i świetna zabawa, choć tak mogłoby się czasami zdawać czytając mojego bloga. W końcu najchętniej dzielimy się z innymi naszymi sukcesami, a najdłużej pamiętamy te przyjemne chwile, wymazując porażki i potknięcia. Prawda jest jednak taka, że nie ja pierwsza zapragnęłam zostać weterynarzem dzikich zwierząt. Dlatego ta dziedzina nauki jest bardzo BARDZO konkurencyjna, zwłaszcza że miejsc pracy w ogrodach zoologicznych czy parkach narodowych jest niewiele. Szansę na praktykę lub rezydencję w renomowanym ośrodku mają nieliczni. W dodatku zdobycie doświadczenia zawodowego w tak szerokiej specjalizacji jest nie tylko niezwykle czasochłonne, ale przede wszystkim kosmicznie kosztowne. Tylko pomyślcie, ile lat ludzki lekarz musi się uczyć, aby poznać jeden organizm, a jak tu zostać ekspertem od ssaków, płazów, gadów i ptaków jednocześnie??? Że nie wspomnę o bezkręgowcach. Czasem mam wrażenie, że życia mi nie starczy. Zasoby portfela już dawno się skończyły, ale szczęśliwie udaje mi się zarazić innych tą pasją i pozyskać sponsorów. Tak więc czekają mnie jeszcze lata ciężkiej nauki i życia za skromny budżet, wiecznego inwestowania w swoją edukację. Czy gdy już osiągnę wymarzony poziom, mogę mieć nadzieję, że całe lata poświęceń zwrócą mi się finansowo? Raczej nie. Dlaczego więc wciąż podążam tą drogą? Bo pasja. Bo najpiękniejszy zawód świata. Bo ta satysfakcja, kiedy ocali się choćby jednego osobnika z gatunku zagrożonego wyginięciem i jeszcze większa, gdy odbierze się poród takiego zwierza. Bo nie ma nigdy dwóch takich samych przypadków. Bo wciąż trzeba szukać, dociekać, dowiadywać się. Bo jest sens.

pomarzyć zawsze można...

Marzenia przecież się spełniają…

Właśnie dlatego wszystkiego postanowiłam wygrzebać moje stypendialne oszczędności i pojechać na tydzień do Szwecji, aby wziąć udział w warsztatach dla studentów weterynarii w Kolmården. Do udziału zostało zaproszonych tylko 20 osób z całej Europy, dlatego aplikowałam dużo wcześniej i aż podskoczyłam z radości, kiedy wreszcie dostałam informację, że zostałam przyjęta. Tematem przewodnim była anatomia i fizjologia zwierząt w zoo oraz dzikich. Przez kilka dni uczestniczyliśmy w wykładach prowadzonych przez znanych specjalistów. Był wśród nich między innymi profesor Rob Shave, który choć z wykształcenia jest ludzkim kardiologiem, to interesuje się chorobami serca dużych małp i teraz dzieli się wynikami swoich wieloletnich badań na światowych kongresach. Tematyka okazała się bardzo obszerna – od fizjologii krążenia u nurkujących fok, przez komunikację wśród delfinów i tracheotomię mrówkojada, po budowę prącia u krokodyli i znieczulenie żyrafy. Wszyscy studenci również mieli za zadanie zaprezentować artykuł naukowy w postaci postera lub aplikacji power point. Mnie przypadła hibernacja baribali (takie niedźwiedzie na Alasce), a że odbyłam niedawno praktyki w chińskim ośrodku dla pand, zostałam jeszcze poproszona o wykonanie drugiej prezentacji odnośnie fizjologii rozrodu pand wielkich w niewoli. Miałam więc podwójną okazję, żeby się wykazać, ale też większe obciążenie, dlatego przed wyjazdem spędziłam tydzień wyłącznie przed komputerem. To było moje pierwsze wystąpienie w języku angielskim, więc włożyłam w moje prezentacje dużo pracy i wysiłku, żeby tylko obezwładnić stres i dobrze wypaść przed tak zacnym gronem. Oprócz zajęć w sali konferencyjnej przygotowano też dla nas część praktyczną, obejmującą m. in. tresurę delfinów i budowę słoniowej stopy oraz metod korekcji. W zaledwie parę dni bardzo dużo się nauczyłam i poznałam osobiście ludzi, o których dokonaniach do tej pory mogłam tylko poczytać w internecie. Dla mnie BOMBA! 🙂

słoniowa stópka

słoniowa stópka i pięć palców

zajęcia praktyczne

zajęcia praktyczne

pobieranie krwi od nosorożca

pobieranie krwi od nosorożca

sala wykładowa - w tle szkielet delfina

sala wykładowa – w tle szkielet delfina

P1100088

Jeszcze słów parę o samym zoo w Kolmården. Muszę przyznać, że byłam pod wielkim wrażeniem. Duże wybiegi, naturalnie ogrodzone fosą lub skałkami i położone w samym lesie pośród jezior dawały wrażenie, że jest się częścią natury. Żadnych pordzewiałych krat, za to liczne łączone ekspozycje, na których przebywało nieraz 12 różnych gatunków. Niektóre mogliśmy oglądać z ziemi, inne zaś podziwiać z góry w specjalnej kolejce linowej. Podczas przejażdżki przypadkiem dostrzegłam lwy bawiące się iPhonem – zguba raczej nie trafi już do właściciela… I jeszcze gwóźdź programu – pokaz delfinów! Coś niesamowitego, wzruszyłam się do tego stopnia, że po skończonym przedstawieniu zauważyłam, że mam mokre policzki. Zwierzęta nie tylko popisywały się skokami, ale też pływały razem ze swoimi opiekunami i wyrzucały ich spod wody na parę metrów. Całość idealnie zgrana z muzyką oraz filmem na ekranie okalającym basen. Podświetlana woda dodatkowo odbijała obrazy jak w zwierciadle uzyskując efekt lepszy niż w kinie 3D – magia! Co zastanawiające, zoo otwarte jest tylko 4 miesiące w roku, jakim więc cudem utrzymuje tylu pracowników i zwierzęta przez cały rok? Cóż, na pewno ZOO w Kolmården może służyć za przykład innym ogrodom, nie tylko w Polsce. Zdecydowanie warto je zobaczyć.

egzotyczny wybieg dla sześciu tygrysów, które mogą przeskakiwać przez wodę na drugą stronę lądu

egzotyczny wybieg dla sześciu tygrysów

ogromne wybiegi i różne gatunki zwierząt razem to nie lada wyzwanie dla opiekunów i weterynarzy

ogromne wybiegi i różne gatunki zwierząt razem to nie lada wyzwanie dla opiekunów i weterynarzy

surykatka - jak zawsze bardzo fotogeniczna

surykatka – jak zawsze bardzo fotogeniczna

pantera śnieżna

pantera śnieżna

Nie żadne prosche ani farrari - ja marzę tylko o takim samochodzie! Jest w nim wszystko czego potrzebuję :)

Nie żadne prosche ani farrari – ja marzę tylko o takim samochodzie! Jest w nim wszystko czego potrzebuję 🙂

Ach te oczy!

Ach te oczy!

basen delfinów

basen delfinów

gdyby nie weterynaria, chyba chciałabym pracować z delfinami...

gdyby nie weterynaria, chyba chciałabym pracować z delfinami…

P1090954

mama z rocznym potomkiem

kolejką przez zoo

kolejką przez zoo

Ostatniego dnia pojechałam jeszcze na szybkie zwiedzanie do Sztokholmu. Żeby obniżyć koszty nocowałam oczywiście na couchu u Włocha Marcello, który od dwóch lat tam studiuje. Chociaż w tym mieście nie ma spektakularnych zabytków, to myślę, że jest to jedno z tych miejsc, w których dobrze się żyje. Zeszliśmy pieszo wszystkie centralne wyspy i wspięliśmy się na jeden z punktów widokowych.  Co mnie uderzyło od samego początku, to wszechobecna zieleń – liczne parki, ścieżki dla biegających i rowerzystów. Między tym morze, plaże i jeziora, po których pływają kajakarze i surferzy. Wszystko scalają ze sobą kolorowe uliczki zabytkowych kamienic i liczne kawiarnie, w których można odpocząć, spotkać znajomych czy załatwić sprawy biznesowe. Świetnie oznakowane metro oraz liczne autobusy, w których można płacić wyłącznie kartą kredytową, dowożą mieszkańców w każdą część miasta. Restauracje drogie – ale nie dla miejscowych, tak przynajmniej można sądzić po lokalach pełnych gości o każdej porze dnia. Ja jednak w ramach oszczędności zaproponowałam Marcello wspólne gotowanie – sama przyrządziłam żurek (Made in Poland), on z kolei risotto z gruszką i gorgonzolą na winie. Na deser zaś – tiramisu! I TO właśnie, a nie cena, jest wyższością couchsurfingu nad najlepszym nawet 5-gwiazdkowym hotelem. W zamian z przyjemnością będę kiedyś gościć Marcello u siebie w Warszawie 🙂

kajakowanie w niedzielne południe

kajakowanie w niedzielne południe

panorama miasta

panorama miasta

P1100108

to wciąż centrum miasta

kawiarnie i irlandzkie puby na każdym kroku

kawiarnie i irlandzkie puby na każdym kroku

parlament

parlament

P1100189

P1100213

Marcello z koleżanką i nasza wspólna kolacja

Marcello z koleżanką i nasza wspólna kolacja

tiramisu made by italian :)

tiramisu made by italian 🙂

pięknie tam!

pięknie tam!

Chongqing na ostro

Chengdu słynie głównie z tego, że można tam zobaczyć pandy w dużej ilości. To w zasadzie jedyna większa atrakcja tego miasta, dlatego wszystko co tylko możliwe, jest w pandy. Tak też wyglądał mój hostel. Na ścianach pokoju widniały rysunki pand. Kubeczki w pandy na podstawkach – a jakże – również z ich wizerunkiem. Do tego sztućce – z pandą na rękojeści. Nawet na sedesie namalowana była panda! Panował tam gorszy pandziowy kicz niż w ośrodku, z którego wracałam. Wreszcie jednak autobusem wymalowanym w czarno-białe miśki dotarłam na dworzec kolejowy,gdzie ostatecznie pożegnałam się z pandami.

Mr Panda Hostel

Mr Panda Hostel

Gigantyczny dworzec kolejowy z obowiązkową odprawą i bramkami jak na lotnisku.

Gigantyczny dworzec kolejowy z obowiązkową odprawą i bramkami jak na lotnisku.

Pewnie tylko nieliczni z Was słyszeli kiedykolwiek o Chongqing (czyt. czon-cing). Ot, jedna z wielu chińskich metropolii. Tych większych. Wygląda jak jeden gigantyczny plac budowy o powierzchni równej powierzchni Austrii. Już teraz w całej aglomeracji mieszka bagatela 32 mln mieszkańców! W dodatku Chongqing powstaje od nowa z wielkim rozmachem na – o zgrozo – starych, zabytkowych miasteczkach, które zostają zrównane z ziemią bez najmniejszych sentymentów. Są one wchłaniane przez miejskiego potwora i szacuje się, że do 2020 roku Chongqing będzie liczyło 200 mln ludzi. Dowiedziałam się tego oglądając dokument Planete+ na parę dni przed przybyciem, gdy szukałam taniego noclegu oraz informacji o lotnisku. I… troszkę się przeraziłam.Głównie dlatego, że mam niezwykły dar gubienia się i doszłam do wniosku, że tak gigantyczne skupisko niekumających po angielsku ludzi, którzy posługują się nietypowym alfabetem, może sprzyjać moim niefortunnym zdolnościom. Na szczęście nie było aż tak źle – w końcu od czego jest komórkowy translator 😉

Wagonikiem na drugą stronę Jangcy

Wagonikiem na drugą stronę Jangcy

Panorama miasta

Panorama miasta

Trafiłam do uroczego hoteliku, który przypominał stare chińskie zabudowy. Zaraz obok znajdowało się 9-piętrowe „centrum handlowe” w podobnym stylu z kawiarniami i europejskimi restauracjami na samej górze oraz tradycyjną kuchnią poniżej. Oczywiście na obiad wybrałam tę drugą opcję. Jedyny problem jak zwykle stanowiło menu w chińskich znaczkach, które nic a nic mi nie mówią. Tym razem zaszalałam i za około 10 zł zamówiłam sobie sushi 🙂 Na migi.

P1080247

P1080223

W Chongqing nie ma zbyt wiele do zwiedzania – akurat na jeden dzień, który mi pozostał do wylotu. Niestety, sama nie miałam szans, aby połapać się w komunikacji miejskiej. Pozostało mi zatem zmniejszyć zasięg zainteresowań i ruszyć na piechotę, czyli tak jak lubię najbardziej. Niestety, szybko okazało się, że prowizoryczna mapka w przewodniku Lonely Planet ma zasadnicze błędy i w sumie na niewiele mi się zdała. Zmuszona sytuacją, w jakiej się znalazłam, wymyśliłam nowy sposób na poruszanie się po mieście – zrobiłam sobie fiszki. Poprosiłam znającą co nieco angielski Panią w hotelu, aby na karteczkach napisała mi po chińsku nazwy miejsc, do których chcę dotrzeć. Po drugiej stronie już po swojemu zaznaczyłam sobie, co jest czym. Z całym plikiem wyruszyłam na miasto i co zakręt pytałam kogoś z tłumu o drogę, pokazując mu moje wskazówki. W ten sposób najpierw dotarłam do jednej z ostatnich buddyjskich świątyń, jakie ostały się w tej metropolii. Pomyśleć, że kiedyś zajmowała ona połowę miasta, a teraz ginie w wielkomiejskiej dżungli otoczona przez drapacze chmur i  świeci pustkami w środku.

P1080276

P1080278

P1080288

Sweet focia z roześmianym buddą musi być ;)

Obowiązkowo sweet focia z roześmianym buddą;)

Takiego boga to strach się bać :]

Takiego boga to strach się bać :]

Szukając pamiątek dla znajomych i rodziny, z lokalnych targowisk zawędrowałam do… carrefour’a. Z zewnątrz – niby taki sam jak u nas. Zawartość jednak kompletnie inna. Podobnie jak na ryneczku i tam większości artykułów spożywczych nie umiałam nawet nazwać, ale w markecie były one hermetycznie zapakowane, więc miałam szansę przewieźć je do Polski. Od tego momentu pochłonęło mnie włóczenie się po sklepach spożywczych i wrzucanie do koszyka co dziwniejszych różności. Przywlokłam w ten sposób bambusy nadziewane farszem, kwadraciki tofu, piekielnie ostry sos, papryczki syczuańskie, kilka rodzajów herbat, makaron ryżowy (wiem, że u nas też można kupić, ale wierzcie mi – to nie ten sam smak), żelowe cukierki i parę innych rzeczy, które z trudem dały się upchnąć w plecaku. Wywołały za to sporo frajdy i śmiechu przy rozpakowywaniu z bliskimi oraz tym bardziej przy próbie rozszyfrowania chińskich opisów ich przyrządzenia 🙂

P1080340

Ciekawe, co tym razem jest w środku?

Ciekawe, co tym razem jest w środku?

Wędrując tak, dotarłam wreszcie do portu, gdzie doczekałam zachodu słońca i zdecydowałam się na rejs statkiem po zmroku. Panorama oświetlonego miasta podziwianego z perspektywy rzeki Jangcy nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia w porównaniu z niesamowitym Szanghajem. Jednakże wycieczka i tak bardzo się udała za sprawą pewnej grupy przyjaciół. Kiedy tylko zobaczyli, że jestem sama (i jedyna białogęba na całym statku), natychmiast przysiedli się do stolika i zaczęli zamawiać herbatę oraz przystawki, których koniecznie musiałam popróbować. Niekiedy szczerze się uśmiechałam, czasem jednak musiałam robić dobrą minę do złej gry, żeby nie sprawić im przykrości. Miałam w tym już pewne doświadczenie, bo podobne sytuacje zdarzały mi się wcześniej wielokrotnie. Nieraz byłam pod wrażeniem chińskiej gościnności, mimo że w dużej mierze wynikała ona pewnie z czystej ciekawości „egzotycznym gościem z daleka”. A że Chińczykom znacznie lepiej się w ostatnich czasach powodzi, to czemu nie mieliby fundnąć obcej osobie zagadanej na ulicy paru tradycyjnych dań w zamian za miłą pogawędkę? Niestety, nigdy nie pozwalali mi za siebie zapłacić, zupełnie jakby miała to być ujma na honorze.

P1080341

P1080378

Na mój stary, lekko zdezelowany telefon (przypominam, że potłukła mi go małpa w Boliwii) w Chinach patrzyli z lekkim zdziwieniem. Tam już małe dzieciaki śmigają na samrtfonach i tabletach, które na szczęście posiadają aplikację słownika. Tylko dzięki tym wynalazkom cywilizacji mogłam nawiązać nowe znajomości z miejscowymi, którzy koniecznie chcieli mnie poznać (oraz mój numer telefonu i e-mail nie wiadomo w jakim celu ;)). Tak też poznałam się z trojgiem przemiłych ludzi na zdjęciu poniżej, których imion niestety już nie pamiętam. W zasadzie nie pamiętałam ich nawet przez chwilę. Oni mojego też… Po rejsie poszliśmy na pikantną kolację. Syczuan słynie z ostrej kuchni, ale Chongqing bije go dwa razy na głowę! Na dwa kęsy wypijałam szklankę Nestea i tylko dzięki temu nie wypaliło mi dziury z żołądka na wylot. Mowa o hotpocie – słynnym regionalnym daniu. Podaje się go tylko w wybranych restauracjach, których stoliki mają wgłobienia z podgrzewaczem po środku. Stawia się na to wielkie misy z przegródkami wewnątrz. Każda z takich przedziałek jest wypełniona pikantnym sosem i papryczkami dla podkręcenia atmosfery. Następnie wybiera się z karty dań najróżniejsze przekąski, które wrzucamy do „gara” i gotujemy. Jako że nie znam chińskiego, wybór zostawiłam moim nowym znajomym. Wśród tego, co zamówiliśmy, były dziwne grzybki z długą nóżką i malutkim kapeluszem, ogórki, małe jajka – nie wiem czyje, sporo zieleniny również nieznanego mi pochodzenia, jelita, żołądki, parówki, paluszki mięsne i cała masa różnych rzeczy, które nie wiem, czym były i nie wiem, jak smakowały, bo wszystko było jak dla mnie tak samo piekielnie ostre. W dodatku przysmaki te wyślizgiwały mi się za każdym razem, gdy tylko usiłowałam wydobyć je pałeczkami z dość głębokiego naczynia. Oczywiście wywołało to niepohamowane rozbawienie Chińczyków, którzy ostatecznie zlitowali się nade mną i od tamtej pory prześcigali się między sobą w nakładaniu mi jedzenia na talerz.

Tak zakończył się mój ostatni dzień w Chinach – nawet teraz uśmiecham się, gdy sobie o tym przypominam. 🙂

Jeszcze przepis na hot-pot:

1. Przyotuj naczynie z piekielnie ostrym sosem i jeszcze bardziej pikantnymi papryczkami

1. Przygotuj naczynie z piekielnie ostrym sosem i jeszcze bardziej pikantnymi papryczkami

2. Wybierz dodatki, które w nim ugotujesz

2. Wybierz dodatki, które w nim ugotujesz

3. Jeszcze najważniejsze - doborowe towarzystwo

3. Jeszcze najważniejsze – doborowe towarzystwo

4. Smacznego!

4. Smacznego!

Kulturalnie w Chengdu

Rozstanie z pandami i ich opiekunami było trudniejsze, niż się początkowo spodziewałam. Każdy z Chińczyków chciał koniecznie mojego maila i numer telefonu, podarowali mi skromne upominki i przygotowali wyśmienitą kolację pożegnalną. Przy wyjeździe z hotelu uprzejmy właściciel poczęstował mnie ciasteczkiem z pandą. Poza tym zrobiło się jakby cieplej, nawet słońce wyjrzało zza gór, więc bardzo się ociągałam z tym wyjazdem, ale w końcu trzeba było zebrać manatki i ruszyć w drogę powrotną. Ponieważ byłam już obcykana w zasadach funkcjonowania miejscowych busów, więc nawet rozmawiając tylko  na migi (chociaż mam wrażenie, że oni i tak rozumieją wszystko na opak) dość sprawnie i szybko dotarłam do Chengdu. Problem zaczął się zaraz po wyjściu z autobusu w tej ogromnej metropolii.

P1070908

P1070924

Dzień wcześniej zarezerwowałam sobie nocleg w miejscowym hostelu dla podróżników. Przepisywanie adresu w chińskich znaczkach nie miało sensu, więc tak jak do tej pory – zrobiłam zdjęcie aparatem, które później pokazałam taksówkarzowi. Pomyślał, pokiwał głową, coś burknął pod nosem i odjechał. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam machać na następnego – w tak ogromnym mieście taksówek przecież nie brakuje. Scenariusz jednak się powtórzył. Pięciokrotnie. Aż w końcu podszedł do mnie młody Chińczyk całkiem nieźle mówiący po angielsku i skoncentrowany na tym, żeby tylko mi pomóc. Okazało się, że hostel choć w centrum, to znajduje się na jednokierunkowej ulicy i kierowcom nie chciało się jechać naokoło. Tau zaproponował, że podjedzie ze mną taksówką do najbliższego punktu i dalej zaprowadzi mnie pieszo. Zaskoczona życzliwością obcego człowieka, wsiadłam razem z nim do auta.

P1070944

W Chinach od samego początku czułam się bardzo bezpiecznie. Po ostatniej podróży po Ameryce Południowej różnica była kolosalna. Nie znam drugiego tak dużego i jednocześnie spokojnego miasta jak Szanghaj, co jest niewątpliwie sporą ulgą dla samotnie podróżującej kobiety. Tak jak obiecał, Tau zaprowadził mnie do samego hostelu. Tam kupiłam bilet na pociąg na następny dzień i zaczęłam dopytywać się o spektakle w miejscowej, z resztą słynnej na cały świat, operze syczuańskiej. Przypadkiem okazało się, że rodzina Tau prowadzi największą ( i najdroższą ) operę w całym Chengdu. Jeden telefon i byliśmy zaproszeni na wieczorny pokaz. W dodatku za darmo! Nie mogłam odmówić takiego zaproszenia 🙂

P1070994

Do wieczora było jednak dużo czasu, więc kiedy Tau wrócił na zajęcia na uczelni, ja postanowiłam zjeść coś dobrego i powłóczyć się po okolicy. Z tym pierwszym udało mi tylko się w połowie. Każde menu było wyłącznie po chińsku, więc nie zostało mi nic innego jak wybierać dania na chybił trafił. Zazwyczaj trafiałam coś bardzo obrzydliwego, niepodpadającego pod europejskie smaki albo z kolei niezwykle pysznego, choć wciąż egzotycznego. Jedzenie było na szczęście bardzo tanie, więc mogłam sobie pozwolić na małe eksperymenty.

Wykwintne menu - co wybierasz?

Wykwintne menu – co wybierasz?

Świątynie i stare miasto wyglądały podobnie jak w Szanghaju. Co prawda klucząc po zakamarkach całego kompleksu wlazłam przez przypadek do sypialnio-jadalni mnichów, z której zostałam natychmiast przepędzona, ale poza figurkami rozmaitych bożków o bojowych minach nie znalazłam nic ciekawego. Zrobiłam zapasy chińskiej herbaty, którą z resztą oszczędnie popijam do dziś i odpoczywałam w parku, gdzie miejscowi ćwiczyli, grali w szachy lub inne, nieznane mi gry albo po prostu siedzieli i wsłuchiwali się w odgłosy przyrody puszczane z ukrytych w krzakach głośników.

Herbata kwiatowa - jedna z moich ulubionych!

Herbata kwiatowa – jedna z moich ulubionych!

Pan uczył mnie tradycyjnego parzenia herbaty - niestety niewiele z tego zrozumiałam...

Pan uczył mnie tradycyjnego parzenia herbaty – niestety niewiele z tego zrozumiałam…

Miejscowy park i miejsce relaksu

Miejscowy park i miejsce relaksu

Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie operę w Chinach. W zasadzie nie ma ona nic wspólnego z wydarzeniem kulturalnym w naszym rozumieniu. Będę bliżej prawdy, jeśli powiem, że był to tak jakby pokaz sztuczek, choć niekiedy bardzo efektowny, ale jednak bardziej przypominający cyrk. Były i akrobacje, ale też głośne śpiewy (albo raczej przeszywające na wskroś niezrozumiałe jęki) oraz kabaret, z którego oczywiście niewiele zrozumiałam. Był też pan, który naśladował bzyczenie pszczół. I pani, która opowiadała historie za pomocą cienia jej własnych rąk. Gwoździem programu były jednak słynne maski, które aktorzy zmieniają w ułamku sekundy w sposób niedostrzegalny dla ludzkiego oka. Podczas całego występu pięknie ubrane Panie nieustannie dolewały gościom herbaty i częstowały orzeszkami. Na widowni zaś turyści stanowili zdecydowaną mniejszość, co świadczy tylko o tym, że tego rodzaju atrakcje są bardzo popularne wśród miejscowych. Dwie godziny występów upłynęły niespodziewanie prędko, a kiedy wyszliśmy na zewnątrz, całe miasto było już efektownie oświetlone.

P1080043

P1080052

P1080079

P1080105

P1080132

widownia opery

widownia opery

P1080154

Przedszkolaki z naszej paki

Może zacznę od początku. Gdy przyjechałam do Bifengxia Panda Base zdziwiło mnie, że jestem tutaj jedyną studentką. Poznałam tylko Meghan z USA, która robiła badania do swojego doktoratu. I ani pół białej twarzy więcej. Jak się później dowiedziałam, miałam sporo szczęścia dostając się na te praktyki. Maila do Pani Dyrektor działającej w fundacji finansującej tenże ośrodek znalazłam grzebiąc któregoś dnia w Internecie. Odpisała parę miesięcy później, gdy byłam jeszcze w Boliwii. Dopiero tu na miejscu odkryłam, iż chińscy weterynarze omyłkowo zrozumieli, że znam się z tą, jak się okazuje, ważną w szeregach kobietą i tylko dlatego pozwolili mi uczestniczyć w praktykach. W dodatku całkowicie za darmo (musiałam tylko sama się utrzymać). Cóż, uznałam, że lepiej będzie nie wyprowadzać ich z błędu – zyskałam dzięki temu wyjątkowe przywileje 😉

DSC_6362

Pora na lekarstwa – maluszek kurczowo trzyma się drzewa.

Przez pierwszą połowę pobytu byłam całkowicie pochłonięta samicami w rui. Po półtorej tygodnia nastała jednak cisza. Nadejście wiosny obsunęło się nieco w planach, więc i pandy nie wykazywały zainteresowania nałożonym na nie programem rozmnażania. Miałam więc czas przyjrzeć się bliżej 6 – miesięcznym maluchom, które przeniesiono tymczasowo do kliniki. Tylko że… Chińczycy zaczęli ukrywać je przede mną. Z podejrzeniami wtargnęłam na salę operacyjną, gdzie akurat robili badanie USG. Usłyszałam, że nie mogę tam przebywać, co nie powiem, ale dość mnie wzburzyło. To ja wkładam tyle trudu i lecę tysiące kilometrów, żeby usłyszeć trzaśnięcie drzwiami przed nosem?! Zdecydowałam się na poważną rozmowę z weterynarzami. Efektem była półgodzinna narada, z której oczywiście nic nie zrozumiałam. Na koniec przekazano mi jednak, iż mogę zajmować się małymi pandami z zastrzeżeniem, iż mam trzymać buzię na kłódkę i tym bardziej nie pisać o tym w Internecie. O czym? – pytam ich. To wielka tajemnica – wszystkie młode są chore.

P1060154

Ulubione miejsce Ye Ye i świetny punkt widokowy

Objawy: biegunka i wymioty. Temperatura w normie. Lekkie odwodnienie. Małych pandziątek było w sumie siedem. Zwłaszcza dwa były w cięższym stanie. Badanie PCR wskazało na infekcję rotawirusem. Zamówiono surowicę odpornościową, niestety dla jednego z maluszków przesyłka przyszła za późno, biedactwo zmarło w nocy. W ośrodku zapanowała nerwowa atmosfera, a ja mogłam doświadczyć, czym jest praca w komunistycznym państwie, które decyduje nawet o corocznym przychówku pand wielkich. Co więcej, wszelkie podawane leki były opisane wyłącznie w chińskich znaczkach! Nazwy powszechnie stosowane w medycynie jak i nazwy łacińskie były dla nich obce, więc miałam spore problemy z rozszyfrowaniem nawet podstawowych informacji. W ostateczności najlepszym (i jedynym) sposobem na dojście do porozumienia okazał się być internetowy translator.

DSC_6369

W pracy

Przez resztę pobytu opiekowałam się młodymi pandami. Oznaczało to nie tylko podawanie leków, ale też dbanie o drakońską higienę. Poza obowiązkami miałam też sporo czasu na zabawy z tymi przytulaśnymi miśkami, które podążały za mną krok w krok i natychmiast wspinały się po nogawkach na kolana. Nie mogłam długo oprzeć się ich słodyczy i przyznaję się, że skradły moje serce. Szczęśliwie wszyscy mali pacjenci czuli się już dobrze, gdy wyjeżdżałam. Dodam tylko, że zdjęcie z małą pandą i 5 minut zabawy z nią kosztuje dla turysty aż 500 zł. Ja miałam je za darmo tylko dla siebie. Wrażenia – bezcenne.

P1060083

Choć mają już pół roku, to wciąż ich głównym pożywieniem jest ciepłe mleczko.

Pod koniec mojego pobytu przeprowadzaliśmy jeszcze rutynowe badanie zdrowia dorosłych pand. Miałam wówczas okazję poćwiczyć wkłucia dożylne. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie zwierzaki grzecznie wystawiały łapy przez kratki i zaciskały je na specjalnym metalowym kołku. Opiekunowie podawali im kawałki jabłka lub marchewki, a ja w tym czasie mogłam trochę „pogrzebać” igłą, gdyż znalezienie żyły nie szło mi tak szybko, jakbym chciała. Przed samym wyjazdem przyszłam jeszcze pożegnać się z moimi podopiecznymi oraz z serdecznymi ludźmi, których tu poznałam. Chińczycy są niezwykle gościnni, a przed odjazdem każdy z nich podarował mi drobny upominek. Byłam mile zaskoczona i obiecałam, że jeszcze kiedyś ich odwiedzę. Może w przyszłym sezonie?

P1060879

P1060895

Ciekawski nosek

P1060923

Pandzie figle

P1060988

Jestem słodki i wiem o tym!

P1070217

Jedna huśtawka a tyle radości

P1070191

Leżakowanie

P1070151

Moja wesoła gromadka

P1070089

P1070052

Po 2 godzinach zabawy małe pandy zasypiają gdzie popadnie

P1070244

P1070253

Ich ulubionym zajęciem jest trenowanie wspinaczki, nawet po moich nogawkach

P1070276

I’m so happy!

P1060980

P1070783

P1070835

P1070867

P1070330

Ktoś tu chyba pił mleczko?

DSC_6382 (3)

My best memories :*

Panda Love Story

Ona – w średnim wieku, ale zadbana i poukładana. On – inwalida optymista. W dzieciństwie złamał nogę i za późno trafił do szpitala, jedyną możliwością była amputacja. Mimo to, nie stracił pozytywnego nastawienia do świata. Poznali się przypadkiem, gdy zamieszkali po sąsiedzku. Najpierw były ukradkowe spojrzenia przez wspólne okno, w końcu on zdecydował się zrobić pierwszy krok. Hana, zawsze nieskazitelnie piękna, tylko kusiła, nie dając nic w zamian. Dan długo znosił humory starszej pani, zanim ta w końcu zaakceptowała jego zaloty, ale nawet wtedy kazała mu czekać. Tylko ona wiedziała, kiedy nadejdzie ten wyjątkowy dzień.

P1030892

Hana bardzo pragnęła dziecka. Miała wielkie nadzieje w zeszłym roku, ale niestety nic z tego nie wyszło. Tym razem była zdecydowana zrobić wszystko, aby tylko doczekać się potomka. Kiedy jednak w końcu pozwoliła Danowi się zbliżyć, przyszło rozczarowanie. Jego kalectwo okazało się być definitywną przeszkodą na drodze do ojcostwa. Emocje wzięły górę, wywiązała się kłótnia i Hana ostentacyjnie wyprosiła go ze swojej sypialni. Wkrótce potem  zaczęła żałować i długo nawoływała Dana, ten jednak się nie pokazał. Prawdę mówiąc, po tym wszystkim co między nimi zaszło, bał się nawet spojrzeć w jej stronę.

P1050025

Czas mijał nieubłaganie, miała tylko 36 godzin na zajście w ciążę. Jeśli się nie uda, następna szansa będzie dopiero za rok. Chociaż w jej wieku, może już nigdy. Poszła na całość – randka w ciemno. Długo się kręciła, zanim podeszła do Bena, ale w końcu zdecydowała się nawiązać kontakt. On jednak nie był zbytnio zainteresowany tą znajomością, pochłonęło go raczej objadanie się liśćmi bambusa. Zniecierpliwiona, Hana rzuciła wprost jednoznaczną propozycję. Skorzystał. Ale coś było nie tak, nie zaiskrzyło. Hana obawiała się, że to nie wystarczy. A czas upływał…

P1040732

Urocza starsza dama wróciła do siebie, wzięła kąpiel, odświeżyła się i przemyślała sytuację. Ucieszyła się, kiedy zobaczyła Dana. Chociaż miała już niewiele czasu, postanowiła zaryzykować i dać mu jeszcze jedną szansę. Spędzili razem kilka pięknych godzin, emanując odwzajemnionym uczuciem. Jednak wszystko co piękne, szybko się kończy, a Hana wiedziała, że Dan nie da jej tego, czego tak bardzo pragnie. W końcu zdecydowała się na ostateczne rozstanie i nawet fikołki czy inne akrobacje Dana nie mogły jej już przekonać.

P1040691

Franka poznała przez koleżankę jeszcze tego samego dnia. Zbliżał się już wieczór i za chwilę miała znów stać się zwykłym Kopciuszkiem. Tym razem nie traciła już czasu, tylko od razu rozpoczęła swój uwodzicielski taniec. Frank był jeszcze młody i niezbyt doświadczony, ale to była jej ostatnia nadzieja. Na początku wszystko szło dobrze, lecz nie wiadomo kiedy, nagle doszło do ostrej wymiany zdań i rękoczynów. Upokorzona i zlekceważona uciekła.

P1050309

P1050321

Po tym incydencie potrzebowała ochłonąć, nabrać oddechu, odespać. Hana przemyślała wszystko jeszcze raz i postanowiła dać Frankowi drugą, ostatnią szansę. To była dobra decyzja, tym razem wszystko poszło jak należy. Po tak emocjonującym dniu najlepsze, co można zrobić, to leżak, bambus i relaks przy basenie. Odtąd żyje wciąż nadzieją, że za 4 miesiące wreszcie zostanie mamą.

P1040902

P1040501

W spektaklu wystąpili:

Hai Zi  w roli Hany

Dai Li w roli Dana

Bai Yang w roli Bena

Fu Long w roli Franka

 

ZA KULISAMI:

Za pomocą tej krótkiej historyjki chciałam Wam przedstawić moje zmagania w usiłowaniu zrozumienia spraw sercowych u pand wielkich. Opowieść ta jest w całości oparta na faktach, tylko ubrana w nieco bardziej przystępne słowa. Pozwoliłam sobie zamienić imiona na te, których sama używam w myślach, gdyż niestety wciąż mam problem z zapamiętaniem prawdziwych. W zasadzie, to ciągle zapominam również imion ludzi, z którymi tutaj pracuję, ale nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu, gdyż oni także nie potrafią spamiętać mojego (a mam na imię Natalia – jakież to skomplikowane :P).

P1040489

Jak już pisałam w poprzednim poście, samice tych wyjątkowych zwierząt są zdolne do zapłodnienia tylko raz w roku przez średnio 36 godzin. To bardzo niewiele, dlatego w tym ośrodku nad narodzinami nowych pokoleń ściśle współpracują specjaliści z różnych dziedzin – biotechnolodzy, biolodzy i weterynarze. Prowadzą ścisłe obserwacje behawioru zwierząt, gdyż wykazują one szereg zachowań świadczących o ich statusie hormonalnym. Na przykład samce w  sezonie rozrodczym znaczą teren… obsikują drzewa, stojąc na rękach, czyli „do góry nogami”. Samice zwykle ocierają się miejscami intymnymi o różne krawędzie, a także pluskają w wodzie. Przypomina to trochę małe dzieci bawiące się w wannie – cóż, mówiłam już, że pandy to prześmieszne stworzenia, więc nawet ich rytuał godowy jest dość zabawny.

P1030539

Wraz z pojawieniem się pierwszych zmian w zachowaniu samic, rozpoczynają się codzienne badania ich moczu na obecność hormonów. Czasem dodatkowo wykonuje się waginoskopię. Wszystkie te zabiegi mają na celu wykrycie owulacji i tym samym optymalnego momentu krycia. Na tym problemy się jednak nie kończą. Pandy są wybredne i nie wdają się w intymne gierki z byle kim. Czasem samicy nie odpowiada samiec, innym razem na odwrót. Nie wiadomo do końca, na jakiej podstawie wybierają sobie partnerów. Dlatego nasza Hai Zi (Hana)  została przedstawiona wielu osobnikom. I choć kolejne próby kończyły się niepowodzeniem, to dopiero na końcu udało się osiągnąć sukces. Gdyby tak się nie stało, konieczna by była inseminacja, czyli sztuczne zapłodnienie. Tym razem jednak zakończenie było bardziej pomyślne dla pandy, nieco mniej dla głodnej wiedzy studentki weterynarii 😉 Niemniej miałam szczęście pracować przy tej samicy na wszystkich etapach przez cały tydzień, a nawet poprowadzić własne badania. To był dla mnie bardzo pracowity, ale też owocny okres, w którym tak wiele nauczyłam się o zwierzętach, o których jeszcze niedawno nie wiedziałam prawie nic. A doprawdy – fascynujące są te stworzenia!

P1070280

Na straganie w dzień targowy

Mam już takie przyzwyczajenie, iż podróżując po egzotycznych zakątkach świata, są dwie rzeczy, które koniecznie muszę zrobić. Po pierwsze, zawsze pakuję kostium kąpielowy, nawet jeśli nie planuję pobytu nad morzem. Po prostu uwielbiam pływać i wychodzę z założenia, że nigdy nie wiadomo, może akurat w pobliżu będą gorące źródła albo piękne jezioro i nabiorę ochoty na głębszą eksplorację terenu? Po drugie zaś, kiedy znajdę się w nowym miejscu, zawsze szukam lokalnego straganu. Takiego, gdzie miejscowi zaopatrują się w najpotrzebniejsze rzeczy, przy okazji udając się na ploteczki i pogaduszki z sąsiadami. Wierzcie mi, ale wbrew pozorom właśnie w takim miejscu można się bardzo dużo dowiedzieć o odwiedzanym kraju, poznać miejscowe smaki i zapachy, wdać się w kurtuazyjną rozmowę z Panią sprzedawczynią, która zdziwiona będzie próbowała wytłumaczyć, czym jest ten aromatyczny proszek w woreczku albo ziemniakopodobne białe kulki. W Tajlandii na przykład, na lokalnych targowiskach widziałam rzeczy najbardziej dziwaczne i niezwykłe, których nawet nie potrafię nazwać. W Boliwii znalazłam największy uliczny market na świecie, można się tam zaopatrzyć dosłownie wewszystko, od liści koki, po własny, przed chwilą ukradziony telefon. W Peru natomiast na takim targu oprócz skosztowania pysznego białego sera i najlepszego w smaku awokado, można też zjeść tani obiad i rozsmakować się w najpyszniejszych sokach ze świeżych owoców w przeróżnych kombinacjach (nawet teraz na samą myśl ślinka mi cieknie ;)).

Ponieważ ostatnią niedzielę miałam wolną, więc postanowiłam wykorzystać ten czas i poszwędać się po najbliższym miasteczku. O ile można tak nazwać mieścinę liczącą raptem 1,5 mln mieszkańców. Ot, jedno z wielu, zwykłe i nieturystyczne miasto w Chinach.  Jednak ma w sobie to coś.

Tym razem przedstawiam Wam galerię i zapraszam na popołudniowy spacer do Chin.

P1050463

P1050471

P1050473

P1050460

P1030816

P1030794

P1030731

trójkołowiec

P1030784

bardziej niż plecaki popularne są tu wielkie wiklinowe kosze

P1030651

typowy środek transportu, jakim się najczęściej poruszam

P1030701

P1030834

na mieście pełno jest identycznych, małych klatek, w których trzymane są piękne ptaki – to dla mnie smutny widok

P1050544

P1030881

Mimo, że Chińczycy rzucają wszystko pod siebie, miasta tutaj nie są aż tak tragicznie brudne. To zasługa nieustannie pracujących sprzątaczy.

P1050571

W dzień wolny miejscowi spotykają się na deptaku i grają w karty lub warcaby (nie w chińczyka :P). Przechodząc obok jestem zawsze zapraszana do współuczestnictwa, niekiedy przyłączają się nieznani sobie ludzie.

P1050563

P1050569

Podobnie jak w Indiach i tutaj latawce są bardzo popularną rozrywką.

P1050567

P1050581

P1050552

Uliczne przekąski – arbuz lub ananas za ok. 1 zł

P1030657

P1030678

naleweczki

P1030679

produkcja makaronu

P1050525

Znacie ten owoc?

P1030718

P1030712

supermarket

P1030721

makaron i cośtam jeszcze

P1030722

suszona kałamarnica?

P1030855

P1030858

P1030856

Pan patroszy świeżo ubite coś ze zdjęcia powyżej, a gołąbki… obawiam się, że też do jedzenia…

P1030860P1030867

P1030879

P1030870

P1030872

gotowane jajka w posypce

P1030878

P1030882

P1030883

wodorosty?

P1050457

Uliczne przekąski – tym razem mięsne szaszłyki

P1050479

znowu „coś”

P1050507

po prawej chyba makaron

P1050512

to mi wygląda na głowy jakiegoś gryzonia… chyba nie chcę wiedzieć…

P1050519

ciasto ryżowe

P1050384

po zachodzie słońca tradycyjnie wszystko musi się efektownie świecić

P1050392

Ten lampion zaniósł moje życzenie wysoko pod niebo chińskim bogom.

P1030789

Życie intymne pand

Panda wielka – symbol pokoju, ulubieniec świata, wielokrotny zdobywca pierwszego miejsca w rankingu na największego słodziaka wśród zwierząt. Nie miałam jak dotąd okazji poznać jej osobiście. Ale choć sama uległam czarowi licznych zdjęć w internecie opisanych samymi „achami” i „ochami” , to jednak zastanawiałam się, w czym tkwi prawdziwy urok tych miśków. Czy małe tygryski lub słoniątka nie są co najmniej równie cudowne? Otóż pewnych detali zdjęcie oddać nie może. O tym, że pandy zasługują na bycie numerem jeden wśród gromady czworonogów przekonałam się już w parę minut po dotarciu do Bifengxia Panda Base. Proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić tego całkiem sporego misia na zdjęciu poniżej, jak biegnie wywijając każdą łapą w inną stronę, a co dwa – trzy kroki robi fikołki! Albo wbiega na górkę, aby zaraz się z niej turlikać i tak w kółko. Później zaś macha i kłapie pyskiem walcząc z wyimaginowanym przeciwnikiem. A na koniec wspina się na drzewo, żeby za chwilę niezdarnie z niego spaść głową w dół, po czym pobiec dalej jak gdyby nigdy nic. Nieważne czy duże czy małe, pandy swoim zachowaniem natychmiast wzbudzają powszechne rozbawienie i dlatego cały świat postanowił za wszelką cenę ratować je przed wyginięciem. Tylko jak to zrobić, jeśli pandy zapomniały o podstawowym prawie przetrwania gatunku – rozmnażaniu?

P1020712

Hua Mei urodzony w San Diego Zoo świetnie wdrapuje się na drzewa

P1020716

Schodzenie jednak wychodzi mu znacznie gorzej – tutaj zsunął się po gałęziach głową w dół…

P1020717

… lądując w końcu na ziemi

P1020687

Aport!

P1030523

I jeszcze parę fikołków!

Rozród pand od lat budzi zainteresowanie naukowców, gdyż różni się znacznie od fizjologii zwierząt domowych. Chęć do rozmnażania wykazują one tylko na wiosnę, przy czym samice zachodzą w dwu – trzydniową ruję tylko raz do roku. Oznacza to, że w pozostałe 363 dni są bezpłodne. Długość ciąży nie jest jednoznacznie określona, bo mieści się w szerokich ramach 95-160 dni (choć znany jest i przypadek ciąży trwającej aż 324 dni!). To dlatego, że u pand występuje zjawisko zwane opóźnioną implantacją. Oznacza to, że zapłodniona komórka jajowa przez 1,5-4 miesięcy „pływa” w drogach rodnych samicy, a dopiero po tym czasie implantuje się w ścianie macicy zaczynając dalszy podział i rozwój. Dlatego tak ciężko jest przewidzieć datę samego porodu , a także w ogóle zdiagnozować ciążę.

P1030105

Słodziak

P1020929

Pandy mają duże wybiegi i zawsze otwarte domki, gdyż są aktywne zarówno w dzień jak i w nocy

P1020997

yummy!

Zwykle rodzi się jedno młode późnym latem. Zdarzają się jednak bliźnięta, a nawet trojaczki. W naturze jednak matka wybiera najsilniejszego potomka porzucając pozostałe, gdyż nie jest w stanie zaopiekować się większą ilością potomstwa. W bazie naukowej, w której obecnie pracuję, opracowano skuteczną metodę, dzięki której możliwe jest odchowanie całego miotu. Rozwiązanie jest w gruncie rzeczy proste. Matka zajmuje się jednym z bliźniąt, podczas gdy weterynarze opiekują się drugim. Co kilka dni robią zamianę podrzucając matce pierwszą pandzię, a zabierając drugą. Zapewnia to optymalne warunki zwierzakom i równe szanse na start w dorosłość. Oba noworodki częściowo dorastają na naturalnym mleku matki jak i na mleku zastępczym.

P1030253

Maluchy w swoich przepychankach są bardzo nieporadne i robią to w jakby zwolnionym tempie

P1030137

Przedszkole

P1020764

P1020857

Uboga dieta bambusowa nie pozwala na zbytnie wydatkowanie energii w ciąży i laktacji, dlatego młode pandy są najmniejszymi noworodkami spośród wszystkich ssaków za wyjątkiem torbaczy i rosną bardzo wolno. Dojrzewają płciowo w wieku 5-7 lat, po czym wydają na świat własne potomstwo. W warunkach naturalnych zwykle jest to raz na dwa lata, jednak tutaj młode są odstawiane od matek wcześniej i dlatego samice mogą zachodzić w ciążę nawet co roku. Jednakże tylko 1/3 samców żyjących w niewoli ma zachowane zachowania płciowe. Dodam, że pandy wybierają sobie partnerów w szczególny sposób, co znaczy po prostu, iż nie wszystkie samice są atrakcyjne dla samców. Stąd liczne problemy w rozmnażaniu tych zwierząt w niewoli. Obecnie najskuteczniejszą metodą zapewniającą zapłodnienie w sytuacji, gdy nie dochodzi do naturalnego krycia, jest sztuczna inseminacja. Nasienie pobrane metodą elektroejakulacji jest odpowiednio selekcjonowane i następnie przechowywane w ciekłym azocie. W ten sposób może przetrwać wiele lat, co pozwala wykorzystać nasienie nawet od nieżyjących już samców i zapewnia odpowiednią pulę genetyczną, którą wymieniają się wszystkie współpracujące ze sobą ośrodki trzymające pandy. Czy te wszystkie działania zapewnią jednak przetrwanie gatunku? Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi, gdyż nie jesteśmy w stanie zwiększyć liczby młodych rodzonych na wolności, a pandy, jak widać, niespecjalnie się przejmują swoim losem i czającą się groźbą całkowitego wyginięcia. Obecnie w rezerwacie Wolong prowadzi się „trening” małych pand mający przystosować je do życia w naturze. Póki co jednak wszelkie próby wypuszczenia zwierząt zakończyły się niepowodzeniem i szybką ich śmiercią.

P1030023

Jest leżaczek, jest bambus, jest cool!

P1020737

P1020907

Nie ma to jak popołudniowa drzemka, każdy to wie

P1030132

Jestem tutaj, ponieważ szczególnie interesuje mnie rozród gatunków zagrożonych i możliwości współczesnej medycyny, która może być dla nich ratunkiem. Okres luty – marzec to dopiero początek sezonu wśród pand, gdyż jego szczyt przypada raczej na miesiące marzec – kwiecień. Przygotowania ośrodka polegają na stałym monitorowaniu samic, co umożliwi w miarę szybkie rozpoznanie zbliżającej się rui. W związku z tym codziennie zbieram mocz, a następnie w świetnie wyposażonym laboratorium (sponsorowanym przez USA) badam poziom hormonów płciowych. Niekiedy dodatkowo robimy waginoskopię, czyli badanie błony śluzowej pochwy. Można to bez przeszkód wykonać przez kratki, pandy są świetnie wyszkolone i za jabłuszko lub marchewkę kładą się jak na stole ginekologicznym. Wszelkie zabiegi pokrywają się z obserwacją behawioru zwierząt, gdyż wykazują one szereg interesujących zachowań płciowych, o których jeszcze napiszę. Będę miała dużo szczęścia, jeśli uda mi się wziąć udział w inseminacji przed wyjazdem – teraz wszystko w rękach pandzioszków. Czekamy! 🙂

P1020642

Bifengxia (czyt. bi-fung-sia) Panda Base

P1020897

P1030412

P1020825

Previous Older Entries Next Newer Entries

%d blogerów lubi to: