Biwak po afrykańsku

Na mojej podróżniczej liście marzeń znajduje się cały świat. Są jednak miejsca, którym nadałam priorytet z wykrzyknikiem. Jedno z nich mogę już odkreślić – to Delta Okavango w Botswanie, kraina dzikich zwierząt, afrykańskich wiosek i największe takie rozlewisko świata. Zostawiłam ją sobie na deser, jako ostatnią atrakcję tej podróży. I choć miałam tam chwile zwątpienia, kiedy natychmiast chciałam znaleźć się w domu, to teraz tylko uśmiecham się i odpływam we wspomnieniach na samą myśl o tym niezwykłym zakątku. Tam poczułam, że żyję. Żyję w świecie, który jest niewyobrażalnie piękny.

Delta Okavango w Botswanie

Delta Okavango w Botswanie

Ostatnie śniadanie przed wyjazdem musiało być bardzo syte, więc zjadłam tyle, ile mogłam. Wiedziałam, że następne trzy dni będę musiała przetrwać wyłącznie na tym, co mam w plecaku. Zapakowałam jedynie to, co nie zepsuje się przy 40 stopniach i będzie się nadawało do spożycia w stanie surowym lub po podgrzaniu na ognisku. Wzięłam więc suche bułki, ryż, parę ziemniaków, puszki z sosem oraz kilka z owocami i jabłka. Prócz tego 10 litrów wody i przenośna lodówka, która co prawda nie dawała rady temperaturom otoczenia i wcale nie chłodziła, ale przynajmniej chroniła przed przegrzaniem. Jako wyprawkę dostałam również garnek, łyżkę i widelec. Zabrałam też szczoteczkę do zębów, pastę i szczotkę do włosów. Więcej nie zmieściłoby się do mokoro – tradycyjnej, drewnianej łodzi, którą od lat poruszają się mieszkańcy tamtejszych wiosek.

P1120937

Przygoda rozpoczęła się w jednej z niewielkich wiosek na obrzeżach delty. Tam poznaliśmy naszego przewodnika. Jayzee uprzedził nas, że zna angielski tylko na tyle, na ile sam się nauczył, gdyż nigdy nie chodził do szkoły. Nie umiał pisać ani czytać. Ukończył jedynie miesięczny kurs przewodnika. I znał swój busz jak własny dom. Bo to był jego dom. Wioska składała się z kilku chatek ulepionych z gliny na rusztowaniu ze zużytych puszek i butelek. Kiedy Jayzee się pakował, my poznawaliśmy jego rodzinę, a Andrzej dał się wciągnąć w grę w piłkę z jednym z dzieciaków. Widać sprawiło mu to ogromną radość, bo popisywał się przed nami sztuczkami. Gdy nasz przewodnik znów się pojawił, byłam mocno zdziwiona – młody chłopak w podartych jeansach i plastikowych klapeczkach z podartym namiotem w jednej ręce i małą siatką w drugiej. Spojrzałam na mój bądź co bądź wypchany do granic możliwości plecak i zapytałam, czy jest już gotowy. Nie, musimy jeszcze skoczyć na moment do sklepu – odpowiedział. Rozpoczęliśmy wędrówkę przez piach pośród skromnych domostw, którym przyglądałam się z nieskrywaną ciekawością. Szumnie zwany wiejski sklep okazał się być blaszaną budą z dosłownie trzema półkami, na których widniało może z dziesięć artykułów na sprzedaż. Jayzee poprosił o sok i zapałki, po czym oświadczył, że jest już gotowy na wycieczkę i zaprowadził nas do swojej łodzi.

Wioska, w której mieszka Jayzee

Wioska, w której mieszka Jayzee

Przewodnik długim kijem odepchnął się od brzegu i odpłynęliśmy na krystaliczne wody Delty Okavango. Słońce łagodnie koiło i obciążało powieki, które same się zamykały. Zanurzyłam dłonie w chłodnej wodzie, która przynosiła orzeźwienie. Sunęliśmy cicho pomiędzy zaroślami i liliami wodnymi, gdzieniegdzie tylko obsranymi przez hipopotamy. Niektóre ślady były całkiem świeże, ale postanowiłam na razie się tym nie przejmować i zaufać doświadczeniu Jayzee, który prowadził nas na jedną z maleńkich wysepek delty. Tam rozłożyliśmy nasze namioty i rozpaliliśmy ognisko. Byliśmy całkiem sami, z dala od cywilizacji, w świecie, gdzie królują zwierzęta. Wieczorem mieliśmy wyruszyć na pierwszy bush walk, czyli mówiąc po naszemu – na spacer.

Kąpiel w Okavango

Kąpiel w Okavango

Miałam ze sobą tylko jedną parę spodni i dwie koszulki w kolorach ziemi, gdyż jaskrawe barwy mogłyby zwracać uwagę zwierząt. 18 wieczór, z aparatem w jednej ręce i butelką wody w drugiej wsiadłam do mokoro, którym w parę minut dotarliśmy na drugi brzeg. Najpierw Jayzee pouczył nas o zasadach bezpieczeństwa i reagowania w sytuacji, gdybyśmy na przykład spotkali lamparta. Zdziwiona zapytałam, czy przypadkiem nie zapomniał broni. Otóż nie. Przyzwyczaiłam się już, że w RPA podczas pieszych wycieczek po parku przewodnik zawsze ma ze sobą broń. W razie zagrożenia prędzej będzie strzelał w powietrze próbując odstraszyć zwierzę, ale sam ciężar strzelby na ramieniu dawał ogromne poczucie bezpieczeństwa. W Botswanie było inaczej. To my byliśmy gośćmi i musieliśmy zgodzić się na warunki, jakie dyktowała przyroda, zdani na jej łaskę lub niełaskę. Oraz doświadczenie Jayzee, który wychował się w buszu. Doskonale odnajdywał tropy hien i lwów, wyczuwał zapach padliny i znak krążących nad nami sępów, które zdradzały obecność drapieżników. Wtedy zmienialiśmy kierunek o 180 stopni i szliśmy w inną stronę. Zwierzęta z natury omijają ludzi, więc nie wchodząc im w paradę mieliśmy być bezpieczni. Podobno.

P1120814

Stado antylop gnu

Widziałam za to brykające zebry przy zachodzącym słońcu, galopujące żyrafy, które bacznie nam się przyglądały, leniwe hipki, wielkie stada gnu i innych antylop oraz wszechobecne słonie. Podczas jednego ze spacerów wycieńczona od 4-godzinnego marszu i uporczywego upału słaniałam się powoli za Jayzee. Kierowaliśmy się już do łodzi, kiedy około pół kilometra przed nami dostrzegliśmy stado słoni, które spokojnie się pasły. Uznałam to za dobrą okazję na krótki odpoczynek i wyjęłam aparat. Ustawiając go do zdjęcia zauważyłam, że mój obiekt fotograficzny zaczyna się powiększać. Spojrzałam przed siebie i zdębiałam. Całe stado ruszyło pełnym galopem prosto na nas! Zerwałam się do ucieczki, ale tylko wbiegłam na przewodnika, który wciąż szedł spokojnym krokiem przed siebie. Kiedy słonie były już niebezpiecznie blisko, w końcu i on przyspieszył lekkim truchtem odbijając w przeciwną stronę. W ten sposób zamiast uciekać, wyminęliśmy się ze słoniami znikając im z pola widzenia. Te zaś zatrzymały się w miejscu, gdzie poprzednio staliśmy i kontynuowały swoje drugie śniadanie. Podobno panikę miałam wymalowaną na twarzy. Uffff…

P1120807

P1120787

Takich pieszych wędrówek odbyliśmy z Jayzee wiele. Każdego ranka i każdego wieczora uczyłam się tropienia zwierząt i podziwiałam je z ukrycia. Przewodnik tylko pytał się, co chciałabym tym razem zobaczyć. – Zebry! A teraz żyrafy! W galopie! – odpowiadałam. Chłopak miał genialny wzrok i intuicję. Wystarczało mu 20 minut, po czym odpowiadał – Patrz, tam są. I faktycznie, gdzieś niemal na horyzoncie pośród drzew dały się dostrzec długoszyje piękności. Kolejną godzinę podchodziliśmy do nich, następne pół robiłam im zdjęcia i patrzyłam z zachwytem. Co teraz chcesz zobaczyć, Madame? – spytał Jayzee, gdy znudzone nami żyrafi odbiegły. Chciałabym igłę jeżozwierza na pamiątkę – odparłam trochę bez przemyślenia. Odpowiedź przewodnika była taka jak zawsze – Okej. Parę minut później odnalazł norę zwierza, a nieopodal w wysokiej trawie biało – czarną igłę. Byłam pod wrażeniem.

P1120841

Jestem pewna, iż gdybym poprosiła Jayzee, żeby pokazał mi lwa, nie stanowiłoby to dla niego problemu. Zwłaszcza, że pierwszej nocy wyraźnie słyszałam wyjące hieny, a tam gdzie są hieny, na pewno można spotkać i lwy. Upewniłam się o ich obecności, gdy wracaliśmy z jednego z wieczornych spacerów. Byliśmy już blisko łodzi, kiedy przewodnik zatrzymał się i pokazał mi wyraźny ślad odbity w piasku. Wielka łapa, cztery palce. Nawet ja nie miałabym problemu, żeby zidentyfikować trop. Jakiś samiec musiał przechodzić dokładnie tą samą ścieżką, którą szliśmy raptem dwie godziny wcześniej! Było już dawno po zachodzie słońca i zbliżał się czas aktywności drapieżników, więc odetchnęłam z ulgą, gdy tylko znaleźliśmy się w mokoro.

Trop lwa

Trop lwa

W ciągu dnia upał był tak męczący, że całymi popołudniami wylegiwaliśmy się w cieniu odpoczywając od nicnierobienia. Czasem poczytało się książkę, popływało w chłodnej rzece (bacząc jednak na hipki i krokodyle), czasem razem z Jayzee zasypywaliśmy się nawzajem pytaniami ciekawi swoich światów. Po wieczornym spacerze rozpalaliśmy ognisko i pichciliśmy kolację. Niebo skrzyło się milionem gwiazd, których było tak dużo, że patrząc przed siebie miałam wrażenie, że widzę okrągłość Ziemi. Wreszcie myliśmy zęby w rzece i rozchodziliśmy się do swoich namiotów. Ja pełna wrażeń szybko zasypiałam, a Jayzee czuwał i doglądał ogniska przez całą noc. Pierwsza, prócz paru hien na sąsiednich wyspach, była bardzo spokojna. Przywykłam do ich wycia już podczas praktyk w Krugerze, więc spałam jak suseł. Drugiej nocy obudziło mnie… bulgotanie. Potem coś przebiegło tuż obok mojego namiotu. Spokojnie – pomyślałam – to pewnie tylko pawiany się wygłupiają. Spróbowałam zasnąć ponownie, ale tym razem usłyszałam spadającą sporych rozmiarów gałąź. Później jakieś szelesty, hałasy i znów cisza. Wtem rozległ się ryk i przeszył mnie dreszcz. Po chwili odpowiedział mu drugi, jeszcze potężniejszy. Skuliłam się ze strachu w swoim namiocie i leżałam nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy buszu i próbując ocenić odległość. Zamarłam jak posąg, a w głowie przelatywały mi czarno-białe scenariusze. Naszą jedyną bronią był ogień, nie miałam nawet zasięgu w telefonie. Trwałam tak dobrą godzinę wychwytując wszelkie odgłosy, gdy okazało się, że może być jeszcze gorzej. Zachciało mi się siku. Ciąg dalszy przemilczę…

Nasz przewodnik gotuje pap - typowo afrykański posiłek

Nasz przewodnik gotuje pap – typowo afrykański posiłek. Za łyżkę służy ostrugana gałąź. Jedliśmy zaś palcami.

Rano okazało się, że lwy upolowały tamtej nocy osiołka, a ich porykiwania niosły się ze sporej odległości. Przyczyną mojej nieprzespanej nocy były natomiast… słonie! Naliczyliśmy około 10 samców, które odwiedziły nasze obozowisko i zajadały się zaledwie parę metrów od mojego namiotu! To się nazywa nieoczekiwany gość 🙂 Kocham Afrykę!

P1120859

Zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi - Okavango!

Zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi – Okavango!

Majestatyczny Chobe, czyli w królestwie słoni

Słońce, muzyka, śpiew, a ja w doskonałym humorze gnałam taksówką do granicy z Botswaną. Gdzieś po drodze myśliwi ćwiartowali żyrafę na niedzielny obiad, ktoś inny szedł szosą ze świeżo złowionymi rybami na rynek. Za oknami monotonny obraz spalonego słońcem buszu, z którego im dalej, tym częściej wyłaniały się one – dostojne, nieustraszone, dumne i spokojne olbrzymy. Stada słoni przywitały mnie od pierwszych chwil w magicznej Botswanie i towarzyszyły mi codziennie, dopóki nie opuściłam tego wspaniałego kraju. Podziwiałam je z rana przy śniadaniu na tarasie, gdy szukałam ochłody w basenie, a nawet gdy szłam do sklepu ulicą w centrum miasta. Widziałam ich setki, a wciąż nie mogłam się napatrzeć. Uwierzyłam natomiast, że Botswana to prawdziwe królestwo słoni – w Parku Narodowym Chobe żyje największa ich populacja w Afryce.

P1120246

P1120180

Kasane to mała mieścina na obrzeżach parku narodowego, który, w przeciwieństwie do parków w RPA, nie jest ogrodzony, więc jego granice są tylko umowne. To znaczy, że zwierzęta mogą się swobodnie przemieszczać, a guźce, pawiany, niekiedy nawet hieny czy inne drapieżniki błąkające się po miasteczku w poszukiwaniu łatwej zdobyczy nie są niczym dziwnym. Przynajmniej nie dla miejscowych, bo dla mnie z początku były. Pole namiotowe, które wybrałam, prezentowało względną czystość, a na drzewach porozwieszane były tabliczki z napisami „Uwaga krokodyle!” i „Uwaga hipopotamy!”. Mogłam tam bezpłatnie korzystać z basenu należącego do 4-gwiazdkowego hotelu obok oraz z tarasów widokowych, które zwykle emanowały pustkami. Kontemplowałam widoki do woli każdego dnia delektując się jednocześnie tanim, południowoafrykańskim winem (trzeba zaznaczyć, że jest to bardzo smaczne wino). To mi wystarczało, nie musiałam robić nic więcej. Z resztą było za gorąco, żeby choćby kiwnąć palcem. Odnalazłam swój raj i było mi tam tak dobrze, że zasiedziałam się troszkę dłużej, niż pierwotnie planowałam.

P1120646

P1120615

Z safari jeepami w Parku Narodowym Chobe pamiętam szczególnie jeden obrazek. Wczesny świt, czochrający moje włosy chłodny wiatr podnosił poziom ekscytacji. Po prawej stronie ciągnęły się rozlewiska, na których żerowały już hipki, bawoły i antylopy. Za horyzontem wschodziło ogniste słońce, a po zielonej trawie dokładnie w moim kierunku kroczyły dumnie królowe sawanny. Trzy lwice, jedna obok drugiej, z uniesioną głową, równym krokiem podążały do najbliższych drzew, aby ukryć się w cieniu i zniknąć mi z oczu. Pewnie gdy znów nastał zmierzch, wyłoniły się, by zapolować na antylopy impala pasące się nieopodal…

P1120504

P1120304

Wieczorem tego samego dnia podpłynął po nas przewodnik małą motorówką. Razem z Andrzejem wskoczyliśmy na sam dziób i odpłynęliśmy w najbardziej niesamowity rejs, jaki mogłam sobie wymarzyć. Nawet nie spodziewałam się zobaczyć takiego bogactwa przyrody w jednym miejscu! Doskonałe oko przewodnika nawet z daleka dostrzegało najdrobniejszy ruch na powierzchni wody lub na naturalnych wysepkach. Słonie kąpały się w rzece i rozkoszowały soczystą zielenią, hipki zaś weszły w bardziej romantyczny nastrój – po raz pierwszy widziałam je kopulujące w naturze ( w zasadzie to mało co widziałam, bo robią to w wodzie, z resztą zbyt długo to nie trwało 😉 ). Za zakochaną parą krokodyl prezentował swoją paszczę, zaś bawoły zażywały błotnego spa z udziałem ptaków bąkojadów, które oczyszczały ich sierść z pasożytów. Na skraju rzeki rybołów wypatrywał zapewne swej przyszłej ofiary, a w oddali z gracją kroczyły żyrafy. Na domiar wszystko to działo się jednej chwili dookoła mnie, a nawet nade mną. Takiej różnorodności przyrody w całej jej okazałości jeszcze nigdy dotąd nie miałam szczęścia oglądać. Jest to niewątpliwa zaleta zwiedzania Botswany porą suchą, gdyż wówczas całe dzikie życie koncentruje się wokół nielicznych zbiorników wody, dzięki czemu tak łatwo się je obserwuje.

P1120288

P1120520

P1120536

Pozycja na hipka 😉 a w tle krokodyl i słonie

Kasane nie chciało mnie łatwo wypuścić. Kiedy już się napatrzyłam na te wszystkie cuda, kiedy nabrałam sił do kontynuowania włóczęgi i postanowiłam ruszyć w dalszą wędrówkę… okazało się, że w lokalnych autobusach nie ma miejsca dla dwóch białych z dużymi plecakami, bo jest święto niepodległości i ludzie jadą do rodzin. Żadna linia lotnicza nie miała miejsca na pokładzie swojego samolotu. Autostopem też nikt nie chciał nas zabrać – zrezygnowaliśmy po godzinie stania upieczeni na skwar. W tym czasie przejechały cztery samochody osobowe i dwie ciężarówki. Zdezorientowani pytaliśmy ludzi o radę, w restauracji, w hotelu, w biurach. Wreszcie okazało się, że ktoś zna kogoś, kto zna człowieka, który nazajutrz jedzie do Maun. Po kilku telefonach udało się namierzyć Pana, który za „drobną” opłatą zgodził się zabrać nas ze sobą. Umówiliśmy się na  4 rano i niepewni, czy facet dotrzyma słowa, cieszyliśmy się jeszcze jednym dniem po wschodniej stronie wspaniałego Parku Chobe.

P1120578

Mgła, która grzmi

David Livingstone mówił: Widok tak piękny, że muszą się w niego wpatrywać aniołowie w locie. Wodospady Wiktorii, jeden z siedmiu cudów natury, rozciągają się na szerokości 1,7 km. Można się nimi zachwycać od strony Zambii oraz Zimbabwe, gdyż znajdują się dokładnie na granicy tych dwóch państw. I chociaż w porze suchej, w której miałam okazję je podziwiać, spada ledwie niewielki procent wody w porównaniu z porą deszczową, to i tak trudno było mi oderwać wzrok od tej potęgi. Co więcej, razem z Andrzejem, który dołączył do mnie w połowie wyprawy, byliśmy jedynymi turystami w parku! Spodziewałam się tłumów na miarę Machu Picchu, które dziennie odwiedza 5 tysięcy osób i to tylko dlatego, że wprowadzono takie ograniczenie, a tymczasem… spokój, rześkie powietrze, piękne ptaki i kojący, rytmiczny szum. Błogość!

Mgła, która grzmi - tak w lokalnym języku nazywane są Wodospady Wiktorii

Mgła, która grzmi – tak w lokalnym języku nazywane są Wodospady Wiktorii

Wzdłuż rozpadliny, z której spływa wodospad, wśród egzotycznej roślinności utworzona jest ścieżka prowadząca do kolejnych tarasów. Z nich zaś z rozmaitych perspektyw rozpościera się widok na cud i Zambię po drugiej stronie. Chociaż odległość nie jest tak duża, to jednak drugi brzeg jest ledwo widoczny, a to z powodu kropli wody, które spadając, odbijają się od tafli i unoszą z powrotem do góry na wiele metrów. Stojąc blisko można doświadczyć orzeźwiającego prysznica z rzeki Zambezi, która tam wpada. Zwłaszcza ostatni taras pozwala znacznie zbliżyć się do krawędzi. Spędziłam tam grubo ponad godzinę, kontemplując widok i odprężając się tak, jak można tylko na łonie natury. Wschodzące słońce grzało mnie w plecy, a gdy całkowicie wzeszło, nad wodospadem pojawiła się tęcza. Za nią kolejna. A za nimi pierwsi turyści. Jednak przez dłuższą chwilę miałam cały wielki wodospad tylko dla siebie i bardzo to doceniam.

P1110966

Tęczowy wodospad

P1120043

Październik to najgorętszy miesiąc w Zimbabwe. Jeśli kiedykolwiek narzekałam na upał, to dopiero wtedy przekonałam się, czym jest prawdziwy gorąc. Moja skóra wyschła na wiór i nie pomagały mi żadne kremy. Z resztą kosmetyki, nawet jeśli leżały w cieniu, to były nagrzane tak, że żel do mycia musiałam najpierw chłodzić zimną wodą, bo inaczej parzył moje ciało. W samo południe w namiocie nie dało się wytrzymać, więc wzięłam przykład z hipciów i moczyłam się w basenie popijając słodki cydr (tego hipki mogą jeszcze nie znać). Wieczorem natomiast wybrałam się na rejs rzeką o wdzięcznej nazwie Zambezi, podczas którego wreszcie mogłam nabrać oddechu i cieszyć się tętniącą życiem przyrodą przy zachodzącym słońcu. Pożegnałam się wtedy z Zimbabwe i następnego dnia pojechałam do Botswany, która już od granicy przywitała mnie stadami słoni.

P1120007

Zimbabwe – biedny, drogi kraj

Bulawayo to drugie po Harare największe miasto w Zimbabwe. Nie ma zbyt wiele do zaoferowania przyjezdnym, dlatego turyści rzadko tam zaglądają. Ja również uznałam je tylko za przystanek na odpoczynek przed dalszą drogą. W przeciwieństwie do zmiksowanego pod względem etnicznym RPA, w którym żadna kultura nie robi na nikim wrażenia, w Zimbabwe od razu poczułam, że moja blada twarz przyciąga uwagę. Jeszcze nie wysiadłam z autobusu, a już byłam powodem kłótni taksówkarzy, z których każdy chciał zaoferować mi swoje usługi. Było samo południe, skwar już dawał się we znaki – w końcu rozpoczynał się najgorętszy miesiąc w tym regionie. Niechętnie czułam od siebie własny smród i byłam padnięta po wyczerpującej, pełnej emocji podróży. Podeszłam do Pana, który pierwszy mnie wypatrzył i chwilę się z nim potargowałam, jednak bez żadnego sukcesu, po czym poddałam się i podreptałam za nim do samochodu.

Ratusz w centrum Bulawayo - pozostałości kolonialnej zabudowy

Ratusz w centrum Bulawayo – pozostałości kolonialnej zabudowy

Pan taksówkarz miał skromne autko i bardzo szeroki uśmiech. Nie wiem, czy to tylko pozory i gra przed przyjezdnym, czy ten ubogi człowiek naprawdę był tak szczęśliwą osobą, ale jego pogoda ducha wywarła na mnie wrażenie. Słyszałam już wcześniej, że Zimbabweńczycy to bardzo przyjazny naród. Oczy kierowcy emanowały radością, a afrykańskie bębenki w radiu włączonym na full wróciły we mnie pozytywną energię. Jestem na wakacjach, a to jest to, czego szukałam – prawdziwa czarna Afryka! – pomyślałam. Czułam, że nadchodzi Ona – moja Przygoda 🙂 Kierowca podjechał na stację, zatankował za 3$ i podwiózł mnie za trzy razy tyle do jedynego w mieście hostelu dla podróżnych z niskim budżetem (pokój 15-25$). Żegnaliśmy się długo, po czym wreszcie mogłam oddać się rozkoszy zimnego prysznica, upichcić coś a’la spaghetti i ułożyć do snu w mojej małej celi.

Ręcznie wykonane afrykańskie pamiątki nie cieszyły się zainteresowaniem. Trudno się dziwić - przez cały dzień nie spotkałam w mieście żadnego podróżnika.

Ręcznie wykonane afrykańskie pamiątki nie cieszyły się zainteresowaniem. Trudno się dziwić – przez cały dzień nie spotkałam w mieście żadnego podróżnika.

Nazajutrz pełna sił i ciekawości świata ruszyłam w dalszą drogę. Nie powiem, żebym radziła sobie świetnie. Dłuższą chwilę błądziłam po mieście szukając właściwego autobusu, a miejscowi nie byli zbytnio pomocni. Wręcz przeciwnie, widząc we mnie żywe dolary i okazję do łatwego zarobku, proponowali mi swoje usługi i zaciągali do najróżniejszych sklepików. Niełatwo było mi się w odnaleźć w tym bałaganie, a w efekcie dałam się oszukać na ponad 20$. Biorąc pod uwagę mój skromny budżet postawiłam wziąć się w garść, zwiększyć czujność i włączyć pierwszy alarm programu oszczędzania. Nie zmienia to faktu, że zjadłam skromny obiad w jednym z fast foodów za 15$ i kupiłam bilet na autobus za 30$. Spędziłam dobre 40 minut w kolejce do bankomatu – dwukrotnie. Chociaż czytałam już wcześniej o Zimbabwe, gdy przygotowywałam się do podróży, to jednak nie spodziewałam się aż takich wydatków w, jakby nie patrzeć, biednym, afrykańskim kraju. Nawet przewodnik Lonely Planet okazał się być tym razem wyjątkowo nieprzydatny – zauważyłam, że podane w nim ceny z 2011 roku wzrosły nawet o 50%!

Przedmieścia - tutaj jeszcze "luksusowe", murowane domki

Przedmieścia – tutaj jeszcze „luksusowe”, murowane domki

Jeszcze parę lat temu w Zimbabwe panowała hiperinflacja, a 1 polski złoty wart był 8 miliardów dolarów zimbabweńskich. W 2009 roku waluta ta przestała obowiązywać i wprowadzono dolary amerykańskie. To tłumaczy ceny, które mnie wydały się spore, więc dla wielu miejscowych Afrykanów muszą być kosmiczne. Zimbabwe w moim odczuciu to piękny, dziki kraj z wielkim potencjałem. Turystyka jest jednak uśpiona, w Victoria Falls po godzinie 20 wszystkie restauracje były pozamykane, a jedyna główna ulica miasteczka świeciła pustkami. Malaria, słaba infrastruktura, niepewna sytuacja polityczna pod rządami prezydenta Roberta Mugabe od lat wybieranego w nielegalnych wyborach, bezprawie i drożyzna na pewno nie zachęcają do podróży po Zimbabwe. Mimo pewnych trudności nie żałuję jednak przebytej drogi i nie patrzę wstecz. Tamte doświadczenia wiele mi uświadomiły.

Kto by się połapał w tych zerach...

Kto by się połapał w tych zerach…

1300 km za plecami – późnym wieczorem dojechałam wreszcie do Victoria Falls, maleńkiego miasteczka położonego, jak sama nazwa wskazuje, przy samych Wodospadach Wiktorii. Poziom ekscytacji wzrósł jeszcze bardziej, gdy w ciemnościach po omacku rozkładałam swój namiot w tle słysząc potężny szum spadającej wody, tak jakby była tuż za moimi plecami. Zaplanowałam wczesną pobudkę i śniadanie przy wschodzie słońca nad wodospadami. Prawie mi się to udało.

Pomnik odkrywcy Davida Livingstone'a nad rzeką Zambezi

Pomnik odkrywcy Davida Livingstone’a nad rzeką Zambezi

Prawie, bo znowu mój portfel świecił pustkami i spędziłam pół godziny szukając bankomatu, który obsługuje mało popularną Visę. Kolejne 20 minut tłumaczyłam serdecznemu Panu, że nie chcę kupić od niego tryliona dolarów zimbabweńskich za jednego amerykańskiego ani dwóch drewnianych żyrafek. Gdy już wreszcie dotarłam do kas, ospała kasjerka dłuższą chwilę szukała czegoś pod ladą plotkując z koleżanką. Słońce wzniosło się już nad horyzont, a mnie uciekał czas. Możliwe, że to była moja jedyna okazja w życiu zobaczyć opiewany przez doktora Livingstone’a cud natury, więc zależało mi, żeby jak najszybciej opłacić 30$ wstępu i znaleźć się wreszcie za bramkami. Gdy tylko dostałam swój bilet, wskoczyłam pędem do środka i… zgubiłam się na moment w gęstwinie bujnej, egzotycznej roślinności. Podążając jednak za hukiem wodospadu, dotarłam na pierwszy z 16-stu tarasów i… rażona promieniami górującego słońca oślepłam na jedną, małą sekundę. Gdy wreszcie przejrzałam na oczy, oniemiałam z zachwytu.

To tylko niewielki fragment wspaniałych Wodospadów Wiktorii

To tylko niewielki fragment wspaniałych Wodospadów Wiktorii

Dlaczego należy omijać Beitbridge

Praktyki w Parku Krugera były niezwykle intensywne pod względem nowych doświadczeń. Uczestniczyłam czynnie w łapaniu hien oraz ponad trzydziestu nosorożców i nauczyłam się zasad znieczulania tych gatunków. Brałam udział w badaniach dotyczących gruźlicy w parku oraz w konferencji naukowców  prowadzących te badania, którzy debatowali nad przyszłością zwierząt  i niezbędnymi krokami, które muszą być podjęte przez współpracujących ze sobą weterynarzy. Dwukrotnie byliśmy wzywani przez turystów, którzy podczas safari dostrzegli ranne od postrzału nosorożce. Jednemu udało się pomóc, drugi uciekł i nie dał się złapać, co jednak daje nadzieję, że był w dobrej kondycji i prawdopodobnie poradzi sobie sam. Pomagałam zasadzić pułapkę na lamparta, który polował niebezpiecznie blisko ludzkich domów i trzeba było go przenieść. Natomiast w czasie wolnym od pracy razem z Jo i Tiną jeździłam po parku wypatrując dzikich zwierząt. Podglądałam lamparta ze świeżo upolowaną ofiarą i zebrę pożeraną przez sępy. Słyszałam ryk młodego lwa, który dopiero opuścił stado. Zostałam pogoniona przez słonie i uwięziona przez pawiany walczące na dachu samochodu. Utknęłam w półgodzinnym korku za gigantycznym stadem bawołów ciągnących do wodopoju i wsłuchiwałam się w wycie hien, które co noc kołysało mnie do snu. Wieczorami zaś czekałam na zachód słońca przy ulubionym jeziorku, gdzie kąpały się i chrumkały całe rodziny hipopotamów, obok których miejscowi wędkarze spokojnie łowili ryby. Było przecudownie! Kochałam każdą jedną sekundę spędzoną w Krugerze, a gdy przyszło się żegnać, łzy stanęły mi w oczach. Nie chciałam jeszcze wyjeżdżać, ale czekały już na mnie kolejne przygody.

1235108_488605324568572_477787963_n

581620_488970731198698_1533858676_n

1382021_501415469954224_947220205_n

1375720_501415483287556_222568219_n

Stado bawołów przy wodopoju. Przy tym powiększeniu jest to niewidoczne, ale po drugiej stronie rzeki wylegiwały się hipki, a pod jednym z krzaków odpoczywały lwy 🙂

Dopiero ostatniego dnia, gdy wyjeżdżałam z parku, udało mi się zobaczyć stadko likaonów.

Dopiero ostatniego dnia, gdy wyjeżdżałam z parku, udało mi się zobaczyć sforę likaonów.

* Po więcej zdjęć zapraszam do galerii na facebooku.

Wróciłam do Johannesburga, wyprałam ciuchy, przepakowałam plecak i wsiadłam do autobusu, który miał mnie w 14 godzin zabrać do Bulawayo w Zimbabwe. Wybrałam go spośród wielu innych przewoźników, bo według rozkładu jechał najkrócej, choć jakoś nie zastanowiło mnie wtedy, że był przy tym najtańszy. Wyjechaliśmy już na samym początku z godzinnym opóźnieniem. Wśród pasażerów nie było żadnego turysty ani białego, wszyscy mieli ze sobą wielkie torby i siaty wypchane dobytkiem do granic możliwości. Były tam nawet plastikowe kosze i pudełko z żywymi kurczaczkami. Jako, że nie wszystko zmieściło się do bagażnika, część załadunku kierowcy upchali pomiędzy pasażerami, nad ich głowami oraz pod siedzeniami. Było ciasno. Bardzo. I duszno. Zanim wyjechaliśmy, zdążyłam już dostać reprymendę, że zajmuję czyjeś miejsce. Okazało się, że do dziś nie wiem dlaczego, wszyscy mieli miejscówki oprócz mnie. W sumie musiałam się przesiadać trzy razy, tłumacząc, że nie wiem, o co chodzi i nie rozumiem po miejscowemu (nie wiem, jakim dialektem się posługiwali, ale podejrzewam, że różnymi, w końcu w samym RPA jest kilkanaście języków).

zimbabwe-2011-2012-164

Ledwo mieściłam się w swoim siedzeniu, ale powtarzałam sobie w myśli, że to tylko 14 godzin. Przecież jechałam dwa razy dłużej w Peru lawirując nad przepaściami w Andach, więc co to dla mnie. Nie jestem jednak pewna, czy zdecydowałabym się na tą podróż, gdybym wiedziała, co mnie czeka. Do granicy dojechaliśmy w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć głośnych krzyków afrykańskich kobiet, które ledwo mieściły się na swoich siedzeniach (zajmując przy tym część mojego :/), płaczu ich dzieci, walających się po całym autobusie śmieci i uporczywego smrodu. Raz w jednej z wiosek, przez które przejeżdżaliśmy, wsiadł ksiądz i poprowadził modlitwę, a Pani obok szturchnęła mnie łokciem demonstrując, że mam pochylić głowę i złożyć ręce tak jak ona. Poza tym wszystko było okej. Do czasu.

Tłumy na granicy

Tłumy na granicy

O 1 w nocy dojechaliśmy do granicy RPA z Zimbabwe w Beitbridge. Jak się później dowiedziałam, turyści omijają z daleka to przejście, które jest królestwem korupcji i przemytu kości słoniowej, rogu nosorożców, broni i nie wiadomo czego jeszcze. Jak wspominam nasz przeładowany autobus, to aż boję się pomyśleć, co mogło być w tych wielkich torbach. Sytuacja z mojego punktu widzenia nie wyglądała ciekawie – ciemno, środek nocy, ja jedna i kilkuset czarnoskórych, którzy próbują pokonać granicę i są przy tym bardzo głośni. Schowałam to, co miałam najcenniejsze, czyli kartę kredytową, aparat, paszport i przemknęłam przez zdenerwowany, rozkrzyczany tłum do biura imigracji. Nie mam pojęcia, o czym rozmawiali, ale czuć było nerwową atmosferę, więc starałam się nie rzucać w oczy, choć z moim kolorem skóry nie było to łatwe. Prawdę mówiąc, miałam ochotę zapaść się pod ziemię i zniknąć…

Biuro imigracyjne

Biuro imigracyjne

Mam wrażenie, że im szybciej starałam się wypełnić niezbędne formalności, aby otrzymać wizę, tym dłużej to wszystko trwało. Urzędnicy byli tak uprzejmi, jak i powolni. Pozostali pasażerowie autobusu byli obywatelami Zimbabwe, więc dostali pieczątki od ręki. Bałam się, że odjadą beze mnie, więc gdy w końcu dostałam swój paszport z powrotem, popędziłam zaniepokojona na parking. Nie wiedziałam jeszcze, że przyjdzie mi spędzić tam kolejne 6 godzin! Pierwsza kontrola – trzeba było wyjąć cały załadunek autokaru. Zostaliśmy ustawieni w kolejce, każdy obok swojego bagażu. Dwie godziny czekaliśmy na strażnika, który przeszedł się obok, otworzył parę walizek i worków, jedna pani się popłakała, po czym znów wynikła kłótnia, a kierowca zniknął na kolejne dwie godziny. W tym czasie zdążyliśmy upchnąć wszystkie bambetle z powrotem do bagażnika oraz we wszelkie możliwe zakamarki. Władowaliśmy się na swoje miejsca i o 5 rano ruszyliśmy. Przejechaliśmy… może z 200 metrów. Na kolejną kontrolę, po drugiej stronie granicy. Wytaszczyliśmy się z autokaru, ustawiliśmy grzecznie w kolejce i czekaliśmy sennie aż jakiś strażnik raczy sprawdzić nam paszporty. Byłam już i tak okropnie brudna od stania w tumanach kurzu, więc usiadłam na ziemi i patrzyłam na snujące się osły oraz wschodzące słońce trzęsąc się z zimna i zastanawiając, jak długo jeszcze to wszystko potrwa. Wtedy nadszedł pan mundurowy, spojrzał z daleka na umęczonych ludzi i chyba jakimś skanerem w oczach sprawdził nasze dokumenty, bo tylko skinął ręką i kazał jechać. Sześć godzin później z „lekkim” opóźnieniem i ledwo trzymając się na nogach wysiadłam w Bulawayo – drugim największym mieście w Zimbabwe.

Zebra pożerana przez sępy w Parku Narodowym Krugera

Zebra pożerana przez sępy w Parku Narodowym Krugera

*Ponieważ w obawie o utratę aparatu w Beitbridge nie zrobiłam tam żadnego zdjęcia, wszystkie zamieszczone tu fotografie z przejścia granicznego pochodzą z Internetu.

Afryka z lotu ptaka

Akcja przeprowadzki nosorożców, o której pisałam w poprzednim poście, nie ukrywając, była bardzo kosztownym przedsięwzięciem. Jej realizacja byłaby trudna bez wsparcia osób postronnych. Nie wiem, w jakim stopniu dokłada się do tego południowoafrykański rząd, ale sporą część wydatków pokrywali… turyści. Zamożni przedsiębiorcy, którzy mieli ochotę wyskoczyć na weekend i przeżyć przygodę, mogli towarzyszyć nam w akcji i robić zdjęcia. Oczywiście za sporą opłatą. Natomiast ci jeszcze bogatsi podglądali nas z powietrza. Z przodu helikoptera siedział pilot i weterynarz, który wychylał się niebezpiecznie, gdy obierał cel. Za nimi natomiast były jeszcze 4 miejsca dla pasażerów, zawsze zajęte. Nawet nie wiem, ile kosztowała taka przyjemność, ale zważywszy, że zwykłe safari helikopterem, który tylko zatoczy kółko nad parkiem, kosztuje około 1500 zł za 15 minut, to sądzę, że naprawdę sporo.

Helikopter i dwa nosorożce już trafione strzałką

Helikopter i dwa nosorożce już trafione strzałką

Pomagam wciągać nosorożca do konteneru, w którym pojedzie do nowego parku

Pomagam wciągać nosorożca do konteneru, w którym pojedzie do nowego parku

Znów jednak dopisało mi szczęście. Jednego dnia były dwa wolne miejsca w helikopterze i dr Buss zaproponował, że razem z drugą studentką Jo możemy lecieć razem z nim. Może to śmieszne, ale z podniecenia nie mogłam zasnąć pół nocy! 🙂

Tuż przed startem :)

Tuż przed startem 🙂

Podczas gdy cała reszta musiała się wcześnie zrywać z łóżek i o 3 rano cały sznur samochodów terenowych oraz ciężarówek przetaczał się przez busz, ja mogłam się wreszcie wyspać i wyruszyć dopiero w ostatniej chwili. Razem z doktorem pojechaliśmy na małe lotnisko w Krugerze, gdzie już czekał na nas kolorowy helikopter i jego pilot. Zajęłam miejsce z przodu i przeszedł mnie dreszczyk emocji, gdy tylko zaczęliśmy wznosić się w powietrze wykonując przy tym ostry skręt i przechylając się prawie o 90 stopni.

Lecimy!

Lecimy!

P1110754

5 rano, słońce dopiero wschodziło rozświetlając sawannę swoją ognisto – czerwoną poświatą. Nie wiem, czy znajdę takie słowa, które oddadzą piękno tamtych widoków, wspaniałych przeżyć. Okna w helikopterze były mocno porysowane i matowe, więc zdjęcia nie wyszły najlepiej. Jednak… po raz pierwszy słonie wydały mi się małe, gdy całe stado przepłoszone rozbiegło się tuż pod nami. Tylko jeden wielki samiec pozostał niewzruszony i spoglądał w górę unosząc swoje potężne kły, zupełnie jakby chciał dać nam do zrozumienia, że on jest tu szefem i dba o bezpieczeństwo swoich krewnych. Dalej stado antylop gnu i zebr galopowało ile sił przez busz. Wystające ponad korony drzew antenki to żyrafy, które również przestraszyły się hałasu śmigieł. Słońce wyszło wreszcie zza horyzontu. Wylądowaliśmy, koniec wycieczki. Trzeba było wracać do pracy i złapać kilka nosorożców.

Dzień dobry

Dzień dobry

Przygarnij nosorożca! Potrzebny pilnie bezpieczny dom

Pisałam rok temu podczas pierwszej wyprawy do RPA o tragedii, która dotknęła spotkane przeze mnie nosorożce. Zupełnym przypadkiem parę tygodni później miałam okazję opiekować się małym „noskiem”, którego matkę spotkał podobny los, z tym, że ona nie przeżyła ataku i maluch musiał trafić do sierocińca. Wróciłam do tych wspomnień i okazuje się, że pisałam wtedy, iż około 400 nosorożców ginie rocznie z rąk kłusowników, aby wylądować na azjatyckich rynkach. Byłam tam w lutym 2012, a więc raptem półtora roku temu. To straszne, jak zmieniły się statystyki przez ten krótki czas. Tylko w tym roku (a mamy dopiero początek listopada), tylko w Parku Krugera bestialsko zamordowano ponad 700 nosorożców! To znaczy, że codziennie giną średnio 2-3 z nich. Rodzi się znacznie mniej, bo młode pozostaje u boki matki nawet do 3-4 lat. W dzisiejszych czasach ma jednakże coraz mniejsze szanse na przetrwanie – może zginąć jeszcze zanim zdąży mu wyrosnąć porządny róg. Nie mieści mi się to w głowie.

Afryka bez nosorożców byłaby tak samo przykra, jak bez słoni, lwów czy lampartów. To dzikie zwierzęta czynią ją tak niezwykłą na tle reszty świata.

Afryka bez nosorożców byłaby tak samo przykra, jak bez słoni, lwów czy lampartów. To dzikie zwierzęta czynią ją tak niezwykłym kontynentem.

Tym bardziej mogę powiedzieć, że był to zaszczyt pracować z tak niezwykłymi stworzeniami. Tylko od nas zależy czy nosorożce przetrwają, czy też przejdą do legend, dlatego z wielkim zapałem podeszłam do akcji „przeprowadzki”. Park Narodowy Krugera to ponad 2 mln hektarów powierzchni, na której toczy się codzienne życie tysięcy zwierząt. O ile kłusownicy są doskonale uzbrojeni w sprzęt militarny, o tyle strażnicy parku już nieszczególnie, dlatego skuteczne monitorowanie tak dużego obszaru jest, jak udowadniają liczby, praktycznie niemożliwe. Przynajmniej nie z tak słabym wyposażeniem. Jednakże RPA to nie jeden, a dziesiątki parków, z których większość to prywatne tereny, które nie bez powodu przyciągają turystów z całego świata. Są znacznie mniejsze, ale przez to bezpieczniejsze dla żyjących tam zwierząt. Dlatego właśnie częściowo przenosi się je z nadzieją na zapewnienie im spokojnej oazy, gdzie szanse na tragiczny koniec maleją, choć oczywiście wciąż istnieją.

Róg nosorożca to już nie tylko element chińskich wierzeń w jego leczniczą moc. Ostatnio coraz częściej to też modny "narkotyk" na imprezach azjatyckich milionerów i ekskluzywne remedium na... kaca.

Róg nosorożca to już nie tylko element chińskich wierzeń w jego leczniczą moc. Ostatnio coraz częściej to też modny „narkotyk” na imprezach azjatyckich milionerów i ekskluzywne remedium na… kaca.

W pięć dni mieliśmy przetransportować 30 nosorożców do innych parków. Pamiętam, że na początku okropnie się stresowałam, ale pod koniec tygodnia nabrałam już wprawy i czułam się pewnie. W akcję zaangażowanych było około 30 osób. Zaczynaliśmy bardzo wcześnie, bo około 3 nad ranem. Dom, w którym mieszkałam, był ogrodzony i choć do weterynarzy miałam raptem około 100 metrów od bramy, to o tej porze nawet tak krótki odcinek musiałam pokonać samochodem. W okolicy kręciło się mnóstwo hien, które ujadały przez całą noc, a niedawno lampart zostawił zwłoki upolowanej antylopy w okolicy, więc nie były to przesadne środki ostrożności. Na miejscu pomagałam załadować cały ekwipunek weterynaryjny i wskakiwałam na pakę pick’upa. Było jeszcze zimno, więc otulona w jedyną bluzę i kurtkę, jaką zabrałam do Afryki (kto by się spodziewał, że będą potrzebne?), mknęłam razem z resztą ekipy przez ciemny busz. Niekiedy z drzemki wyrywało mnie ostre hamowanie, które znaczyło, że mamy gości. Raz stado bawołów akurat przechodziło na drugą stronę, to likaony zajęte swoimi sprawami przebiegły przed maską, innym razem zaś trzy dorosłe lwice niechętnie ustąpiły nam drogi. Jechaliśmy dalej. Dopiero, gdy znad rozwianej roślinności ukazywał się helikopter, hałas jego śmigieł sygnalizował, że jesteśmy na miejscu.

Ekipa gotowa do akcji!

Ekipa gotowa do akcji!

Wtedy wszystko nabierało tempa. Ludzie wyskakiwali z aut chwytając liny, pudła z lekami, kubły z wodą, ręczniki i inne „przybory” do łapania nosorożców. Każdy miał swoje zadanie do wykonania: jedni dbali, żeby zwierzę się nie przegrzało, inni wwiercali mikroczipy do rogu. Ja miałam za zadanie jak najszybciej zebrać wszystkie próbki, które po powrocie analizowałam w laboratorium, a więc włosy, tkankę z ucha, krew, kał i kleszcze. Monitorowałam funkcje życiowe znieczulonych zwierząt i podawałam środek odwracający działanie anestetyków. Matki były przenoszone razem ze swoim potomstwem, więc niekiedy musiałam obsługiwać dwóch pacjentów na raz, ale byłam członkiem doświadczonego zespołu, więc mogłam zawsze liczyć na czyjeś wsparcie. Ależ to były emocje!

Pobieram krew - musiałam napełnić aż 12 probówek. Na uchu prościej było trafić w naczynie, na nodze za to lepsze ciśnienie pozwalało szybciej napełnić probówki, ale żyły trzeba było szukać "po omacku".

Pobieram krew – musiałam napełnić aż 12 probówek.

Zbieram kleszcze

Zbieram kleszcze

Mama z małym

Mama z małym

Pobieram kał

Pobieram kał

Aby przebić igłą tak grubą skórę musiałam używać obu rąk.

Aby przebić igłą tak grubą skórę musiałam używać obu rąk.

Weterynarz, który znieczulał nosorożce, strzelał do nich z helikoptera bardzo silnym środkiem zwanym etorfiną (M99) – opioidem o mocy morfiny razy tysiąc. Nawet jedna kropla tego leku przypadkowo rozlana na skórę jest w stanie zabić człowieka (o ile w porę nie poda się antidotum), więc trzeba było się z nim obchodzić ze szczególną ostrożnością. Ja wolałam trzymać się z daleka, ponieważ nie ufam sobie jeszcze na tyle, żeby brać do rąk tak niebezpieczną substancję. Jednakże dla miejscowych weterynarzy to codzienność, które nie wywiera już żadnego wrażenia. Dr Buss nawet nabierał lek bez rękawiczek twierdząc, że z gołymi rękami zwiększa swoją czujność. Cóż… każdy ma swoje metody. Kiedy spytałam go, czy zdarzyło mu się kiedykolwiek rozlać M99 na siebie, ze stoickim spokojem odparł, że owszem tak, kiedy nabierał lek w trakcie lotu helikopterem, którym nagle zatrzęsło. W ogóle to wszyscy weterynarze dzikich zwierząt, których zna, przeżyli podobne zagrożenie. Ja jednak wolałam nie ryzykować.

Strzałka ze środkiem znieczulającym

Specjalna strzykawka ze środkiem znieczulającym

Okazało się, że moje chcenie w rzeczywistości niekoniecznie mogło mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy grupa ludzi próbowała przewrócić jednego z nosorożców na drugą stronę, bez namysłu podbiegłam z pomocą. Pchałam ile sił, nie patrząc na to, że miałam zakrwawione ręce – przecież i tak byłam już cała brudna – pomyślałam. Kiedy wreszcie udało nam się obrócić ciężkie zwierzę, uderzyła we mnie paraliżująca myśl: dotykałam nosorożca w okolicy zadu, dokładnie tam, gdzie przed chwilą była strzałka z etorfiną, a krew na moich rękach pochodzi z rany postrzałowej. Teoretycznie więc może być tam śladowa ilość leku, który nie zdążył się wchłonąć. Nawet taka mała ilość może być dla mnie śmiertelnie niebezpieczna. Spojrzałam z trwogą na Dr Buss’a i chyba miałam bardzo przerażoną minę, bo nie musiałam nic mówić, żeby załapał, co chodzi mi po głowie. Zapytał jak się czuję, kazał mi obmyć ręce ciepłą wodą i stwierdził, że powinno być „okej”. Nie uspokoiło mnie to i przez najbliższe dziesięć minut analizowałam, czy czuję się słabo i jakoś tak dziwnie, bo jednak coś się dzieje, czy po prostu jest to efekt stresu (a nawet paniki). Minęło pół godziny i… nic. Żyłam, czułam się świetnie. Chwilowe wątpliwości zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Stwierdziłam w duchu, że mimo wszystko nadal chcę być weterynarzem dzikich zwierząt. Jak to mówią, jest ryzyko, jest zabawa.

DSCN2166

Kartka z dziennika wolontariusza w Afryce

Ot, taki zwyczajny dzień w afrykańskim buszu. Wtorek, środa czy czwartek, tego nie wiem, nie liczyłam czasu. Budzik dzwonił bezlitośnie o 5.31 rano, bo lubię dać sobie minutę więcej snu (jakieś takie przyzwyczajenie). Szybka toaleta i po omacku wrzucałam na siebie ciuchy robocze – 10 minut wystarczyło, żeby być gotowym do karmienia zwierząt. Po drodze odwiedzałam koty (lwy oraz lamparty) i nalewałam im świeżej wody, podobnie u Deli – dwuletniej samicy nosorożca. Do przydziału dostałam też ptaki drapieżne, którym każdego dnia przygotowywałam w psich miskach specjały z kurczaczków. Nie należało to do moich ulubionych zajęć, ale pocieszałam się, że za pół godziny będę się delektować wyśmienitym śniadaniem, takim, jakie można zjeść chyba tylko w RPA. Cóż, nie ukrywam, że jedzenie wyjątkowo bardzo mi tam smakowało 🙂 Tak więc dzień zaczynałam od góry soczystych owoców z jogurtem i lodami, co wprawiało mnie w wyśmienity nastrój.

Kuglarz czczony jest przez afrykańskie plemiona jako symbol szczęścia.

Później to już bywało różnie, każdy dostawał swój przydział obowiązków, a niekiedy wszyscy byliśmy zaangażowani np. w łapanie krokodyla, o czym już pisałam. Ponieważ wówczas byłam jedyną wolontariuszką, która miała związek z weterynarią, wobec tego miałam szczęście asystować weterynarzowi i czuwać nad zdrowiem pacjentów w szpitalu. Już pierwszego dnia w Moholoholo uczyłam się ładować broń, którą następnie szczepiliśmy gepardy. Robi się to tak, jak na zdjęciu poniżej:

broń załadowana

cel -pal! i kotek zaszczepiony

W skromnej klinice oprócz mojego małego nosorożca przebywały jeszcze inne maleństwa, z których każdy miał swojego opiekuna. Zajmowałam się również młodą antylopką, która miała złamaną nogę. Dostała opatrunek usztywniający, który zmieniałam co parę dni, a także karmiłam ją mlekiem i podawałam antybiotyk. Była jeszcze bardzo malutka, prawdopodobnie potrącił ja samochód. Na szczęście, kiedy wyjeżdżałam, jej stan znacznie się polepszył, mam więc nadzieję, że wyzdrowieje na tyle, aby móc żyć na wolności. Jeśli jednak nie będzie na tyle sprawna, aby uciekać przed drapieżcami, to z pewnoscią będzie mogła wieść beztroski żywot na terenie ośrodka. Przebywa tam bowiem mnóstwo antylop różnych gatunków, które niemalże włażą do domu wolontariuszy lub przechadzają się po tarasie i zaglądają przez okna.

młoda antylopa ze złamaną nogą

przed domem wolontariuszy biegały króliki, antylopy i góralki

W Moholoholo można poznać z bliska nie tylko roślino- i mięsożerców, ale także… padlinożerców – hieny i sępy. Jeśli chodzi o te drugie, to ich populacja w ostatnich czasach znacznie podupadła na liczebności, oczywiście na skutek działalności człowieka. Z jednej strony przyczyniają się do tego wierzenia dzikich plemion afrykańskich, gdzie zjada się fragmenty ciał tych ptaków lub wróży przyszłość z ich wnętrzności. Niebezpieczeństwo czyha na nie również ze strony słupów i drutów elektrycznych. Najistotniejsze znaczenie mają jednak zatrucia. Sępy, jako wrażliwe na różne grupy leków, padają z powodu jedzenia wcześniej leczonego nimi bydła. Stwarza to zagrożenie także dla innych zwierząt, które zajmują kolejne miejsca w łańcuchu pokarmowym.

bufet dla sępów

W RPA podjęto zatem kroki, aby chronić te choć szkaradne, to jednak niezwykle istotne dla nas ptaki, które oczyszczają środowisko z odpadków, jakimi jest padlina i zapobiegają w ten sposób rozprzestrzenianiu się chorób. Zarówno w Moholoholo, jak i wielu innych ośrodkach, prowadzi się tak zwaną stołówkę dla sępów. Można je dzięki temu obserwować, ustalić liczebność poszczególnych gatunków (tam żyje ich aż 9, z czego 7 jest zagrożonych) i przede wszystkim ograniczyć zatrucia dostarczając wyłącznie zdrowe mięso. Niektóre z sępów z okaleczonymi skrzydłami pozostają pod dożywotnią opieką Moholoholo. Nauczyłam się przycinać im pazury i dziób, który nadmiernie wyrasta przez to, iż nie zdobywają samodzielnie pokarmu. Brian Jones stwierdził wówczas, że sępy to najpiękniejsze ptaki na ziemi. Przez grzeczność, nie zaprzeczyłam…

Piękność czy szkarada? Sępy nie mają dobrej opinii, choć są niezwykle potrzebne w środowisku.

zabieg przycięcia dzioba

Piętnasta po południu – z nieba lał się żar, czułam, że topię się w moich zakurzonych ciuchach (zakryte ramiona i kolana to wymóg ośrodka). Było ze 40 stopni w cieniu i męczyło mnie nawet samo stanie w miejscu, a co tu dopiero mówić o pracy na wysokich obrotach. Na szczęście piętnasta oznacza czas na lekki obiad i sjestę – wszyscy wolontariusze padali jak muchy na swoje łóżka, tylko nowicjusze biegali wokoło z aparatami korzystając z wolnej chwili na robienie mnóstwa zdjęć ( też tak miałam na poczatku 😉 ). Wieczorem zostawało już tylko karmienie i sprzątanie kliniki, która musiała być sterylnie czysta o każdej porze dnia i nocy. A potem… ruszamy w miasto!

też mają kolację – trzy razy w tygodniu

No dobra, miasto to za dużo powiedziane. Raz w tygodniu ładowaliśmy się do super samochodu dla wolontariuszy i jechaliśmy do restauracji w najbliższej wiosce. Można było skorzystać z internetu, zrobić drobne zakupy i napić się zimnego, orzeźwiającego, południowoafrykańskiego piwa – och, jak nam wszystkim brakowało tej odrobiny cywilizacji! I tak do północy, czasem nawet do 1.00, a później powrót do naszych tymczasowych domów, do dziczy, do ryku lwów na powitanie, drewnianych łóżek  i ciem błądzących po pokoju. Rano znów przywitało nas gorące słońce i nowa afrykańska przygoda.

Takim autkiem 20 wolontariuszy jedzie przez busz do… restauracji!

Jak rozzłościć słonia i przeżyć – krótki poradnik

Kiedy Brian Jones (założyciel Moholoholo), każe rzucać miski, szczotki i wszystko inne oraz natychmiast się szykować (chociaż nie wiadomo na co), to znak, że coś się dzieje… Chociaż nie zawsze jest to coś niezwykłego – pierwszym razem pojechaliśmy zobaczyć węża intruza z sąsiedniej wioski, który zakradł się do jednego z pomieszczeń i właśnie trawił trzy świnki morskie. No tak, węże to w tym regionie codzienność, sam syn Briana stracił rękę przez takiego jednego. Dlatego byliśmy odpowiednio przeszkoleni, jak zachować się w obecności jadowitego gada, na które trzeba szczególnie uważać, a ukąszenie których będzie dla nas zabójcze, bo do najbliższego szpitala był kawałek drogi. Dobrze wiedzieć, zwłaszcza, jak się wraca po ciemku z małą latareczką…

Pokaż kotku, co masz w środku?

Dysfolid – wystarczy jedna kropla jadu do zabicia człowieka, chociaż działanie trucizny jest wystarczająco wolne, aby podać surowicę. Tego samca znaleźliśmy na terenie ośrodka, samice są brunatne.

Kolejnym razem polowaliśmy na innego gada-ludojada, mianowicie na krokodyla. Z niewiadomych powodów (chociaż można się domyśleć) upodobał on sobie ludzkie siedliska, gdzie czaił się na swoje ofiary. Miejscowi chcieli się już z nim rozprawić po swojemu, ale udało się ich przekonać, abyśmy mogli schwytać drapieżcę i wywieźć daleko na bezludzie. Założyliśmy specjalną pułapkę, ale niestety tego dnia nie udało się go schwytać. Cóż, może następnym razem – oby tylko wcześniej, zanim on sam przechytrzy ludzi.

Ten krok stracił kawałek pyska w walce z innym samcem.

Jeden z moich ostatnich dni na miejscu, ktoś obudził mnie wcześnie rano. Zmęczona po poprzedniej nieprzespanej nocy z Danny (mały nosorożec, o którym pisałam w poprzednich postach), nawet o nic nie pytałam, tylko automatycznie spakowałam wszystko, co niezbędne i wgramoliłam się do jeepa. Słońce tego dnia piekło niemiłosiernie, co pamiętam doskonale, bo zapomniałam wziąć kremu ochronnego. Możecie się domyśleć, jak wyglądałam po całym dniu pracy na świeżym powietrzu.

Zimą studenci mają możliwość nocować w tym domku i obserwować zwierzęta podchodzące do wodopoju znajdującego się naprzeciwko.

Do Parku Krugera pojechaliśmy w konkretnym celu – mieliśmy zamienić taśmy i baterie w kamerach zastawionych na kłusowników. Kiedy Brian montował je w chaszczach i innych zakamarkach, ja miałam stać z jego bronią na czatach i pilnować, czy ktoś (a raczej coś) nie rozgląda się za posiłkiem w naszej okolicy. Na szczęście było zupełnie spokojnie, gdyż w razie potrzeby i tak nie umiałabym się obsłużyć strzelbą. Takie kamery to jeden ze sposobów walki z kłusownictwem, który przynosi wymierne rezultaty i niejednego oprawcę udało się już w ten sposób zidentyfikować i schwytać. Krążąc tak po okolicy natrafiliśmy na ślad, który nie powinien był się tam znajdować. Teren ten jest ściśle chroniony, a w ostatnich dniach nie było żadnych wycieczek. But, który zostawił tenże odcisk, z pewnością należał do dorosłego mężczyzny, który musiał przechodzić tamtędy około trzech dni wcześniej. W pobliżu nie było żadnych innych śladów (mam na myśli podejrzanych śladów, bo oczywiście było całe mnóstwo innych, należących do hien, hipopotamów czy nosorożców). Osoba ta najprawdopodobniej poruszała się po kamieniach, a ten jeden ślad powstał przez postawioną omyłkowo nie w tym miejscu stopę. Co w takiej sytuacji robić? Wystarczył jeden telefon i już w ciągu godziny grupa antykłusownicza była na miejscu i rozpoczęła poszukiwania. Tylko w zeszłym roku w tamtych okolicach znaleziono 16 zabitych nosorożców, więc było o co się martwić.

Ukryte kamery to sprawdzony środek w walce z kłusownikami.

A gdzie w tym wszystkim ten wściekły słoń? No właśnie, jadąc przez busz dostrzegłam w oddali samotnego olbrzyma zajadającego się w najlepsze przy wodopoju. Podjechaliśmy więc, aby przyjrzeć mu się z bliska. Zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości, zawróciliśmy samochód, aby w razie czego móc natychmiast odjechać i przyglądaliśmy się imponującemu samcowi. Ten, wyraźnie niezadowolony z naszej obecności, zaczął wymachiwać uszami i dawać znaki ostrzegawcze. Czekaliśmy dalej. Podszedł bliżej i zarzucił trąbą odganiając nas jak uporczywe muchy. Brian nadal nie ruszał, a mnie kamera zaczęła drżeć w rękach, kiedy słoń był już naprawdę blisko. Każdemu w końcu puszczają nerwy, zwłaszcza, kiedy ktoś nie daje mu spokoju. Samiec ruszył biegiem w naszym kierunku i… zatrzymał się 3 metry przed samochodem! Na to Brian spokojnie włączył silnik i odjechaliśmy.

Ewidentnie przyjechaliśmy nie w porę. Z ciekawostek – jądra słoni nie zstępują, pozostając w jamie brzusznej przez całe życie.

Dlaczego ten słoń był taki agresywny? Otóż samce osiągnąwszy dojrzałość wchodzą w okres zwany must. Wyrzut testosteronu sprawia, że rozwścieczone zwierzęta stają się nieobliczalne. Mniejsze mogą zaatakować te większe, co normalnie nie miałoby miejsca. Z reguły inne słonie schodzą takim z drogi. Można je rozpoznać po obfitej wydzielinie spływającej z gruczołu skroniowego, znajdującego się między uchem a okiem. Spotkany przez nas osobnik dopiero wchodził w tenże okres, inaczej moglibyśmy mieć niemały problem. Tak więc rada na przyszłość – jeśli kiedykolwiek zobaczycie słonia z plamą na twarzy jak u tego na zdjęciu poniżej, to bierzcie nogi za pas i uciekajcie jak najdalej!

Na tropie dzikich zwierząt

Będąc w Afryce nigdy nie miałam dość podziwiania i spoglądania na tętniącą zielenią przyrodę oraz jej dzikich mieszkańców, zajętych swoimi codziennymi sprawami. Na szczęście mieszkając w buszu takich okazji nie brakowało. Sam ośrodek położony był wewnątrz parku i odgrodzony siatką, co zapewniało względne bezpieczeństwo wolontariuszom, pracownikom i przede wszystkim trzymanym tam zwierzętom. Bardzo często dzicy goście podchodzili zaciekawieni pod samą bramę. Ja również odwiedzałam ich każdego dnia, choćby w drodze na śniadanie i kolację do oddalonej nieco restauracji.

Ile żyraf widzisz na obrazku? odp: 6!

Zwłaszcza wieczorami miałam doskonałą okazję przyjrzeć się zwierzętom, które prowadzą nocny tryb życia i nie sposób ich wypatrzeć za dnia. Z latarką w ręku i aparatem w pogotowiu przeczesywałam park szukając tajemnic, które kryją się w najciemniejszych jego zakamarkach. Raz szakal zabłysnął bystrymi oczami i ukrył się szybko w gęstej roślinności. To zaś napotkałam małą, śpiącą żyrafkę z szyją owiniętą wokół własnego ciała; nieco dalej odpoczywała reszta rodziny. Cisza i cierpliwość to zalety najlepszego tropiciela. W końcu po paru dniach udało mi się wypatrzyć małpiatkę galago. Jedną z nich opiekowaliśmy się w ośrodku, ale po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się jej w naturalnym środowisku, gdyż są aktywne tylko nocą.

Galago lub też Bushbaby to małpiatka o nocnym trybie życia

Również weterynarz, a może zwłaszcza on, powinien umieć poruszać się po buszu i znać zasady, jakimi rządzi się ten świat. Dlatego jednym z elementów szkolenia, jakie przechodzili studenci w Moholoholo, był kurs tropienia zwierząt. Już o świcie podekscytowana czekałam na mojego przewodnika  w umówionym miejscu. U boku wprawnego tropiciela i jego broni, którą zawsze nosi w pogotowiu, mogłam się czuć bezpiecznie. Już po paru krokach szybkim marszem Jan nagle pochylił się i dostrzegł włos zebry. Na podstawie koloru piasku i ukrytych śladów określił, jak dawno temu stado przemierzało tę okolicę. To niesamowite, jak wiele wskazujących wniosków można wyciągnąć z otaczających nas i pozornie niezauważalnych drobiazgów. Kępki rozdartych liści pod drzewem – to znaczy, że tego dnia żyrafy były tu na śniadaniu. I faktycznie, już parę minut później między pniami drzew dały się zauważyć długie, zgrabne nogi afrykańskich „modelek”. Zamrugały zalotnie długimi rzęsami, kiedy znaleźliśmy się pośród całego ich stada. Jeden z samców miał wyraźnie ciemniejsze plamki – to oznaka starości. Żyrafy z wiekiem mogą stać się nawet całkiem czarne – w przyrodzie jednak rzadko można to zaobserwować, gdyż z reguły nie dożywają tak późnego wieku. Długoszyje zwierzęta przyglądały nam się przez pewien czas, jednakże szybko straciły zainteresowanie intruzami i pogalopowały z gracją w jakby zwolnionym tempie znikając w głębi zielonej gęstwiny.

Ciemne plamy tej żyrafy to wynik podeszłego wieku. Z tyłu natomiast kryje się maleństwo.

Rzekę trzeba było po prostu przejść, na szczęście nie było głęboko. Ze względu na liczne węże, tudzież skorpiony, nawet nie zdejmowałam butów. Po drugiej stronie natrafiliśmy na pozostałości po porannej kłótni jeżozwierzy – ich kolce. Zebrałam kilka na pamiątkę i nawet udało mi się je przewieźć później do Polski. Maszerując dalej odkrywaliśmy kolejne ślady zwierząt. Nauczyłam się je rozróżniać i interpretować. Podążając za odchodami trafiliśmy w końcu na ogromną polanę – miejsce z marzeń. Niemal ze wszystkich stron otaczały nas stada rozbrykanych zebr. Żyrafy zaś widoczne były nawet z oddali, a pomiędzy nimi pasły się spokojnie antylopy gnu. Po raz pierwszy miałam okazję patrzeć na taką ilość dzikich zwierząt w jednym miejscu i szybko zakochałam się  w tym widoku.

Innym razem brałam udział w polowaniu na hipopotamy – oczywiście bezkrwawym, ale za to na przynętę. Załadowaliśmy samochód worami z granulkami paszy i wyruszyliśmy nad jezioro w piękne, leniwe popołudnie. Zwierzęta tego dnia wzięły sobie za główny cel nicnierobienie i odmówiły współpracy – mimo wyczekiwania w ciszy przez ponad godzinę, nie chciały wyjść z wody. Natomiast skorzystać z tak znakomitej okazji, jaką jest bufet z dostawą do domu, postanowiły guźce – a dokładniej mama z młodymi. Zajadały się w najlepsze nic sobie z nas nie robiąc, aż w końcu zniechęceni postanowiliśmy odjechać. Wymagało to jednak dodatkowego wsparcia, jako że poprzedniej nocy miała miejsce ulewna burza i ciężki samochód zagrzebał się w błocie. Wobec tego wolontariusze musieli zmobilizować się w sprawnej akcji i przepchnąć auto tuż obok kąpiących się hipopotamów. Dodam, że te leniwe grubaski są bardzo niebezpieczne i odpowiadają  za liczne ataki śmiertelne na ludzi. Te na szczęście nie były nami zainteresowane, a po posiłek pofatygowały się zaraz potem, jak odjechaliśmy znad jeziorka. Nie dając za wygraną, zatrzymaliśmy się kawałek dalej i wysiedliśmy z samochodu. Postanowiliśmy skradać się wśród wysokiej trawy do najbliższego wzgórza, skąd mogliśmy podglądać te tłuściochy w całej ich okazałości.

Leniwe popołudnie leniwego hipka

Darmowa wyżerka? Guźce muszą tam być!

Na smakowitą przynętę dały się złapać również i zebry

Zachowując ciszę i starając się pozostać niewidoczną dla hipopotamów podziwiałam ten wciąż nowy dla mnie świat i brałam moje pierwsze lekcje przetrwania w dziczy. A czas… zatrzymał się dla mnie.

. . .

Jeśli podobał Wam się ten wpis i chcielibyście czytać więcej moich opowieści, to proszę, zagłosujcie na mnie w facebookowym konkursie: http://apps.facebook.com/jw_mojahistoria/p/586 Dziękuję! 🙂

Previous Older Entries

%d blogerów lubi to: