Uwodzicielka Uyuni

Wycieczka zaczęła się w nieciekawym, sennym miasteczku Uyuni, do którego dojechaliśmy autobusem szutrówką z La Paz. Takie pojęcie jak „infrastruktura drogowa” zdecydowanie jeszcze nie dotarło w ten rejon świata. Cała noc jazdy po drobnych wybojach (łącznie 18 godzin) , chyba tylko po to, żebym rano poobijana i skołowana nie umiała się targować z przewodnikiem. Na szczęście doszliśmy do porozumienia i już po paru godzinach pobudzona widokami z pędzącego jeepa poczułam nawrót sił i energii. Pierwszy przystanek – cmentarzysko pociągów – kupa złomu pośrodku niczego.

Okej, trochę mnie fantazja poniosła, ale kto nie marzył, żeby poskakać po pociągach jak prawdziwi westernowcy?

Okej, trochę mnie fantazja poniosła, ale kto nie marzył, żeby poskakać po pociągach jak prawdziwi westernowcy?

Nasz jeep i punkt startowy wycieczki

Nasz jeep i punkt startowy wycieczki

Dalej było tylko piękniej. Sceneria zmieniała się jak w filmie przyrodniczym, jeep nabierał prędkości. Wreszcie zrobiło się całkiem biało. I choć śnieg na tej wysokości nie byłby niczym dziwnym, tym razem było to coś innego. Wszędzie pod nami i dookoła bielą skrzyła się sól. Największe solnisko świata – Salar de Uyuni – jest jednocześnie jedynym takim płaskim obszarem na Ziemi – powierzchnia równa niemalże województwu świętokrzyskiemu o różnicy wzniesień zaledwie 41 cm!

kopczyki soli

kopczyki soli

Salar de Uyuni

Salar de Uyuni

Usiedliśmy na „drodze” – ja, Andrzej, dwie Szwedki, Japończyk, Hiszpan i nasz przewodnik, starszy dziadzio, który nie mówił po angielsku. Zjedliśmy prowiant podziwiając bezkresny horyzont i solne kopczyki, przy których pracowali Boliwijczycy. Było mi zimno i gorąco jednocześnie – promienie słońca odbijały się od solnej tafli wyciskając pot i mrużąc moje oczy, z drugiej strony zimny wiatr przeszywał mnie chłodem i kazał dopinać kurtkę. Czapka to obowiązkowy ekwipunek na Salar, najlepiej taka z indiańskimi wzorami – mam swoją do dziś i noszę również po Warszawie 🙂

Takie pejzaże...

Takie pejzaże…

Wspólny posiłek - kto by siedział w knajpie?

Wspólny posiłek – kto by siedział w knajpie?

Trudno było mi oderwać wzrok od tamtych widoków. Robiłam to tylko dlatego, że wiedziałam, że czekają na mnie coraz większe zaskoczenia. Coraz głośniejsze achy i ochy. Po co lecieć na Księżyc, skoro można wybrać się do Boliwii? – myślałam, siedząc pod kaktusem na wyspie niegdyś otoczonej jeziorem, po którym dziś pozostała już tylko sól. Fotografując ujrzałam w obiektywie dwie alpaki pasące się w oddali na skrawku szarożółtych traw. Skąd się tam wzięły? – nie miałam pojęcia – jak okiem sięgnąć dookoła nie było nic, tylko biel soli i błękit nieba oddzielone cienką kreską horyzontu.

Wyspa gigantycznych kaktusów

Wyspa gigantycznych kaktusów

IMG_7420

Pierwszy nocleg był jeszcze przyzwoity. Mieliśmy nawet prysznic do dyspozycji, ale ze względu na wyłącznie zimną wodę i lodowatą temperaturę otoczenia spasowałam po samym umyciu stóp. Hotel pośrodku wielkiego pustkowia zbudowany był, a jakżeby inaczej, z soli. Ściany, stoły, łóżka – wyłącznie z białego kruszcu. Drugiej nocy przemarznięci trafiliśmy do nory, gdzie nawet skorzystanie z toalety było wyczynem, gdyż drzwi się nie domykały lub wcale ich nie było, a smród… jak to smród. Na pewno nie byliśmy tam pierwszą wycieczką. Trzeciej nocy natomiast czekało nas kolejne 18 godzin telepania po wybojach drogi powrotnej. To był bardzo wyczerpujący wypad, ale kto by myślał o takich drobnych niedogodnościach, gdy za oknem tyle się działo?

Za plecami już Chile!

Za plecami już Chile!

IMG_7517

Wulkany i księżycowe krajobrazy

Najbardziej fascynowały mnie laguny – niebieskie, zielone, czerwone, uwodziły dyskretnie zaczepiając odbiciami promieni słońca. Przyciągały stada rozgadanych flamingów. Błyszczały na tle ośnieżonych szczytów wulkanów. Niektóre romantycznie parowały za sprawą podziemnych, gorących źródeł. Wszystkie olśniewały, zapierały dech w piersiach. Gdybym mogła tam wrócić i samodzielnie zaplanować trasę, spędziłabym po jednym dniu nad każdym z nich. Natura jest prawdziwą artystką, wobec której padam na kolana.

IMG_5351

IMG_5354

IMG_5366

IMG_7538

IMG_7547

IMG_7555

IMG_7565

IMG_7574

IMG_7600

IMG_7564

IMG_7621

Jak zwykle mało mi było czasu na Salarze. Dymiące gejzery niebezpiecznie bulgotały, wiatr urywał głowę, a słońce dawało popalić. Pod koniec podróży zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki „cywilizacji” – senne wioski, gdzie lamy przechadzały się leniwie po pustych boiskach. Podobno w porze deszczowej powierzchnia solniska tworzy ogromne lustro, w którym niebo i ziemia zlewa się w całość. To znaczy, że już wiem, kiedy wrócę do Uyuni.

IMG_7329

IMG_7328

Typowe, boliwijskie podwórko

IMG_7333

IMG_5434

IMG_7640

IMG_7641

IMG_7617

IMG_7610

IMG_7613

Jej wysokość La Paz

Wyjeżdżałam i wracałam do tego miasta wielokrotnie. Przyciągało mnie od samego początku i chociaż napawało grozą, to ciekawość była silniejsza. Krok po kroku poznawałam kolejne zaułki najwyżej położonej stolicy świata – La Paz i jej cztery tysiące metrów nad poziomem morza w Środkowych Andach – ależ tam było wspaniale!

IMG_7123

Przed przyjazdem naczytałam się sporo w Internecie o boliwijskiej stolicy i często natrafiałam na niezbyt pochlebne wiadomości. Ich bohaterami byli głównie taksówkarze-porywacze, gwałciciele, złodzieje, mordercy. Poszkodowani lub rodziny zmarłych poszkodowanych. Autobusy próbujące przemierzyć wątłe drogi Andów i tonące w otchłani przepaści. Mało przyjemnie… Na szczęście mój autokar dotarł na dworzec w jednym kawałku po 34 godzinach jazdy z Limy. Jedyne, co mnie dotknęło w La Paz, to delikatna postać choroby wysokościowej. W tym przypadku jednakże, lekarstwo na ową przypadłość jest całkowicie legalne i powszechnie dostępne. Liście koki – nie mylić z kokainą – żuje się pod policzkiem z dodatkiem proszku, który wyciska z nich sok. Niesmaczne, ale skuteczne. Kokę można również dostać na każdym targu pod postacią herbatek lub cukierków, podobnych do tych z kofeiną sprzedawanych u nas na stacjach benzynowych. Tyle tylko, że w La Paz mieści się chyba największe targowisko świata, więc żeby znaleźć pożądaną rzecz, trzeba wiedzieć, gdzie szukać lub nastawić się na wielogodzinne błądzenie.

IMG_5233

Lubię zwiedzać lokalne ryneczki. Zwłaszcza w Azji na dziale spożywczym można spotkać przedziwne artykuły, które nie wiadomo czym są, jak smakują ani co się z nich robi. W Boliwii czekało mnie inne zaskoczenie. Miejscowy targ jest tak ogromny, że zajmuje kilka przecznic miasta. Z jednej uliczki, na której można kupić elementy hydrauliczne, przechodzi się do kolejnej z bananami i tak dalej i tak dalej. Można zwiedzać cały dzień, stracić zawartość kieszeni i niespodziewanie znaleźć ją na jednym z bazarków. Pewna część tego centrum handlowego jest uważana za magiczną. To tak zwany Targ Czarownic. Można na nim dostać różnorakie amulety, które przyniosą powodzenie w konkretnych dziedzinach życia. Na przykład zasuszone płody lam, które należy wmurować w dom – tak na szczęście. Są też podkowy, kadzidła, zioła, ołtarzyki i dary dla Pachamamy. Dodam, że Boliwia to kraj chrześcijański. Miejscowym jednak wiara w Chrystusa nie przeszkadza wielbić Matki Ziemi, której kult jest silnie zaznaczony w każdej miejscowości. Prócz tego wszystkiego, na Targu Czarownic można nabyć coś jeszcze – eliksiry na rozmaite przypadłości. Nie wiem, czy wśród nich był eliksir miłości, ale na pewno znalazł się napój dodający siłę. Taki odpowiednik naszego energetyka, ale z dodatkiem liści koki. Co mnie zaskoczyło najbardziej, to postać na etykiecie…. sami zobaczcie 😉

Pudzian jako reklama boliwijskiego energetyka ;)

Pudzian jako reklama boliwijskiego energetyka 😉

Targ Czarownic i jego magiczny asortyment

Targ Czarownic i jego magiczny asortyment

Płody lam

Płody lam

Trochę dziwny ołtarzyk

Trochę dziwny ołtarzyk – też do nabycia

Lubię także uliczne jedzenie. Rano na śniadanie – salteñas, czyli świeżo wypiekane bułeczki z farszem mięsnym lub jajecznym oraz bliżej mi nieznanymi dodatkami i przyprawami. Na drugie śniadanie zdarzyło mi się raz zatrzymać w ulicznej jadłodajni. Ot, mała budka, parę desek, starych stolików i całe mnóstwo ludzi – w dodatku sami miejscowi. Z resztą spacerując zaułkami La Paz raczej rzadko trafiałam na gringo, czyli białych. Skuszona ciekawością przysiadłam się do jednego ze stolików i zamówiłam to samo, co sąsiad obok. Jeśli kiedykolwiek uważałam żurek za kwaśny, zmieniłam zdanie gdy tylko spróbowałam zupy, którą mi wówczas zaserwowano. Zimna, zielonkawa, z dodatkiem małych suszonych rybek, które kojarzyły mi się z karmą dla żółwi. Do dziś nie potrafię określić, czy właściwie smakowało mi to danie czy też nie. Ale talerz opróżniłam do dna. Na obiad natomiast wybierałam codziennie inne restauracje, które w wyznaczonych godzinach wystawiały na ulicę tablice, na których opisane było danie dnia, czyli almuerzo, które składało się zwykle z zupy, dania głównego i deseru za cenę około 7-10 zł. Do popicia – chicha – ulubiony napój ze sfermentowanej czarnej kukurydzy.

Dziwna zupa - boliwijski chłodnik?

Dziwna zupa – boliwijski chłodnik?

Naprawdę bardzo lubię zwiedzać miasta na piechotę. Zważywszy na niepewne taksówki – w La Paz nie miałam większego wyboru. Próbowałam raz skorzystać z zawsze kolorowych autobusów, ale nie dojechałam nim tam, gdzie chciałam, pewnie z powodu mojej słabej znajomości hiszpańskiego. Zostały mi więc własne nogi, choć i te niekiedy odmawiały mi posłuszeństwa, gdy tylko czułam nawrót choroby wysokościowej. Dlatego La Paz poznawałam bardzo powoli, tylko przypadkiem wpadając na śliczne place z fontannami, pomnikiem Kolumba lub kolonialnymi budynkami, zza których wyłaniały się ośnieżone szczyty wulkanów. Czasem przesiadywałam na takich skwerkach lub na schodach pod kościołem, próbując ukradkiem zrobić zdjęcie paniom w kolorowych sukniach, indiańskich chustach, długich warkoczach i tradycyjnych melonikach. W Boliwii ludowe stroje po dziś dzień są powszechnie noszone, co czyni miasto jeszcze bardziej niezwykłym. Będąc tam i słuchając starych hitów puszczanych przez ulicznych sprzedawców pirackich płyt, czułam się, jakbym faktycznie cofnęła się o dobrych 50 lat. La Paz żyje w innej czasoprzestrzeni. La Paz jest autentyczne.

IMG_5223

IMG_7074

Miejscowi wierzą, że wraz ze zdjęciem kradnie się ich duszę, a można za to nieźle oberwać!

Panorama miasta

Panorama miasta

Lubię tajemnice. Przypadkiem zostałam powiernikiem jednej z nich. Zaczęło się od tego, że marzyła mi się wyprawa do dżungli. W La Paz funkcjonuje całkiem sporo hosteli i biur podróży dla tak zwanych backpackersów. Szybko zorientowałam się jednak, że wszystkie oferują ten sam rodzaj wycieczek w jedno miejsce. Tłum ludzi, spływ łodzią, zdjęcie z anakondą, łowienie piranii i nocleg na łonie na natury, a wszystko słono płatne. Jakoś to do mnie nie przemawiało. Po przygodach, jakie sama sobie zafundowałam na spacerach z ocelotką po dżungli, program wycieczek wydawał mi się mało atrakcyjny i nie spodziewałam się tam zobaczyć „prawdziwego lasu amazońskiego”. Choć przecież dwie trzecie Boliwii to właśnie dżungla, więc musiał istnieć inny sposób. Zapragnęłam wyprawy a’la Cejrowski (chociaż po części) i postanowiłam znaleźć przewodnika. W La Paz żyje przynajmniej jeden, a dowiedziałam się o tym od przypadkiem poznanego Izraelczyka. Żeby go znaleźć, trzeba jednak wiedzieć, jak do niego trafić…

IMG_5239

„Skrzyżowanie ulic Illampu z Tarija. Po 50 metrach zobaczysz po lewej stronie czarną bramę z hebrajskim napisem. Litery oznaczają Shaul. Naciśnij dzwonek. Z okna ktoś spuści plastikową butelkę. Odwiąż klucz. Otwórz bramę i idź na pierwsze piętro.” -„Żartujesz?!”- niedowierzałam.- „To brzmi jak fragment książki kryminalnej.” Nie żartował. Poszłam tam i odnalazłam bramę. Wszystko było dokładnie tak, jak w opisie. „Prawdziwy trekking po dżungli z miejscowym przewodnikiem, to by było coś” – myślałam. Niestety, jak to zwykle bywa, potrzebne były jeszcze co najmniej dwie chętne osoby. A ja chciałam wyruszyć najdalej nazajutrz, nie mogłam pozwolić sobie na dłuższe oczekiwanie, zwłaszcza, że sama wyprawa miała trwać co najmniej tydzień (nie było wiadomo ile dokładnie). A tu już zaczął się kolejny semestr na studiach, podczas gdy ja jeszcze chciałam zobaczyć pustynię solną, jezioro Titicaca i słynne Machu Picchu. Kto wie, może przy kolejnej okazji? A może Wy tam kiedyś zapukacie i opowiecie mi, jak było?

IMG_7253

IMG_7099

IMG_5209

Punkt widokowy - po lewej w tle ośnieżone wulkany

Punkt widokowy – po lewej w tle ośnieżone wulkany

Przystanek na żądanie

Spakowałam się. Pożegnałam ze wszystkimi wolontariuszami w Parque Machia. Ostatni raz ostry jak tarka język Millie przejechał po mojej ręce. Ostatnie „Adios amigos! „. Oddałam moje ubrania robocze do miejscowego second-handu, zarzuciłam na siebie parę kilo lżejszy plecak i wyszłam na ulicę. Plan był prosty – machać na wszystkie autobusy i zatrzymać pierwszy jadący do La Paz. O tej porze ulice były bardzo ruchliwe, więc spodziewałam się szybko znaleźć podwózkę i do rana znaleźć się w stolicy kraju. Po pierwszej godzinie czekania zaczęłam się jednak zastanawiać, dlaczego wszystkie autobusy kierują się wyłącznie do Cochabamby. Po kolejnych dwóch pewien łaskawy kierowca wyjaśnił, że właśnie tego dnia zaczęły się strajki. W związku z tym droga do La Paz była zablokowana i nieprzejezdna. Jako, że w Boliwii generalnie dróg zbyt wielu nie ma, a stan tych, które są, pozostawia bardzo wiele do życzenia, nie było mowy o objeździe. Zbliżała się północ, ulice popustoszały. Zgarnęłam więc swoje bambetle i wróciłam do domu wolontariuszy zastanawiając się, jak ja się stąd teraz wydostanę. Nawet miejscowi nie wiedzieli, jak długo może potrwać strajk, a za dwa dni miałam się spotkać z Andrzejem w La Paz.

Moje ulubione miasto - La Paz

Moje ulubione miasto – La Paz

Następnego dnia z samego rana pozytywnie nastawiona zaczęłam wszystko od nowa. Szybko okazało się jednak, że nie ma najmniejszych szans na dostanie się do La Paz w ciągu kilku najbliższych dni, może nawet tygodnia. Utknęłam na dobre, a moje plany szlag trafił. Postanowiłam jednak zaryzykować  i pojechałam do Cochabamby – miasta, o którym przewodnik Lonely Planet wypowiadał się niezbyt łaskawie. Szczególnie utkwiło mi w głowie jedno zdanie, w którym autorzy przestrzegają przed samodzielnym opuszczaniem dworca autobusowego, który znajduje się w najbardziej niebezpiecznej części miasta. Po zmroku kierowcy wręcz nie wypuszczają pasażerów z autobusu i każą im czekać do świtu. Cochabamba w przeciwieństwie do wioski, w której się znajdowałam, miała jednak pewną zaletę – lotnisko.

Cochabamba, Cochabamba, Cochabamba! - wciąż słyszę

Cochabamba, Cochabamba, Cochabamba! – wciąż słyszę te nawoływania naganiaczy na dworcu 😉

Złapałam mini busa, który miał mnie podwieźć do samego budynku dworca. Miałam zamiar prosto stamtąd złapać taksówkę na samolot, nie narażając się dzięki temu na potencjalne niebezpieczeństwa, które mogą czyhać na samotną podróżniczkę w Ameryce Południowej. Wciąż nie mogłam się nauczyć, że snucie jakichkolwiek planów w Boliwii jest po prostu bezsensowne. Kierowca busa wysadził mnie nie wiadomo gdzie, wskazując jedynie palcem, w którym kierunku jest dworzec. Zrobiłam groźną minę i przyjęłam pewną siebie postawę, choć nie wiem ile z tego mi wyszło. Zatrzymał się samochód. Przypomniała mi się historia Austriaków, którzy zostali porwani przez fałszywą taksówkę, a następnie okradzeni i zamordowani. Wsiadłam. Nie miałam przecież innego wyjścia. Ten kierowca szczęśliwie okazał się być bardzo miły.

IMG_5166

IMG_5175

Na dworcu potwierdzono informacje, które uzyskałam już wcześniej. Wszystkie autobusy do La Paz zostały odwołane. Na szczęście w tym samym budynku znajdowało się biuro lotnicze. Na nieszczęście wszystkie miejsca zostały wyprzedane. Udało mi się kupić bilet dopiero na następny dzień. Chcąc nie chcąc, musiałam się pogodzić z przymusowym przystankiem w Cochabambie. Sprzedawca pomógł mi zarezerwować nocleg, bardzo się przejął, że jestem sama i zorganizował mi bezpieczny dojazd do hostelu. O dziwo wszystko udało mi się załatwić w języku hiszpańskim, chociaż znałam może z dziesięć słów. To jednak bardzo prosty język, w którym nawiązywanie kontaktów z ludźmi potrafi być łatwiejsze niekiedy niż w języku ojczystym.

IMG_5173

W hostelu byłam jedyną białą. Chociaż pokoje były obskurne, to sam budynek miał w sobie coś uroczego, co kojarzyło mi się ze starymi folderami wakacyjnymi. Wybrałam się na rekonesans okolicy i przekonałam się, że Cochabamba niekoniecznie jest taka straszna, jak ją malują. Zielone trawniczki, pomniki, czyste alejki i kolorowe restauracje w centrum sprawiały wrażenie ogólnego ładu i porządku, w przeciwieństwie do okolic dworca autobusowego. Większość lokali oferowała danie dnia składające się z trzech posiłków za około 7 zł. Zajęłam stolik, długo jednak nie siedziałam sama. Dołączyła do mnie życzliwa rodzina oraz Peruwiańczyk rosyjskiego pochodzenia. Gdy tylko dowiedzieli się, że jestem z Polski, wszyscy wybuchnęli śmiechem z powodu… słynnego pomnika w Świebodzinie. Okazuje się, że do tej pory największy pomnik Chrystusa znajdował się nie w Rio lecz w Cochabambie właśnie. Musisz go zobaczyć! – zaczepiali mnie podekscytowani. Nie mogłam więc odmówić. Pomyślałam, że ten nieplanowany przystanek zaczyna mi się podobać.

mój hotelik :)

mój hotelik 🙂

IMG_5116

Pomnik Chrystusa w Cochabambie – drugi największy po Świebodzinie

Nie byłam co prawda w Świebodzinie, ale boliwijski Chrystus faktycznie był wielki. Z samej góry zaś rozpościerał się piękny widok na miasto spowite mgłą zachodzącego słońca i otoczone górami z beżu. Wróciłam do hostelu, zrobiło się ciemno. Rano miałam samolot, ale jakoś nie chciało mi się jeszcze spać. Miasto mnie ciągnęło. Wychynęłam więc nosa z pokoju. Stwierdziłam, że przespacerują się jeszcze jedną alejką, może zjem coś dobrego i grzecznie wrócę. Za rogiem ulicy okazało się, że miasto właśnie ożyło. Na chodnikach wszędzie porozstawiane były garkuchnie, za którymi ciągnęły się gigantyczne kolejki. Ryneczki, sklepiki, latynoska muzyka i tłumy ludzi. Podświetlone kamieniczki, stary teatr, który z daleka zapraszał gości na spektakl. Zaczęłam błąkać się od jednej alejki do następnej, zaglądać na stragany, kupować pamiątki, kosztować dziwnych zup i szaszłyków.  Totalnie mnie wciągnęło.

IMG_5149

Rano śpiąca stawiłam się na lotnisko. Dwie godziny przed odlotem wedle naszych norm, w Boliwii oznacza dużo przed czasem. Byłam więc pierwszą pasażerką. Odprawiłam się i przysnęłam w poczekalni wspólnej dla czterech bramek na całym tym maleńkim lotnisku. Kiedy zauważyłam, że zbiera się już kolejka do samolotu, również się ustawiłam. Poproszono mnie o paszport. Co prawda był to tylko lot krajowy, ale jako że jestem obcokrajowcem, mieli przecież prawo sprawdzić moją tożsamość. Zastanowiło mnie dopiero, kiedy kontrolerzy przeszli do kolejnych współpasażerów. Wreszcie okazało się, że… o mały włos poleciałabym do Rio de Janeiro!

IMG_5196

Moja Księga Dżungli cz. V i ostatnia

Dzikimi zwierzętami interesuję się już od dawien dawna, ale nie trzeba być ich znawcą, aby wiedzieć, że potrafią pokazać pazury. Każdy pewnie słyszał historie ludzi, którzy zanadto obdarzyli swoich podopiecznych zaufaniem i zapłacili za to nieraz nawet najwyższą cenę. Niby każdy o tym wie, że dzikie zawsze będzie dzikie, a jednak na widok tak pięknych stworzeń bardzo szybko się o tym zapomina, traktując je jak domowych czworonogów. Niestety ja również miałam okazję po raz pierwszy przekonać się, jak niebezpieczna jest praca, o której marzę od dziecka. Choć teraz myślę, że lepiej dostać taką lekcję od ocelota, niż na przykład gdyby miał to być lew…

IMG_4545

Jeden z ostatnich dni na wolontariacie. Cieszyłam się przygodą, która mnie spotkała i chciałam, aby nasze rozstanie z Millie było wyjątkowe. Niestety, kotka od samego rana była bardzo nerwowa i niespokojna. Co chwilę odwracała się patrząc na mnie przenikliwie i wydając pomruk, który nie zwiastował niczego dobrego. Czułam się wówczas bardzo nieswojo i próbowałam uspokoić ją głosem. Dałam jej więcej swobody,w końcu całkiem nieźle szło mi już przedzieranie się przez dżunglę, mogłam dostosować się do jej tempa. Kiedy jednak ocelotka rozpędziła się w stronę terenu należącego do Gato (pumy) musiałam zaoponować. Zatrzymałam się, linka się naprężyła, a ja stanowczo powiedziałam – No mas Millie! (dalej nie!). Kotka próbowała pociągnąć mnie w swoją stronę, ale kiedy zdała sobie sprawę, że nie zmienię zdania, odwróciła się i spojrzała na mnie w taki sposób, że wiedziałam już, co za chwilę się wydarzy.

IMG_4548

Wiedziałam, a jednak nie potrafiłam się temu sprzeciwić, zrobić cokolwiek, choćby krok w jej stronę. Stałam jak wryta i jak z oddali słuchałam własnego krzyku, który echem poniósł się po lesie. Przerażona przywiązałam smycz do drzewa i odeszłam, aby obejrzeć ranę. Krwawiła, ale niezbyt mocno. Trzy kły zostawiły ślad na moim udzie. Nie bolało, a jednak nie mogłam uspokoić oszalałego serca. Musiałam odczekać i opanować emocje – czekał mnie jeszcze powrót z Millie do klatki, a byłyśmy jeszcze bardzo daleko. Dwie, trzy godziny jak nic.

IMG_4571

Tamto wydarzenie wiele mi uświadomiło, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam, że mogłabym zrezygnować. Porzucić mój pomysł na życie, największą pasję, której tak wiele poświęciłam. Wzięłam się w garść i nauczyłam się, jak radzić sobie z kotką, kiedy ta ma swoje humory. Prawda jest taka, że miała do nich pełne prawo. W końcu to za sprawą ludzi została zniewolona, nie można jej więc obwiniać za tak naturalne zachowanie. Jest dzika, a jej miejsce jest na wolności – dopiero wówczas tak naprawdę zrozumiałam, jak wielką krzywdę jej wyrządzono. I choć początkowo się bałam, to przed odjazdem umiałam już zapanować nad podobnymi sytuacjami w taki sposób, aby nie stała się żadna krzywda ani jej, ani też mnie.

IMG_4608

Totalnie za to nie potrafiłam sobie poradzić ze sprytem chytrych małp. Kiedy gromada czepiaków, albo saimiri skakały roześmiane nad naszymi głowami, nie mogłam z zachwytu oderwać od nich wzroku. Gdy jednak pojawiały się kapucynki, w pośpiechu zbierałam wszystkie moje rzeczy i szykowałam się na odparcie ataku rzezimieszków. Wystarczyła bowiem chwila nieuwagi, gdy odchodziłam zrobić zdjęcie motylom lub dziwacznym robalom, a już za chwilę musiałam łapać moje rzeczy rozrzucane z plecaka po całej okolicy. I choć miałam na wyposażeniu procę do odstraszania, to jednak w moich rękach okazała się ona być całkowicie bezużytecznym narzędziem.

IMG_4596

Jedna z kapucynek – eks samiec alfa zdetronizowany przez innego osobnika, uwielbiał śledzić mnie z Millie i potrafił podążać za nami przez cały dzień, co pewien czas zaczepiając. Jego celem były moje kanapki i banany, które niosłam na plecach i dobrze wiedział, gdzie szukać przysmaków. Zdarzyło się raz, że tenże małpiszon o imieniu Boogeyman, postanowił się zabawić i… zrobił mnie w konia. Jak co rano wyprowadziłam Millie przed klatkę, aby zając się sprzątnięciem odchodów po nocy i wyczyszczeniem misek. Kotka chlipała świeżą wodę, a ja byłam tak zajęta, że nie zauważyłam, kiedy małpa zeszła z drzew na ziemię. Kiedy wreszcie się obejrzałam, byłam zamknięta w środku, a Boogeyman szczerzył do mnie zęby. Kłódki zamykały się na zatrzask, a sprytny samiec wyrzucił gdzieś kluczyki. Jak teraz sobie to przypominam, to myślę, że musiało wyglądać to dość zabawnie – dziewczyna w klatce, która krzyczy coś niezrozumiale i szarpie za siatkę, a po drugiej stronie rozbawiona kapucynka, która rozrzuca zawartość torby, rozbija telefon oraz dobija aparat fotograficzny, zerkając co i raz dla uciechy na głupie, nieporadne, dwunożne stworzenie 😉 Tym razem, nie obyłam się bez pomocy z zewnątrz, ale jest to jedna z tych historii, która najbardziej zapadła mi w pamięci z wolontariatu w Boliwii… Będę chyba musiała tam wrócić, aby wyrównać rachunki i nabić tę małpę w butelkę! 😉

IMG_4619

Ku wolności

W Parku Machia spędziłam równe cztery tygodnie. Dotychczasowe doświadczenia pokazały mi, że dwutygodniowe wyjazdy nie mają sensu. Zanim się człowiek nauczy pracy w nowych warunkach, pozna miejscowych i wkręci w odmienny tryb funkcjonowania, to już musi właśnie wracać. Dlatego wszystkim wyjeżdżającym na jakiekolwiek wolontariaty polecam zostać przynajmniej miesiąc. Oczywiście idealnym rozwiązaniem byłby pobyt jeszcze dłuższy, może pół roku, może nawet cały, ale niestety w moim przypadku obecnie jest to niemożliwe ze względu na studia. Mimo wszystko próbuję korzystać z dostępnego czasu tak bardzo, jak to tylko możliwe. Dlatego oprócz opieki nad Millie, starałam się również pomagać lokalnym weterynarzom w klinice.

Moje miejsce pracy

Skromnie, acz czysto – po krajach azjatyckich ogólny porządek w Boliwii był dla mnie sporym zaskoczeniem

Zadanie nie było łatwe, ponieważ na czterech lekarzy tylko jeden mówił po angielsku. Był on jednocześnie dyrektorem całego ośrodka, więc do kliniki zaglądał tylko czasami, zaś większość czasu spędzał przy papierkowej robocie. Musiałam sobie jakoś radzić i pomagała mi w tym znajomość łaciny oraz pomysłowość w rozmawianiu „na migi”. Około 17.00 każdego dnia wracałam z dżungli, jadłam obiad i szłam prosto do kliniki. Wszelkie dzikie zwierzęta do najprostszych nawet czynności, jak osłuchanie czy omacanie, trzeba każdorazowo znieczulać. Dlatego pacjenci nie przychodzą zbyt licznie do lecznicy, tak jak to bywa z naszymi domowymi pupilami. Weterynarze decydują się na interwencję wyłącznie, kiedy jest to konieczne i starają się wówczas za jednym razem wykonać wszelkie możliwe badania potrzebne w dalszej diagnostyce. Wobec tego w dniach wolnych od pacjentów, zajmowałam się programem antyparazytologicznym zwierząt. Mówiąc kolokwialnie – oglądałam kupy pod mikroskopem w poszukiwaniu robali, które najczęściej znajdowałam. Mimo, że co do standardów higienicznych w ośrodku nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, to ciężko jednak było uniknąć gości z zewnątrz. Całymi chmarami przybywały zwłaszcza kapucynki, które bawiły się z tymi mieszkającymi w parku, a przy każdej możliwej sposobności podkradały owoce i warzywa. Myślę, że to główna przyczyna częstego zarobaczenia zwierząt, jednakże biorąc pod uwagę, że zwierzęta mają żyć kiedyś na wolności, lepiej, aby znały panującą w dżungli mikroflorę.

Najbardziej ciekawskie zwierzę świata

Niekiedy do naszej lecznicy przychodzili miejscowi z okolicznych wiosek wraz ze swoimi psami, które przynosili zawsze… w workach na ziemniaki. Dobrze jednak, że w ogóle szukali pomocy dla swoich podopiecznych, co było ciężkie do przetłumaczenia właścicielom zwierząt w Indiach. Tutaj ludzie byli bardzo mili i żyli w pewnej symbiozie z otaczającą przyrodą oraz zwierzętami. Raz późnym wieczorem, kiedy właśnie mieliśmy zamykać klinikę, przybiegł pan ze szczeniakiem pogryzionym przez węża w podgardle (!). Ogromna opuchlizna powodowała, że pies z trudem łapał oddech, chociaż poza tym był w dobrej kondycji. Dostał antytoksynę, a ja czuwałam przy nim niemal do rana. Na drugi dzień właściciel przyszedł podziękować za pomoc, powiedział, że pies ma się świetnie. A mnie, przyszłemu weterynarzowi stojącemu na samym początku swojej kariery, zrobiło się cieplutko w serduchu 🙂

Niedoszła ofiara węża w… worku na ziemniaki

Wspominałam już na blogu o ostronosach. To takie niewielkie drapieżne ssaki o bardzo długich ryjkach, które wszędzie wścibiają. Łatwo dają się oswoić, choć mają ostre pazury i zęby, dzięki którym jedna wolontariuszka nabawiła się szwów na ręce. Spośród całego stada sześć osobników zostało uznanych za gotowe do wypuszczenia do dżungli. Przedtem jednak konieczne było pobranie im krwi do laboratorium, aby nowy rozdział w życiu mogły rozpocząć zdrowe i w pełni sił. Dwa inne samce z kolei miały całkowicie wyłysiałe ogony, jak się później dowiedziałam, na skutek stresu. Często trafiają do ośrodka w takim właśnie stanie, ale przy odpowiednich warunkach z powrotem porastają rudym włosem.

Łysy ogon to jeden z problemów tego osobnika

U zdrowych ostronosów ogon jest pręgowany, puszysty i widoczny z daleka

Większość zwierząt do parku trafiła z marketów, gdzie nielegalnie handluje się żywym towarem. Chociaż park jest już pełny, a środki finansowe są niewystarczające, to jednak podopiecznych wciąż przybywa. Tylko podczas mojego pobytu przywieziono dwie papugi, w tym jedną, przepiękną arę, pekari – świniowatą krewną hipopotama, a także młode małpki . Jedna, z gatunku saimiri (ang. squirell monkey) została dokładnie przebadana, a kiedy po dwóch dniach ukończono budowę nowej klatki specjalnie dla niej, uciekła przeciskając się przez niedostatecznie wąskie kraty. Zajęło jej to około dwóch sekund. Druga, nieśmiała i przestraszona, z gatunku czepiaków, szybko ujęła serca wszystkich wolontariuszy. Małpy te nazywa się po angielsku spider monkey (małpa pająk), ze względu na ich nieproporcjonalnie długie, czarne kończyny. Część z nowo przybyłych zwierząt, po badaniu weterynaryjnym, zostaje odesłana do innego parku wgłąb dżungli. Jest to kolejny, trzeci już w trakcie budowy park należący do tej samej organizacji. Położony głębiej w tropikalnym lesie dysponuje znacznie większą powierzchnią, a kiedy zostanie całkowicie ukończony, będzie mógł pomieścić wiele zwierzęcych sierot z szansą na nowe, lepsze życie.

W ptaszarni nie dało się uniknąć zaczepiania przez papugi wykrzykujące Hola! (hiszp. cześć)

Młode samice mają największe szanse na przystosowanie i powrót na wolność. Mam nadzieję, że i jej się uda!

Moja Księga Dżungli cz. IV

Wczesny poranek. Millie zatrzymała się, żeby naostrzyć pazurki, a ja, korzystając z chwili wytchnienia, podeszłam do rzeczki przemyć ręce. Gęsta mgła opadała ciężko na otaczającą roślinność zmniejszając i tak słabą widoczność do nie więcej niż metr. Kiedy się odwróciłam, kotka leżała na pniu i bacznie przyglądała się moim ruchom. Wyjęłam aparat i zaczęłam jej robić zdjęcia, jednakże szybka natychmiast zaparowała i nic nie wychodziło. Wobec tego rozłożyłam starą, wygniecioną koszulę na kamieniu i rozpakowałam prowiant. Uważam, że dżungla najpiękniejsza jest właśnie, kiedy spowija ją mgła, która nadaje aury tajemniczości. Dlatego nawet proste śniadania smakowały inaczej, lepiej, choć z drugiej strony pod koniec dnia banany i bułki były już całe nasiąknięte wilgocią tracąc na atrakcyjności.

Kiedy tak kontemplowałam przyrodę i napawałam się chwilą, zdałam sobie sprawę, że cykady tego dnia były takie jakby cichsze, a zamiast nich przekrzykiwały się żaby, których jednak nie byłam w stanie dostrzec. Też nie małpy, a silny wiatr szargał koronami drzew, z których na nasze głowy spadały wielkie, wyschnięte liście. Wreszcie Millie zadecydowała, że idziemy dalej. Ledwo zrobiłyśmy parę kroków, a w miejscu, gdzie uprzednio odpoczywałyśmy, spadł ze szczytów drzew wielki konar. Wystraszyłam się, bo gdybyśmy zostały tam dłużej, to skończyłoby się w najlepszym wypadku tylko połamaniem. Może kotka wyczuła w jakiś sposób, co się święci?

Myślę, że tak, ponieważ chwilę później odezwały się złowrogo pierwsze grzmoty. Ocelotka uciekła do jaskini, w której schronienie znalazł również zaspany nietoperz – niestety jego drzemka została brutalnie przerwana i nie doczekał już kolejnej nocy. Millie uznała, że to bezpieczne miejsce i że przeczeka w nim nadchodzącą burzę. O mnie raczej nie myślała, gdyż jej skrytka była na tyle mała, że nie miałam szansy się zmieścić, ale na tyle długa, że trzymałam tylko za koniec smyczy, zaś kotka zniknęła gdzieś w ciemnościach jaskini.

Nie było mżawki ani drobnych kropel deszczu zwiastujących nadchodzący pogrom. Lunęło praktycznie bez zapowiedzi i to od razu z pełną pompą. Jedynie chwilę trwało zanim woda spłynęła po liściach z górnych partii drzew na sam dół i zmoczyła mnie nie zostawiając suchej nitki. Nie jestem z cukru, są wakacje, dam sobie radę – pomyślałam. I wtedy burza rozgorzała na dobre. Takich grzmotów jak tam, nie słyszałam jeszcze nigdy w życiu. Myślałam, że pękną mi bębenki w uszach, że coś złowrogiego czai się na mnie. Skuliłam sie pod największymi liśćmi, trzęsąc się z zimna i… strachu niestety. Odezwała się ta część przyrody, która do tej pory zawsze milczała. Korony drzew kiwały się na wszystkie możliwe strony, a ciężkie gałęzie co chwilę spadały gdzieś w pobliżu.Nagle zrobiło się potwornie ciemno. Nie wiedziałam już, czy schować się pod rozłożystymi drzewami, czy szukać otwartej przestrzeni, o którą jednak szczerze mówiąc w dżungli jest dość ciężko. Poza tym wciąż miałam pod opieką ocelotkę, której za żadne skarby nie mogłam wywabić z jej kryjówki.

Przypomniało mi się wtedy, że mam telefon alarmowy. Mój plecak był już całkiem przemoczony, ale na szczęście aparat wciąż działał, więc zadzwoniłam do biura prosić o pomoc. Zdążyłam powiedzieć dwa słowa i rozmowa została przerwana. Próbowałam później jeszcze wiele razy, ale sieć krótko mówiąc padła. A więc stałam, marzłam, modliłam się i odliczałam czas. Strugi deszczu spływały po mojej twarzy. Błagałam kotkę, żeby raczyła wyjść i wrócić do klatki, używając do tego przeróżnych argumentów. W końcu, może bardziej żeby dodać sobie otuchy, zaczęłam śpiewać. Coraz głośniej i głośniej – właściwie to darłam się wniebogłosy mając nadzieję, że może jednak ktoś mnie usłyszy. Muszę tutaj dodać, że mam fatalny głos, po prostu nie potrafię śpiewać. Tak myślę, że wtedy jednak mnie to uratowało – kotka najpierw wychyliła się ze swojej norki, a potem spojrzała na mnie z poirytowaniem. Na szczęście nie zdążyłyśmy się jeszcze za bardzo oddalić od klatki, więc biegusiem wróciłyśmy szybko do punktu wyjścia. Tym razem i ja mogłam się schować w klatce Millie.

jungle

Moja Księga Dżungli cz. III

Dżungla to taki las,  który nie zna ciszy. Cykady niekiedy doprowadzają mnie do szaleństwa, ale z czasem przyłapuję się na tym, że już ich w ogóle nie słyszę i stają się tłem innych dźwięków. Zabawne, ale z początku automatycznie utożsamiałam różne odgłosy z tymi znanymi mi z „normalnego życia”. I tak wydawało mi się, że słyszę wibrację komórki, krajalnicę do chleba lub czyjeś kroki bądź szepty. Zupełnie to ignorowałam w pierwszej sekundzie; dopiero po czasie zdałam sobie sprawę, że to jednak musi być coś innego – przecież jestem w dżungli i nikogo poza mną z pewnością tu nie ma.

Moja wioska i lokalna dyskoteka po lewej

Cóż, w zdecydowanej większości źródła tychże dźwięków nie jestem w stanie zobaczyć, ale jeden z nich napawał mnie lękiem. Tak jakby pomruk kota, ale zdecydowanie większego niż Millie. Miałam więc wrażenie, że to puma skrada się gdzieś w bujnej roślinności. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wreszcie odkryłam, skąd dobiega ów hałas – był to trzepot skrzydeł kolibra. Niesamowicie głośny! Pojawiają się i znikają tak prędko, że zrobienie im zdjęcia niemal graniczy z cudem. Jednak nawet te pięć sekund, kiedy mały, kolorowy ptak zawiśnie gdzieś nad moją głową i kiedy mogę patrzeć mu prosto w długi dzióbek, stały się dla mnie chwilami wręcz magicznymi, których wypatruję każdego dnia.

Siedzi taka małpa na drzewie i rzuca swoimi odchodami we wszystkich, którzy się pojawią w pobliżu…

Druga sprawa – motyle. Je również bardzo ciężko ująć w obiektywie aparatu. Zwłaszcza te granatowe, których jedno skrzydło jest wielkości mojej dłoni. Mam takie swoje ulubione miejsce, które nazwałam Gniazdem Motyli, a gdzie zawsze pełno jest tych owadów. Kiedy przechodzimy tamtędy z Millie, wszystkie nagle się unoszą i zaczynają krążyć, tworząc jakby wir dookoła nas. Te akurat są identycznie żółte z lekko pomarańczowym odcieniem. Przepiękne! To jednak nie koniec motylich wariacji i możliwości kolorystycznych. Spotkałam bowiem także i takie, których skrzydła były… przezroczyste. Miały tylko lekko brązowy odcień, co z bliska wyglądało jak rozciągnięta rajstopa. Inne zaś przypominały uschnięte liście, niekiedy nawet z plamami imitującymi wygryzione dziury 🙂

Gdzie jest motyl?

Skoro są motyle, to muszą być też ich mroczniejsze kuzynki – ćmy. Po moim pokoju zawsze jakieś latają i można je podzielić na pewne kategorie: te mniejsze, większe, ogromne i dziwne, na przykład ze szczypcami wystającymi złowieszczo z aparatu gębowego. Pewien wyjątkowy gatunek ćmy, dodam że bardzo popularny w tym regionie, jest wektorem robaka o wdzięcznej nazwie boro-boro. Pierwszy raz natknęłam się na informację o nim w plikach w naszej klinice weterynaryjnej. Okazuje się, że owa ćma przenosi larwę, która to zadomowia się w naskórku nowego żywiciela i zaczyna się tam rozwijać. Gato, czyli puma żyjąca w ośrodku jakiś czas temu miała coś takiego na swoim nosie. Spore uwypuklenie z małą dziurką na szczycie i sączącą się zeń ropą z krwią. Leczenie jest proste – wystarczy zatkać tę dziurkę maścią z iwermektyną i taki robaczek, jak już nie ma czym oddychać, to szybko umiera, a później można go wycisnąć (wcześniej nie, bo ma haczyk na końcu, którym zaczepia się w tkankach i nie ma szansy go ruszyć, jedynie chirurgicznie).

Ktoś wie, co to za żabka?

Boro-boro nie przenosi żadnych groźnych chorób i generalnie nie jest niebezpieczny, a jedynie niesamowicie obrzydliwy. W Boliwii zarażenie tym pasożytem to bardzo typowa przypadłość, więc lekarze nie mają z nim problemu. Gorzej, jeśli trafi się z czymś takim do Polski… No właśnie, bo larwa ta upodobała sobie ludzi równie mocno, co zwierzęta, a ja miałam to nieszczęście się o tym przekonać na własnej skórze (dosłownie). Z początku nie zauważyłam rany na moim podudziu z powodu licznych pogryzień przez komary, pszczoły i inne takie niemalże na całym moim ciele. Jednak kiedy wróciłam, a wszystko pozostałe się już zagoiło, zaniepokoiła mnie twarda masa z dziurką niedużej wielkości. Mając w pamięci przypadek pumy, udałam się natychmiast do lekarza specjalisty chorób tropikalnych. Najpierw pomylił Boliwię z Bali (przecież to niedaleko), a później ni stąd ni z owąd zaczął pokrzykiwać na mnie, że równie dobrze mogłam się udać do dermatologa, zamiast zawracać mu głowę (what?!?!). W ostateczności pełen łaski przepisał mi antybiotyk, a ja opuściłam gabinet z przekonaniem, że Pan doktor nie bardzo miał jakiekolwiek pojęcie, z czym ma do czynienia i jak się za to zabrać. Ba, nawet nie raczył obejrzeć mojej nogi. Skonsternowana wróciłam do siebie i postanowiłam wyleczyć się sama. Odcięłam dostęp powietrza i zgodnie z moimi obawami po 24 godzinach z mojej nogi wylazła wstrętna, 1,5-centymetrowa larwa, która męczyła mnie w koszmarach sennych jeszcze przez kilka następnych dni…

Południowo-amerkańska BIEDRONA 😛

Mój słodziak!

Previous Older Entries

%d blogerów lubi to: