Przygarnij nosorożca! Potrzebny pilnie bezpieczny dom

Pisałam rok temu podczas pierwszej wyprawy do RPA o tragedii, która dotknęła spotkane przeze mnie nosorożce. Zupełnym przypadkiem parę tygodni później miałam okazję opiekować się małym „noskiem”, którego matkę spotkał podobny los, z tym, że ona nie przeżyła ataku i maluch musiał trafić do sierocińca. Wróciłam do tych wspomnień i okazuje się, że pisałam wtedy, iż około 400 nosorożców ginie rocznie z rąk kłusowników, aby wylądować na azjatyckich rynkach. Byłam tam w lutym 2012, a więc raptem półtora roku temu. To straszne, jak zmieniły się statystyki przez ten krótki czas. Tylko w tym roku (a mamy dopiero początek listopada), tylko w Parku Krugera bestialsko zamordowano ponad 700 nosorożców! To znaczy, że codziennie giną średnio 2-3 z nich. Rodzi się znacznie mniej, bo młode pozostaje u boki matki nawet do 3-4 lat. W dzisiejszych czasach ma jednakże coraz mniejsze szanse na przetrwanie – może zginąć jeszcze zanim zdąży mu wyrosnąć porządny róg. Nie mieści mi się to w głowie.

Afryka bez nosorożców byłaby tak samo przykra, jak bez słoni, lwów czy lampartów. To dzikie zwierzęta czynią ją tak niezwykłą na tle reszty świata.

Afryka bez nosorożców byłaby tak samo przykra, jak bez słoni, lwów czy lampartów. To dzikie zwierzęta czynią ją tak niezwykłym kontynentem.

Tym bardziej mogę powiedzieć, że był to zaszczyt pracować z tak niezwykłymi stworzeniami. Tylko od nas zależy czy nosorożce przetrwają, czy też przejdą do legend, dlatego z wielkim zapałem podeszłam do akcji „przeprowadzki”. Park Narodowy Krugera to ponad 2 mln hektarów powierzchni, na której toczy się codzienne życie tysięcy zwierząt. O ile kłusownicy są doskonale uzbrojeni w sprzęt militarny, o tyle strażnicy parku już nieszczególnie, dlatego skuteczne monitorowanie tak dużego obszaru jest, jak udowadniają liczby, praktycznie niemożliwe. Przynajmniej nie z tak słabym wyposażeniem. Jednakże RPA to nie jeden, a dziesiątki parków, z których większość to prywatne tereny, które nie bez powodu przyciągają turystów z całego świata. Są znacznie mniejsze, ale przez to bezpieczniejsze dla żyjących tam zwierząt. Dlatego właśnie częściowo przenosi się je z nadzieją na zapewnienie im spokojnej oazy, gdzie szanse na tragiczny koniec maleją, choć oczywiście wciąż istnieją.

Róg nosorożca to już nie tylko element chińskich wierzeń w jego leczniczą moc. Ostatnio coraz częściej to też modny "narkotyk" na imprezach azjatyckich milionerów i ekskluzywne remedium na... kaca.

Róg nosorożca to już nie tylko element chińskich wierzeń w jego leczniczą moc. Ostatnio coraz częściej to też modny „narkotyk” na imprezach azjatyckich milionerów i ekskluzywne remedium na… kaca.

W pięć dni mieliśmy przetransportować 30 nosorożców do innych parków. Pamiętam, że na początku okropnie się stresowałam, ale pod koniec tygodnia nabrałam już wprawy i czułam się pewnie. W akcję zaangażowanych było około 30 osób. Zaczynaliśmy bardzo wcześnie, bo około 3 nad ranem. Dom, w którym mieszkałam, był ogrodzony i choć do weterynarzy miałam raptem około 100 metrów od bramy, to o tej porze nawet tak krótki odcinek musiałam pokonać samochodem. W okolicy kręciło się mnóstwo hien, które ujadały przez całą noc, a niedawno lampart zostawił zwłoki upolowanej antylopy w okolicy, więc nie były to przesadne środki ostrożności. Na miejscu pomagałam załadować cały ekwipunek weterynaryjny i wskakiwałam na pakę pick’upa. Było jeszcze zimno, więc otulona w jedyną bluzę i kurtkę, jaką zabrałam do Afryki (kto by się spodziewał, że będą potrzebne?), mknęłam razem z resztą ekipy przez ciemny busz. Niekiedy z drzemki wyrywało mnie ostre hamowanie, które znaczyło, że mamy gości. Raz stado bawołów akurat przechodziło na drugą stronę, to likaony zajęte swoimi sprawami przebiegły przed maską, innym razem zaś trzy dorosłe lwice niechętnie ustąpiły nam drogi. Jechaliśmy dalej. Dopiero, gdy znad rozwianej roślinności ukazywał się helikopter, hałas jego śmigieł sygnalizował, że jesteśmy na miejscu.

Ekipa gotowa do akcji!

Ekipa gotowa do akcji!

Wtedy wszystko nabierało tempa. Ludzie wyskakiwali z aut chwytając liny, pudła z lekami, kubły z wodą, ręczniki i inne „przybory” do łapania nosorożców. Każdy miał swoje zadanie do wykonania: jedni dbali, żeby zwierzę się nie przegrzało, inni wwiercali mikroczipy do rogu. Ja miałam za zadanie jak najszybciej zebrać wszystkie próbki, które po powrocie analizowałam w laboratorium, a więc włosy, tkankę z ucha, krew, kał i kleszcze. Monitorowałam funkcje życiowe znieczulonych zwierząt i podawałam środek odwracający działanie anestetyków. Matki były przenoszone razem ze swoim potomstwem, więc niekiedy musiałam obsługiwać dwóch pacjentów na raz, ale byłam członkiem doświadczonego zespołu, więc mogłam zawsze liczyć na czyjeś wsparcie. Ależ to były emocje!

Pobieram krew - musiałam napełnić aż 12 probówek. Na uchu prościej było trafić w naczynie, na nodze za to lepsze ciśnienie pozwalało szybciej napełnić probówki, ale żyły trzeba było szukać "po omacku".

Pobieram krew – musiałam napełnić aż 12 probówek.

Zbieram kleszcze

Zbieram kleszcze

Mama z małym

Mama z małym

Pobieram kał

Pobieram kał

Aby przebić igłą tak grubą skórę musiałam używać obu rąk.

Aby przebić igłą tak grubą skórę musiałam używać obu rąk.

Weterynarz, który znieczulał nosorożce, strzelał do nich z helikoptera bardzo silnym środkiem zwanym etorfiną (M99) – opioidem o mocy morfiny razy tysiąc. Nawet jedna kropla tego leku przypadkowo rozlana na skórę jest w stanie zabić człowieka (o ile w porę nie poda się antidotum), więc trzeba było się z nim obchodzić ze szczególną ostrożnością. Ja wolałam trzymać się z daleka, ponieważ nie ufam sobie jeszcze na tyle, żeby brać do rąk tak niebezpieczną substancję. Jednakże dla miejscowych weterynarzy to codzienność, które nie wywiera już żadnego wrażenia. Dr Buss nawet nabierał lek bez rękawiczek twierdząc, że z gołymi rękami zwiększa swoją czujność. Cóż… każdy ma swoje metody. Kiedy spytałam go, czy zdarzyło mu się kiedykolwiek rozlać M99 na siebie, ze stoickim spokojem odparł, że owszem tak, kiedy nabierał lek w trakcie lotu helikopterem, którym nagle zatrzęsło. W ogóle to wszyscy weterynarze dzikich zwierząt, których zna, przeżyli podobne zagrożenie. Ja jednak wolałam nie ryzykować.

Strzałka ze środkiem znieczulającym

Specjalna strzykawka ze środkiem znieczulającym

Okazało się, że moje chcenie w rzeczywistości niekoniecznie mogło mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy grupa ludzi próbowała przewrócić jednego z nosorożców na drugą stronę, bez namysłu podbiegłam z pomocą. Pchałam ile sił, nie patrząc na to, że miałam zakrwawione ręce – przecież i tak byłam już cała brudna – pomyślałam. Kiedy wreszcie udało nam się obrócić ciężkie zwierzę, uderzyła we mnie paraliżująca myśl: dotykałam nosorożca w okolicy zadu, dokładnie tam, gdzie przed chwilą była strzałka z etorfiną, a krew na moich rękach pochodzi z rany postrzałowej. Teoretycznie więc może być tam śladowa ilość leku, który nie zdążył się wchłonąć. Nawet taka mała ilość może być dla mnie śmiertelnie niebezpieczna. Spojrzałam z trwogą na Dr Buss’a i chyba miałam bardzo przerażoną minę, bo nie musiałam nic mówić, żeby załapał, co chodzi mi po głowie. Zapytał jak się czuję, kazał mi obmyć ręce ciepłą wodą i stwierdził, że powinno być „okej”. Nie uspokoiło mnie to i przez najbliższe dziesięć minut analizowałam, czy czuję się słabo i jakoś tak dziwnie, bo jednak coś się dzieje, czy po prostu jest to efekt stresu (a nawet paniki). Minęło pół godziny i… nic. Żyłam, czułam się świetnie. Chwilowe wątpliwości zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Stwierdziłam w duchu, że mimo wszystko nadal chcę być weterynarzem dzikich zwierząt. Jak to mówią, jest ryzyko, jest zabawa.

DSCN2166

Randka z hieną

Dwudziesta wieczór, zaraz po zachodzie słońca, w delikatnym świetle reflektorów, przy afrykańskiej muzyce, która aż prosiła o pokuszenie i nieodwracalnie przyciągała prowokując do grzechu, rozległ się… głupkowaty śmiech. Za nim podążył odurzający smród. Wytężyłam wzrok, próbując ustalić źródło dźwięków, które zagłuszył ryk konającego bawołu. To właśnie ta melodia podnosiła ciśnienie w tętniących rządzą mordu naczyniach nadchodzących ofiar całej tej zasadzki. A ten słodki zapaszek świeżej padliny… nie mogły się powstrzymać, choć wyraźnie czuły, że coś jest nie tak. Zagrano im więc inną muzykę, dodając odwagi do ostatecznego skoku – tym razem busz przeszył rozdzierający krzyk zarzynanych guźców. Sąsiedzi nie spali tej nocy, to pewne. Kilka cieni przemknęło koło mnie i zniknęło w zaroślach. Coś poruszyło się za mną – odwróciłam się na pięcie, ale jedyne, co naprawdę mogłam zobaczyć, to ciemności, wszystko inne podsuwała mocno podsycona wyobraźnia, która dawała popis jak nigdy dotąd. Słyszałam jednak jak się nawołują, jak podchodzą coraz bliżej. Czasem udało się zobaczyć jedną czy dwie w świetle latarki, ale to je natychmiast płoszyło. Gdy nadszedł odpowiedni moment, wtedy nastąpił strzał! Po nim nastała cisza.

DSCN1818

Wyskoczyłam z pick up’a, pociągając za sobą nosze i zaczęłam targać je przez krzaki. Z widocznością było słabo, więc pokaleczyłam sobie nogi przeciskając się między krzakami – jednak krótkie spodenki na randkę z hieną to kiepski pomysł. Serce waliło mi z emocji; wreszcie to było to, na co tak długo czekałam – pierwsza prawdziwa akcja w Afryce, w której mogłam brać czynny udział. Parę minut szukałam hieny, która zdążyła odbiec spory kawałek w głąb buszu, zanim powalił ją z nóg środek znieczulający. Strzałka z różowym kłębuszkiem wystawała z uda – to był idealny strzał. Choć hiena wyglądała na jeszcze młodą, to musiałam się sporo wysilić, żeby przenieść ją na nosze. Niedopasowana czołówka spadała mi na nos tym częściej, im bardziej się spieszyłam. Dokładnie tej samej przynęty, czyli padliny i dźwięków, używa się do złapania lwów, więc mogły być gdzieś w pobliżu, a ta świadomość nie dodawała mi pewności. Kiedy w końcu przeniosłam delikatnie pierwszą pacjentkę (w zasadzie to przeciągnęłam za nogę po ziemi) na nosze, akurat podbiegli pozostali członkowie ekipy i ktoś pomógł mi donieść ją do samochodu. Przecisnęliśmy się z powrotem przez gęsty, kłujący busz i wtedy zdjęłam latarkę z głowy chcąc oświetlić drogę. Serce skoczyło mi wówczas do gardła – oto przede mną kolejna hiena szła dokładnie w moim kierunku! Kiedy oślepiłam ją światłem z czołówki przystanęła, a ja miałam ochotę zrobić to samo, ale osoba z tyłu niosąca ze mną nosze wypchnęła mnie do przodu. Chcąc nie chcąc, musiałam kontynuować drogę do auta, które, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się być już bardzo blisko.

DSCN1796

Pierwsza hiena, którą udało się złapać

Wtargaliśmy uśpioną hienę na pakę samochodu. Wskoczyłam obok i sprawdziłam funkcje życiowe – tętno i oddechy w normie. Może mało kto się ze mną zgodzi, ale rany! jakaż ona była piękna. I dzika. Ta sierść, masywne szczęki, potężne łapy, cuchnący oddech… Miałam przed sobą wyłączoną ze świadomości hienę i ochotę, by zajrzeć w każdą dziurkę, pomacać każdy jej centymetr kwadratowy – takie zboczenie zawodowe, przed którym postanowiłam się nie powstrzymywać. W końcu nie codziennie można sobie pobadać hienę, a każda okazja jest dobra, żeby się uczyć i zdobywać doświadczenie. Zaaferowana zauważyłam, że jedno udo zwierzęcia jest jakby cieńsze. Wkrótce jednak ruszyliśmy szukać następnych hien i w trakcie jazdy za bardzo trzęsło samochodem, żebym mogła kontynuować moje „badanie”. Wkrótce też ponownie rozległ się krzyk guźców z wielkiego głośnika nad moją głową, więc stetoskop też musiałam odłożyć na bok.

Pierwszy raz osłuchuję hienę.

W sumie złapaliśmy trzy hieny. Razem z Tiną i Jo – pozostałymi studentkami, które tak jak ja odbywały praktyki – miałyśmy akurat po jednym pacjencie do monitorowania. Kiedy już dojeżdżaliśmy do bazy, dwie hieny zaczęły wykazywać pierwsze objawy wybudzania się z narkozy. Siedziałam dokładnie przy pysku jednej z nich i nie miałam możliwości zmienić miejsca, ponieważ na pace samochodu, oprócz nas i zwierząt, znajdował się jeszcze cały sprzęt weterynaryjny. Musiałam więc zaufać doświadczeniu lekarzy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, mieliśmy jeszcze trochę czasu, aby pobrać próbki do badań. Spodziewałam się, że studentom będzie wolno co najwyżej popatrzeć, jak to robią zawodowcy, gdyż niestety tak najczęściej wyglądają praktyki na uczelni w Polsce, jednak mimo, iż mieliśmy bardzo mało czasu, natychmiast dostałam igłę w dłoń. Poza pobraniem krwi, tkanek, popłuczyn z tchawicy i innych materiałów do badań, trzeba było wykonać test śródskórny na gruźlicę, która jest poważną chorobą różnych gatunków zwierząt w Parku Krugera. Było to też głównym powodem, dla którego hieny zostały złapane i przetrzymywane przez następne 72 godziny, czyli aż do odczytania wyników testu.

DSCN1819

Pobieram krew do badań

Pobieranie popłuczyn z tchawicy

Pobieranie popłuczyn z tchawicy

Przy okazji odczytu ponownie pobraliśmy wszystkie próbki od zwierząt. Dr Buss zostawił mnie samą z jedną z hien i poprosił, żebym dokładnie ją zbadała i powiedziała, co mi się u niej nie podoba. Tak się złożyło, iż była to dokładnie ta sama samica, której tylna kończyna już wcześniej mnie zaintrygowała. Wzięłam więc łapę delikatnie w ręce i już chciałam zaopiniować złamanie śródstopia, ale okazało się, że staw skokowy u tych zwierząt zgina się pod znacznie większym kątem niż u domowych psów, co zrozumiałam dopiero, gdy omacałam zdrową kończynę. Problem leżał trzy piętra wyżej – złamanie kości udowej, która była już w fazie gojenia, stąd słabsze mięśnie udowe tej kończyny, która przez ostatni czas była odbarczana. O operacji nie było mowy, gdyż kość trzeba by było ponownie złamać i dopiero wówczas próbować złożyć, a to wiązało się z długim okresem rehabilitacji i problemem późniejszej reintrodukcji do buszu. Dr Buss uznał, iż: jest to zwierzę młode, poza tym w dobrej kondycji, które powinno poradzić sobie na wolności, zwłaszcza, że hieny większość ciężaru swojego ciała utrzymują na przednich łapach. Dziewczyna dostała swoją szansę na przetrwanie.

Złamana noga

Złamana noga

Moja pacjentka

Moja pacjentka

Liczny zespół, gdzie każdy jest za coś odpowiedzialny

Liczny zespół, gdzie każdy jest za coś odpowiedzialny

Wszystkie hieny uzyskały negatywny wynik testu na gruźlicę i zostały ponownie dokładnie zbadane, a następnie załadowane do samochodu. Kontrolowałam ich funkcje życiowe aż dojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy ponownie wypuścić je na wolność. Ułożyliśmy je obok siebie, podałam antidotum i odeszliśmy na parę metrów. Siedząc na małej górce obserwowaliśmy, jak każda z nich po kolei się budzi, spogląda na nas nieprzytomnym wzrokiem i wreszcie nabrawszy sił, chwiejnym krokiem odchodzi w busz. Czekaliśmy cierpliwie do samego końca, gdyż pozostawione same sobie, jeszcze pod wpływem środka znieczulającego, byłyby łatwym łupem dla większych drapieżników. Najwięcej czasu potrzebowała hiena ze złamaną nogą. Najpierw podeszła na nie więcej niż 5 metrów ode mnie, a kiedy już złapała pełen pion, bez trudu pobiegła swoją ścieżką, znikając w gęstych zaroślach. Piękny to był widok.

P1100688

Pierwszy wstał najmłodszy słodziak

Na szyi widać ślad po teście na gruźlicę - wynik negatywny

Na szyi widać ślad po teście na gruźlicę – wynik negatywny

To tylko ziewnięcie

To tylko ziewnięcie

Ostatnie spojrzenie i odeszła

Ostatnie spojrzenie i odeszła

Veterinary Student Workshop, Kolmården ZOO, Sweden

Medycyna dzikich zwierząt to nie tylko dalekie podróże, niesamowite przygody i świetna zabawa, choć tak mogłoby się czasami zdawać czytając mojego bloga. W końcu najchętniej dzielimy się z innymi naszymi sukcesami, a najdłużej pamiętamy te przyjemne chwile, wymazując porażki i potknięcia. Prawda jest jednak taka, że nie ja pierwsza zapragnęłam zostać weterynarzem dzikich zwierząt. Dlatego ta dziedzina nauki jest bardzo BARDZO konkurencyjna, zwłaszcza że miejsc pracy w ogrodach zoologicznych czy parkach narodowych jest niewiele. Szansę na praktykę lub rezydencję w renomowanym ośrodku mają nieliczni. W dodatku zdobycie doświadczenia zawodowego w tak szerokiej specjalizacji jest nie tylko niezwykle czasochłonne, ale przede wszystkim kosmicznie kosztowne. Tylko pomyślcie, ile lat ludzki lekarz musi się uczyć, aby poznać jeden organizm, a jak tu zostać ekspertem od ssaków, płazów, gadów i ptaków jednocześnie??? Że nie wspomnę o bezkręgowcach. Czasem mam wrażenie, że życia mi nie starczy. Zasoby portfela już dawno się skończyły, ale szczęśliwie udaje mi się zarazić innych tą pasją i pozyskać sponsorów. Tak więc czekają mnie jeszcze lata ciężkiej nauki i życia za skromny budżet, wiecznego inwestowania w swoją edukację. Czy gdy już osiągnę wymarzony poziom, mogę mieć nadzieję, że całe lata poświęceń zwrócą mi się finansowo? Raczej nie. Dlaczego więc wciąż podążam tą drogą? Bo pasja. Bo najpiękniejszy zawód świata. Bo ta satysfakcja, kiedy ocali się choćby jednego osobnika z gatunku zagrożonego wyginięciem i jeszcze większa, gdy odbierze się poród takiego zwierza. Bo nie ma nigdy dwóch takich samych przypadków. Bo wciąż trzeba szukać, dociekać, dowiadywać się. Bo jest sens.

pomarzyć zawsze można...

Marzenia przecież się spełniają…

Właśnie dlatego wszystkiego postanowiłam wygrzebać moje stypendialne oszczędności i pojechać na tydzień do Szwecji, aby wziąć udział w warsztatach dla studentów weterynarii w Kolmården. Do udziału zostało zaproszonych tylko 20 osób z całej Europy, dlatego aplikowałam dużo wcześniej i aż podskoczyłam z radości, kiedy wreszcie dostałam informację, że zostałam przyjęta. Tematem przewodnim była anatomia i fizjologia zwierząt w zoo oraz dzikich. Przez kilka dni uczestniczyliśmy w wykładach prowadzonych przez znanych specjalistów. Był wśród nich między innymi profesor Rob Shave, który choć z wykształcenia jest ludzkim kardiologiem, to interesuje się chorobami serca dużych małp i teraz dzieli się wynikami swoich wieloletnich badań na światowych kongresach. Tematyka okazała się bardzo obszerna – od fizjologii krążenia u nurkujących fok, przez komunikację wśród delfinów i tracheotomię mrówkojada, po budowę prącia u krokodyli i znieczulenie żyrafy. Wszyscy studenci również mieli za zadanie zaprezentować artykuł naukowy w postaci postera lub aplikacji power point. Mnie przypadła hibernacja baribali (takie niedźwiedzie na Alasce), a że odbyłam niedawno praktyki w chińskim ośrodku dla pand, zostałam jeszcze poproszona o wykonanie drugiej prezentacji odnośnie fizjologii rozrodu pand wielkich w niewoli. Miałam więc podwójną okazję, żeby się wykazać, ale też większe obciążenie, dlatego przed wyjazdem spędziłam tydzień wyłącznie przed komputerem. To było moje pierwsze wystąpienie w języku angielskim, więc włożyłam w moje prezentacje dużo pracy i wysiłku, żeby tylko obezwładnić stres i dobrze wypaść przed tak zacnym gronem. Oprócz zajęć w sali konferencyjnej przygotowano też dla nas część praktyczną, obejmującą m. in. tresurę delfinów i budowę słoniowej stopy oraz metod korekcji. W zaledwie parę dni bardzo dużo się nauczyłam i poznałam osobiście ludzi, o których dokonaniach do tej pory mogłam tylko poczytać w internecie. Dla mnie BOMBA! 🙂

słoniowa stópka

słoniowa stópka i pięć palców

zajęcia praktyczne

zajęcia praktyczne

pobieranie krwi od nosorożca

pobieranie krwi od nosorożca

sala wykładowa - w tle szkielet delfina

sala wykładowa – w tle szkielet delfina

P1100088

Jeszcze słów parę o samym zoo w Kolmården. Muszę przyznać, że byłam pod wielkim wrażeniem. Duże wybiegi, naturalnie ogrodzone fosą lub skałkami i położone w samym lesie pośród jezior dawały wrażenie, że jest się częścią natury. Żadnych pordzewiałych krat, za to liczne łączone ekspozycje, na których przebywało nieraz 12 różnych gatunków. Niektóre mogliśmy oglądać z ziemi, inne zaś podziwiać z góry w specjalnej kolejce linowej. Podczas przejażdżki przypadkiem dostrzegłam lwy bawiące się iPhonem – zguba raczej nie trafi już do właściciela… I jeszcze gwóźdź programu – pokaz delfinów! Coś niesamowitego, wzruszyłam się do tego stopnia, że po skończonym przedstawieniu zauważyłam, że mam mokre policzki. Zwierzęta nie tylko popisywały się skokami, ale też pływały razem ze swoimi opiekunami i wyrzucały ich spod wody na parę metrów. Całość idealnie zgrana z muzyką oraz filmem na ekranie okalającym basen. Podświetlana woda dodatkowo odbijała obrazy jak w zwierciadle uzyskując efekt lepszy niż w kinie 3D – magia! Co zastanawiające, zoo otwarte jest tylko 4 miesiące w roku, jakim więc cudem utrzymuje tylu pracowników i zwierzęta przez cały rok? Cóż, na pewno ZOO w Kolmården może służyć za przykład innym ogrodom, nie tylko w Polsce. Zdecydowanie warto je zobaczyć.

egzotyczny wybieg dla sześciu tygrysów, które mogą przeskakiwać przez wodę na drugą stronę lądu

egzotyczny wybieg dla sześciu tygrysów

ogromne wybiegi i różne gatunki zwierząt razem to nie lada wyzwanie dla opiekunów i weterynarzy

ogromne wybiegi i różne gatunki zwierząt razem to nie lada wyzwanie dla opiekunów i weterynarzy

surykatka - jak zawsze bardzo fotogeniczna

surykatka – jak zawsze bardzo fotogeniczna

pantera śnieżna

pantera śnieżna

Nie żadne prosche ani farrari - ja marzę tylko o takim samochodzie! Jest w nim wszystko czego potrzebuję :)

Nie żadne prosche ani farrari – ja marzę tylko o takim samochodzie! Jest w nim wszystko czego potrzebuję 🙂

Ach te oczy!

Ach te oczy!

basen delfinów

basen delfinów

gdyby nie weterynaria, chyba chciałabym pracować z delfinami...

gdyby nie weterynaria, chyba chciałabym pracować z delfinami…

P1090954

mama z rocznym potomkiem

kolejką przez zoo

kolejką przez zoo

Ostatniego dnia pojechałam jeszcze na szybkie zwiedzanie do Sztokholmu. Żeby obniżyć koszty nocowałam oczywiście na couchu u Włocha Marcello, który od dwóch lat tam studiuje. Chociaż w tym mieście nie ma spektakularnych zabytków, to myślę, że jest to jedno z tych miejsc, w których dobrze się żyje. Zeszliśmy pieszo wszystkie centralne wyspy i wspięliśmy się na jeden z punktów widokowych.  Co mnie uderzyło od samego początku, to wszechobecna zieleń – liczne parki, ścieżki dla biegających i rowerzystów. Między tym morze, plaże i jeziora, po których pływają kajakarze i surferzy. Wszystko scalają ze sobą kolorowe uliczki zabytkowych kamienic i liczne kawiarnie, w których można odpocząć, spotkać znajomych czy załatwić sprawy biznesowe. Świetnie oznakowane metro oraz liczne autobusy, w których można płacić wyłącznie kartą kredytową, dowożą mieszkańców w każdą część miasta. Restauracje drogie – ale nie dla miejscowych, tak przynajmniej można sądzić po lokalach pełnych gości o każdej porze dnia. Ja jednak w ramach oszczędności zaproponowałam Marcello wspólne gotowanie – sama przyrządziłam żurek (Made in Poland), on z kolei risotto z gruszką i gorgonzolą na winie. Na deser zaś – tiramisu! I TO właśnie, a nie cena, jest wyższością couchsurfingu nad najlepszym nawet 5-gwiazdkowym hotelem. W zamian z przyjemnością będę kiedyś gościć Marcello u siebie w Warszawie 🙂

kajakowanie w niedzielne południe

kajakowanie w niedzielne południe

panorama miasta

panorama miasta

P1100108

to wciąż centrum miasta

kawiarnie i irlandzkie puby na każdym kroku

kawiarnie i irlandzkie puby na każdym kroku

parlament

parlament

P1100189

P1100213

Marcello z koleżanką i nasza wspólna kolacja

Marcello z koleżanką i nasza wspólna kolacja

tiramisu made by italian :)

tiramisu made by italian 🙂

pięknie tam!

pięknie tam!

Przedszkolaki z naszej paki

Może zacznę od początku. Gdy przyjechałam do Bifengxia Panda Base zdziwiło mnie, że jestem tutaj jedyną studentką. Poznałam tylko Meghan z USA, która robiła badania do swojego doktoratu. I ani pół białej twarzy więcej. Jak się później dowiedziałam, miałam sporo szczęścia dostając się na te praktyki. Maila do Pani Dyrektor działającej w fundacji finansującej tenże ośrodek znalazłam grzebiąc któregoś dnia w Internecie. Odpisała parę miesięcy później, gdy byłam jeszcze w Boliwii. Dopiero tu na miejscu odkryłam, iż chińscy weterynarze omyłkowo zrozumieli, że znam się z tą, jak się okazuje, ważną w szeregach kobietą i tylko dlatego pozwolili mi uczestniczyć w praktykach. W dodatku całkowicie za darmo (musiałam tylko sama się utrzymać). Cóż, uznałam, że lepiej będzie nie wyprowadzać ich z błędu – zyskałam dzięki temu wyjątkowe przywileje 😉

DSC_6362

Pora na lekarstwa – maluszek kurczowo trzyma się drzewa.

Przez pierwszą połowę pobytu byłam całkowicie pochłonięta samicami w rui. Po półtorej tygodnia nastała jednak cisza. Nadejście wiosny obsunęło się nieco w planach, więc i pandy nie wykazywały zainteresowania nałożonym na nie programem rozmnażania. Miałam więc czas przyjrzeć się bliżej 6 – miesięcznym maluchom, które przeniesiono tymczasowo do kliniki. Tylko że… Chińczycy zaczęli ukrywać je przede mną. Z podejrzeniami wtargnęłam na salę operacyjną, gdzie akurat robili badanie USG. Usłyszałam, że nie mogę tam przebywać, co nie powiem, ale dość mnie wzburzyło. To ja wkładam tyle trudu i lecę tysiące kilometrów, żeby usłyszeć trzaśnięcie drzwiami przed nosem?! Zdecydowałam się na poważną rozmowę z weterynarzami. Efektem była półgodzinna narada, z której oczywiście nic nie zrozumiałam. Na koniec przekazano mi jednak, iż mogę zajmować się małymi pandami z zastrzeżeniem, iż mam trzymać buzię na kłódkę i tym bardziej nie pisać o tym w Internecie. O czym? – pytam ich. To wielka tajemnica – wszystkie młode są chore.

P1060154

Ulubione miejsce Ye Ye i świetny punkt widokowy

Objawy: biegunka i wymioty. Temperatura w normie. Lekkie odwodnienie. Małych pandziątek było w sumie siedem. Zwłaszcza dwa były w cięższym stanie. Badanie PCR wskazało na infekcję rotawirusem. Zamówiono surowicę odpornościową, niestety dla jednego z maluszków przesyłka przyszła za późno, biedactwo zmarło w nocy. W ośrodku zapanowała nerwowa atmosfera, a ja mogłam doświadczyć, czym jest praca w komunistycznym państwie, które decyduje nawet o corocznym przychówku pand wielkich. Co więcej, wszelkie podawane leki były opisane wyłącznie w chińskich znaczkach! Nazwy powszechnie stosowane w medycynie jak i nazwy łacińskie były dla nich obce, więc miałam spore problemy z rozszyfrowaniem nawet podstawowych informacji. W ostateczności najlepszym (i jedynym) sposobem na dojście do porozumienia okazał się być internetowy translator.

DSC_6369

W pracy

Przez resztę pobytu opiekowałam się młodymi pandami. Oznaczało to nie tylko podawanie leków, ale też dbanie o drakońską higienę. Poza obowiązkami miałam też sporo czasu na zabawy z tymi przytulaśnymi miśkami, które podążały za mną krok w krok i natychmiast wspinały się po nogawkach na kolana. Nie mogłam długo oprzeć się ich słodyczy i przyznaję się, że skradły moje serce. Szczęśliwie wszyscy mali pacjenci czuli się już dobrze, gdy wyjeżdżałam. Dodam tylko, że zdjęcie z małą pandą i 5 minut zabawy z nią kosztuje dla turysty aż 500 zł. Ja miałam je za darmo tylko dla siebie. Wrażenia – bezcenne.

P1060083

Choć mają już pół roku, to wciąż ich głównym pożywieniem jest ciepłe mleczko.

Pod koniec mojego pobytu przeprowadzaliśmy jeszcze rutynowe badanie zdrowia dorosłych pand. Miałam wówczas okazję poćwiczyć wkłucia dożylne. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie zwierzaki grzecznie wystawiały łapy przez kratki i zaciskały je na specjalnym metalowym kołku. Opiekunowie podawali im kawałki jabłka lub marchewki, a ja w tym czasie mogłam trochę „pogrzebać” igłą, gdyż znalezienie żyły nie szło mi tak szybko, jakbym chciała. Przed samym wyjazdem przyszłam jeszcze pożegnać się z moimi podopiecznymi oraz z serdecznymi ludźmi, których tu poznałam. Chińczycy są niezwykle gościnni, a przed odjazdem każdy z nich podarował mi drobny upominek. Byłam mile zaskoczona i obiecałam, że jeszcze kiedyś ich odwiedzę. Może w przyszłym sezonie?

P1060879

P1060895

Ciekawski nosek

P1060923

Pandzie figle

P1060988

Jestem słodki i wiem o tym!

P1070217

Jedna huśtawka a tyle radości

P1070191

Leżakowanie

P1070151

Moja wesoła gromadka

P1070089

P1070052

Po 2 godzinach zabawy małe pandy zasypiają gdzie popadnie

P1070244

P1070253

Ich ulubionym zajęciem jest trenowanie wspinaczki, nawet po moich nogawkach

P1070276

I’m so happy!

P1060980

P1070783

P1070835

P1070867

P1070330

Ktoś tu chyba pił mleczko?

DSC_6382 (3)

My best memories :*

Panda Love Story

Ona – w średnim wieku, ale zadbana i poukładana. On – inwalida optymista. W dzieciństwie złamał nogę i za późno trafił do szpitala, jedyną możliwością była amputacja. Mimo to, nie stracił pozytywnego nastawienia do świata. Poznali się przypadkiem, gdy zamieszkali po sąsiedzku. Najpierw były ukradkowe spojrzenia przez wspólne okno, w końcu on zdecydował się zrobić pierwszy krok. Hana, zawsze nieskazitelnie piękna, tylko kusiła, nie dając nic w zamian. Dan długo znosił humory starszej pani, zanim ta w końcu zaakceptowała jego zaloty, ale nawet wtedy kazała mu czekać. Tylko ona wiedziała, kiedy nadejdzie ten wyjątkowy dzień.

P1030892

Hana bardzo pragnęła dziecka. Miała wielkie nadzieje w zeszłym roku, ale niestety nic z tego nie wyszło. Tym razem była zdecydowana zrobić wszystko, aby tylko doczekać się potomka. Kiedy jednak w końcu pozwoliła Danowi się zbliżyć, przyszło rozczarowanie. Jego kalectwo okazało się być definitywną przeszkodą na drodze do ojcostwa. Emocje wzięły górę, wywiązała się kłótnia i Hana ostentacyjnie wyprosiła go ze swojej sypialni. Wkrótce potem  zaczęła żałować i długo nawoływała Dana, ten jednak się nie pokazał. Prawdę mówiąc, po tym wszystkim co między nimi zaszło, bał się nawet spojrzeć w jej stronę.

P1050025

Czas mijał nieubłaganie, miała tylko 36 godzin na zajście w ciążę. Jeśli się nie uda, następna szansa będzie dopiero za rok. Chociaż w jej wieku, może już nigdy. Poszła na całość – randka w ciemno. Długo się kręciła, zanim podeszła do Bena, ale w końcu zdecydowała się nawiązać kontakt. On jednak nie był zbytnio zainteresowany tą znajomością, pochłonęło go raczej objadanie się liśćmi bambusa. Zniecierpliwiona, Hana rzuciła wprost jednoznaczną propozycję. Skorzystał. Ale coś było nie tak, nie zaiskrzyło. Hana obawiała się, że to nie wystarczy. A czas upływał…

P1040732

Urocza starsza dama wróciła do siebie, wzięła kąpiel, odświeżyła się i przemyślała sytuację. Ucieszyła się, kiedy zobaczyła Dana. Chociaż miała już niewiele czasu, postanowiła zaryzykować i dać mu jeszcze jedną szansę. Spędzili razem kilka pięknych godzin, emanując odwzajemnionym uczuciem. Jednak wszystko co piękne, szybko się kończy, a Hana wiedziała, że Dan nie da jej tego, czego tak bardzo pragnie. W końcu zdecydowała się na ostateczne rozstanie i nawet fikołki czy inne akrobacje Dana nie mogły jej już przekonać.

P1040691

Franka poznała przez koleżankę jeszcze tego samego dnia. Zbliżał się już wieczór i za chwilę miała znów stać się zwykłym Kopciuszkiem. Tym razem nie traciła już czasu, tylko od razu rozpoczęła swój uwodzicielski taniec. Frank był jeszcze młody i niezbyt doświadczony, ale to była jej ostatnia nadzieja. Na początku wszystko szło dobrze, lecz nie wiadomo kiedy, nagle doszło do ostrej wymiany zdań i rękoczynów. Upokorzona i zlekceważona uciekła.

P1050309

P1050321

Po tym incydencie potrzebowała ochłonąć, nabrać oddechu, odespać. Hana przemyślała wszystko jeszcze raz i postanowiła dać Frankowi drugą, ostatnią szansę. To była dobra decyzja, tym razem wszystko poszło jak należy. Po tak emocjonującym dniu najlepsze, co można zrobić, to leżak, bambus i relaks przy basenie. Odtąd żyje wciąż nadzieją, że za 4 miesiące wreszcie zostanie mamą.

P1040902

P1040501

W spektaklu wystąpili:

Hai Zi  w roli Hany

Dai Li w roli Dana

Bai Yang w roli Bena

Fu Long w roli Franka

 

ZA KULISAMI:

Za pomocą tej krótkiej historyjki chciałam Wam przedstawić moje zmagania w usiłowaniu zrozumienia spraw sercowych u pand wielkich. Opowieść ta jest w całości oparta na faktach, tylko ubrana w nieco bardziej przystępne słowa. Pozwoliłam sobie zamienić imiona na te, których sama używam w myślach, gdyż niestety wciąż mam problem z zapamiętaniem prawdziwych. W zasadzie, to ciągle zapominam również imion ludzi, z którymi tutaj pracuję, ale nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu, gdyż oni także nie potrafią spamiętać mojego (a mam na imię Natalia – jakież to skomplikowane :P).

P1040489

Jak już pisałam w poprzednim poście, samice tych wyjątkowych zwierząt są zdolne do zapłodnienia tylko raz w roku przez średnio 36 godzin. To bardzo niewiele, dlatego w tym ośrodku nad narodzinami nowych pokoleń ściśle współpracują specjaliści z różnych dziedzin – biotechnolodzy, biolodzy i weterynarze. Prowadzą ścisłe obserwacje behawioru zwierząt, gdyż wykazują one szereg zachowań świadczących o ich statusie hormonalnym. Na przykład samce w  sezonie rozrodczym znaczą teren… obsikują drzewa, stojąc na rękach, czyli „do góry nogami”. Samice zwykle ocierają się miejscami intymnymi o różne krawędzie, a także pluskają w wodzie. Przypomina to trochę małe dzieci bawiące się w wannie – cóż, mówiłam już, że pandy to prześmieszne stworzenia, więc nawet ich rytuał godowy jest dość zabawny.

P1030539

Wraz z pojawieniem się pierwszych zmian w zachowaniu samic, rozpoczynają się codzienne badania ich moczu na obecność hormonów. Czasem dodatkowo wykonuje się waginoskopię. Wszystkie te zabiegi mają na celu wykrycie owulacji i tym samym optymalnego momentu krycia. Na tym problemy się jednak nie kończą. Pandy są wybredne i nie wdają się w intymne gierki z byle kim. Czasem samicy nie odpowiada samiec, innym razem na odwrót. Nie wiadomo do końca, na jakiej podstawie wybierają sobie partnerów. Dlatego nasza Hai Zi (Hana)  została przedstawiona wielu osobnikom. I choć kolejne próby kończyły się niepowodzeniem, to dopiero na końcu udało się osiągnąć sukces. Gdyby tak się nie stało, konieczna by była inseminacja, czyli sztuczne zapłodnienie. Tym razem jednak zakończenie było bardziej pomyślne dla pandy, nieco mniej dla głodnej wiedzy studentki weterynarii 😉 Niemniej miałam szczęście pracować przy tej samicy na wszystkich etapach przez cały tydzień, a nawet poprowadzić własne badania. To był dla mnie bardzo pracowity, ale też owocny okres, w którym tak wiele nauczyłam się o zwierzętach, o których jeszcze niedawno nie wiedziałam prawie nic. A doprawdy – fascynujące są te stworzenia!

P1070280

Życie intymne pand

Panda wielka – symbol pokoju, ulubieniec świata, wielokrotny zdobywca pierwszego miejsca w rankingu na największego słodziaka wśród zwierząt. Nie miałam jak dotąd okazji poznać jej osobiście. Ale choć sama uległam czarowi licznych zdjęć w internecie opisanych samymi „achami” i „ochami” , to jednak zastanawiałam się, w czym tkwi prawdziwy urok tych miśków. Czy małe tygryski lub słoniątka nie są co najmniej równie cudowne? Otóż pewnych detali zdjęcie oddać nie może. O tym, że pandy zasługują na bycie numerem jeden wśród gromady czworonogów przekonałam się już w parę minut po dotarciu do Bifengxia Panda Base. Proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić tego całkiem sporego misia na zdjęciu poniżej, jak biegnie wywijając każdą łapą w inną stronę, a co dwa – trzy kroki robi fikołki! Albo wbiega na górkę, aby zaraz się z niej turlikać i tak w kółko. Później zaś macha i kłapie pyskiem walcząc z wyimaginowanym przeciwnikiem. A na koniec wspina się na drzewo, żeby za chwilę niezdarnie z niego spaść głową w dół, po czym pobiec dalej jak gdyby nigdy nic. Nieważne czy duże czy małe, pandy swoim zachowaniem natychmiast wzbudzają powszechne rozbawienie i dlatego cały świat postanowił za wszelką cenę ratować je przed wyginięciem. Tylko jak to zrobić, jeśli pandy zapomniały o podstawowym prawie przetrwania gatunku – rozmnażaniu?

P1020712

Hua Mei urodzony w San Diego Zoo świetnie wdrapuje się na drzewa

P1020716

Schodzenie jednak wychodzi mu znacznie gorzej – tutaj zsunął się po gałęziach głową w dół…

P1020717

… lądując w końcu na ziemi

P1020687

Aport!

P1030523

I jeszcze parę fikołków!

Rozród pand od lat budzi zainteresowanie naukowców, gdyż różni się znacznie od fizjologii zwierząt domowych. Chęć do rozmnażania wykazują one tylko na wiosnę, przy czym samice zachodzą w dwu – trzydniową ruję tylko raz do roku. Oznacza to, że w pozostałe 363 dni są bezpłodne. Długość ciąży nie jest jednoznacznie określona, bo mieści się w szerokich ramach 95-160 dni (choć znany jest i przypadek ciąży trwającej aż 324 dni!). To dlatego, że u pand występuje zjawisko zwane opóźnioną implantacją. Oznacza to, że zapłodniona komórka jajowa przez 1,5-4 miesięcy „pływa” w drogach rodnych samicy, a dopiero po tym czasie implantuje się w ścianie macicy zaczynając dalszy podział i rozwój. Dlatego tak ciężko jest przewidzieć datę samego porodu , a także w ogóle zdiagnozować ciążę.

P1030105

Słodziak

P1020929

Pandy mają duże wybiegi i zawsze otwarte domki, gdyż są aktywne zarówno w dzień jak i w nocy

P1020997

yummy!

Zwykle rodzi się jedno młode późnym latem. Zdarzają się jednak bliźnięta, a nawet trojaczki. W naturze jednak matka wybiera najsilniejszego potomka porzucając pozostałe, gdyż nie jest w stanie zaopiekować się większą ilością potomstwa. W bazie naukowej, w której obecnie pracuję, opracowano skuteczną metodę, dzięki której możliwe jest odchowanie całego miotu. Rozwiązanie jest w gruncie rzeczy proste. Matka zajmuje się jednym z bliźniąt, podczas gdy weterynarze opiekują się drugim. Co kilka dni robią zamianę podrzucając matce pierwszą pandzię, a zabierając drugą. Zapewnia to optymalne warunki zwierzakom i równe szanse na start w dorosłość. Oba noworodki częściowo dorastają na naturalnym mleku matki jak i na mleku zastępczym.

P1030253

Maluchy w swoich przepychankach są bardzo nieporadne i robią to w jakby zwolnionym tempie

P1030137

Przedszkole

P1020764

P1020857

Uboga dieta bambusowa nie pozwala na zbytnie wydatkowanie energii w ciąży i laktacji, dlatego młode pandy są najmniejszymi noworodkami spośród wszystkich ssaków za wyjątkiem torbaczy i rosną bardzo wolno. Dojrzewają płciowo w wieku 5-7 lat, po czym wydają na świat własne potomstwo. W warunkach naturalnych zwykle jest to raz na dwa lata, jednak tutaj młode są odstawiane od matek wcześniej i dlatego samice mogą zachodzić w ciążę nawet co roku. Jednakże tylko 1/3 samców żyjących w niewoli ma zachowane zachowania płciowe. Dodam, że pandy wybierają sobie partnerów w szczególny sposób, co znaczy po prostu, iż nie wszystkie samice są atrakcyjne dla samców. Stąd liczne problemy w rozmnażaniu tych zwierząt w niewoli. Obecnie najskuteczniejszą metodą zapewniającą zapłodnienie w sytuacji, gdy nie dochodzi do naturalnego krycia, jest sztuczna inseminacja. Nasienie pobrane metodą elektroejakulacji jest odpowiednio selekcjonowane i następnie przechowywane w ciekłym azocie. W ten sposób może przetrwać wiele lat, co pozwala wykorzystać nasienie nawet od nieżyjących już samców i zapewnia odpowiednią pulę genetyczną, którą wymieniają się wszystkie współpracujące ze sobą ośrodki trzymające pandy. Czy te wszystkie działania zapewnią jednak przetrwanie gatunku? Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi, gdyż nie jesteśmy w stanie zwiększyć liczby młodych rodzonych na wolności, a pandy, jak widać, niespecjalnie się przejmują swoim losem i czającą się groźbą całkowitego wyginięcia. Obecnie w rezerwacie Wolong prowadzi się „trening” małych pand mający przystosować je do życia w naturze. Póki co jednak wszelkie próby wypuszczenia zwierząt zakończyły się niepowodzeniem i szybką ich śmiercią.

P1030023

Jest leżaczek, jest bambus, jest cool!

P1020737

P1020907

Nie ma to jak popołudniowa drzemka, każdy to wie

P1030132

Jestem tutaj, ponieważ szczególnie interesuje mnie rozród gatunków zagrożonych i możliwości współczesnej medycyny, która może być dla nich ratunkiem. Okres luty – marzec to dopiero początek sezonu wśród pand, gdyż jego szczyt przypada raczej na miesiące marzec – kwiecień. Przygotowania ośrodka polegają na stałym monitorowaniu samic, co umożliwi w miarę szybkie rozpoznanie zbliżającej się rui. W związku z tym codziennie zbieram mocz, a następnie w świetnie wyposażonym laboratorium (sponsorowanym przez USA) badam poziom hormonów płciowych. Niekiedy dodatkowo robimy waginoskopię, czyli badanie błony śluzowej pochwy. Można to bez przeszkód wykonać przez kratki, pandy są świetnie wyszkolone i za jabłuszko lub marchewkę kładą się jak na stole ginekologicznym. Wszelkie zabiegi pokrywają się z obserwacją behawioru zwierząt, gdyż wykazują one szereg interesujących zachowań płciowych, o których jeszcze napiszę. Będę miała dużo szczęścia, jeśli uda mi się wziąć udział w inseminacji przed wyjazdem – teraz wszystko w rękach pandzioszków. Czekamy! 🙂

P1020642

Bifengxia (czyt. bi-fung-sia) Panda Base

P1020897

P1030412

P1020825

Moja Księga Dżungli cz. V i ostatnia

Dzikimi zwierzętami interesuję się już od dawien dawna, ale nie trzeba być ich znawcą, aby wiedzieć, że potrafią pokazać pazury. Każdy pewnie słyszał historie ludzi, którzy zanadto obdarzyli swoich podopiecznych zaufaniem i zapłacili za to nieraz nawet najwyższą cenę. Niby każdy o tym wie, że dzikie zawsze będzie dzikie, a jednak na widok tak pięknych stworzeń bardzo szybko się o tym zapomina, traktując je jak domowych czworonogów. Niestety ja również miałam okazję po raz pierwszy przekonać się, jak niebezpieczna jest praca, o której marzę od dziecka. Choć teraz myślę, że lepiej dostać taką lekcję od ocelota, niż na przykład gdyby miał to być lew…

IMG_4545

Jeden z ostatnich dni na wolontariacie. Cieszyłam się przygodą, która mnie spotkała i chciałam, aby nasze rozstanie z Millie było wyjątkowe. Niestety, kotka od samego rana była bardzo nerwowa i niespokojna. Co chwilę odwracała się patrząc na mnie przenikliwie i wydając pomruk, który nie zwiastował niczego dobrego. Czułam się wówczas bardzo nieswojo i próbowałam uspokoić ją głosem. Dałam jej więcej swobody,w końcu całkiem nieźle szło mi już przedzieranie się przez dżunglę, mogłam dostosować się do jej tempa. Kiedy jednak ocelotka rozpędziła się w stronę terenu należącego do Gato (pumy) musiałam zaoponować. Zatrzymałam się, linka się naprężyła, a ja stanowczo powiedziałam – No mas Millie! (dalej nie!). Kotka próbowała pociągnąć mnie w swoją stronę, ale kiedy zdała sobie sprawę, że nie zmienię zdania, odwróciła się i spojrzała na mnie w taki sposób, że wiedziałam już, co za chwilę się wydarzy.

IMG_4548

Wiedziałam, a jednak nie potrafiłam się temu sprzeciwić, zrobić cokolwiek, choćby krok w jej stronę. Stałam jak wryta i jak z oddali słuchałam własnego krzyku, który echem poniósł się po lesie. Przerażona przywiązałam smycz do drzewa i odeszłam, aby obejrzeć ranę. Krwawiła, ale niezbyt mocno. Trzy kły zostawiły ślad na moim udzie. Nie bolało, a jednak nie mogłam uspokoić oszalałego serca. Musiałam odczekać i opanować emocje – czekał mnie jeszcze powrót z Millie do klatki, a byłyśmy jeszcze bardzo daleko. Dwie, trzy godziny jak nic.

IMG_4571

Tamto wydarzenie wiele mi uświadomiło, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam, że mogłabym zrezygnować. Porzucić mój pomysł na życie, największą pasję, której tak wiele poświęciłam. Wzięłam się w garść i nauczyłam się, jak radzić sobie z kotką, kiedy ta ma swoje humory. Prawda jest taka, że miała do nich pełne prawo. W końcu to za sprawą ludzi została zniewolona, nie można jej więc obwiniać za tak naturalne zachowanie. Jest dzika, a jej miejsce jest na wolności – dopiero wówczas tak naprawdę zrozumiałam, jak wielką krzywdę jej wyrządzono. I choć początkowo się bałam, to przed odjazdem umiałam już zapanować nad podobnymi sytuacjami w taki sposób, aby nie stała się żadna krzywda ani jej, ani też mnie.

IMG_4608

Totalnie za to nie potrafiłam sobie poradzić ze sprytem chytrych małp. Kiedy gromada czepiaków, albo saimiri skakały roześmiane nad naszymi głowami, nie mogłam z zachwytu oderwać od nich wzroku. Gdy jednak pojawiały się kapucynki, w pośpiechu zbierałam wszystkie moje rzeczy i szykowałam się na odparcie ataku rzezimieszków. Wystarczyła bowiem chwila nieuwagi, gdy odchodziłam zrobić zdjęcie motylom lub dziwacznym robalom, a już za chwilę musiałam łapać moje rzeczy rozrzucane z plecaka po całej okolicy. I choć miałam na wyposażeniu procę do odstraszania, to jednak w moich rękach okazała się ona być całkowicie bezużytecznym narzędziem.

IMG_4596

Jedna z kapucynek – eks samiec alfa zdetronizowany przez innego osobnika, uwielbiał śledzić mnie z Millie i potrafił podążać za nami przez cały dzień, co pewien czas zaczepiając. Jego celem były moje kanapki i banany, które niosłam na plecach i dobrze wiedział, gdzie szukać przysmaków. Zdarzyło się raz, że tenże małpiszon o imieniu Boogeyman, postanowił się zabawić i… zrobił mnie w konia. Jak co rano wyprowadziłam Millie przed klatkę, aby zając się sprzątnięciem odchodów po nocy i wyczyszczeniem misek. Kotka chlipała świeżą wodę, a ja byłam tak zajęta, że nie zauważyłam, kiedy małpa zeszła z drzew na ziemię. Kiedy wreszcie się obejrzałam, byłam zamknięta w środku, a Boogeyman szczerzył do mnie zęby. Kłódki zamykały się na zatrzask, a sprytny samiec wyrzucił gdzieś kluczyki. Jak teraz sobie to przypominam, to myślę, że musiało wyglądać to dość zabawnie – dziewczyna w klatce, która krzyczy coś niezrozumiale i szarpie za siatkę, a po drugiej stronie rozbawiona kapucynka, która rozrzuca zawartość torby, rozbija telefon oraz dobija aparat fotograficzny, zerkając co i raz dla uciechy na głupie, nieporadne, dwunożne stworzenie 😉 Tym razem, nie obyłam się bez pomocy z zewnątrz, ale jest to jedna z tych historii, która najbardziej zapadła mi w pamięci z wolontariatu w Boliwii… Będę chyba musiała tam wrócić, aby wyrównać rachunki i nabić tę małpę w butelkę! 😉

IMG_4619

Ku wolności

W Parku Machia spędziłam równe cztery tygodnie. Dotychczasowe doświadczenia pokazały mi, że dwutygodniowe wyjazdy nie mają sensu. Zanim się człowiek nauczy pracy w nowych warunkach, pozna miejscowych i wkręci w odmienny tryb funkcjonowania, to już musi właśnie wracać. Dlatego wszystkim wyjeżdżającym na jakiekolwiek wolontariaty polecam zostać przynajmniej miesiąc. Oczywiście idealnym rozwiązaniem byłby pobyt jeszcze dłuższy, może pół roku, może nawet cały, ale niestety w moim przypadku obecnie jest to niemożliwe ze względu na studia. Mimo wszystko próbuję korzystać z dostępnego czasu tak bardzo, jak to tylko możliwe. Dlatego oprócz opieki nad Millie, starałam się również pomagać lokalnym weterynarzom w klinice.

Moje miejsce pracy

Skromnie, acz czysto – po krajach azjatyckich ogólny porządek w Boliwii był dla mnie sporym zaskoczeniem

Zadanie nie było łatwe, ponieważ na czterech lekarzy tylko jeden mówił po angielsku. Był on jednocześnie dyrektorem całego ośrodka, więc do kliniki zaglądał tylko czasami, zaś większość czasu spędzał przy papierkowej robocie. Musiałam sobie jakoś radzić i pomagała mi w tym znajomość łaciny oraz pomysłowość w rozmawianiu „na migi”. Około 17.00 każdego dnia wracałam z dżungli, jadłam obiad i szłam prosto do kliniki. Wszelkie dzikie zwierzęta do najprostszych nawet czynności, jak osłuchanie czy omacanie, trzeba każdorazowo znieczulać. Dlatego pacjenci nie przychodzą zbyt licznie do lecznicy, tak jak to bywa z naszymi domowymi pupilami. Weterynarze decydują się na interwencję wyłącznie, kiedy jest to konieczne i starają się wówczas za jednym razem wykonać wszelkie możliwe badania potrzebne w dalszej diagnostyce. Wobec tego w dniach wolnych od pacjentów, zajmowałam się programem antyparazytologicznym zwierząt. Mówiąc kolokwialnie – oglądałam kupy pod mikroskopem w poszukiwaniu robali, które najczęściej znajdowałam. Mimo, że co do standardów higienicznych w ośrodku nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, to ciężko jednak było uniknąć gości z zewnątrz. Całymi chmarami przybywały zwłaszcza kapucynki, które bawiły się z tymi mieszkającymi w parku, a przy każdej możliwej sposobności podkradały owoce i warzywa. Myślę, że to główna przyczyna częstego zarobaczenia zwierząt, jednakże biorąc pod uwagę, że zwierzęta mają żyć kiedyś na wolności, lepiej, aby znały panującą w dżungli mikroflorę.

Najbardziej ciekawskie zwierzę świata

Niekiedy do naszej lecznicy przychodzili miejscowi z okolicznych wiosek wraz ze swoimi psami, które przynosili zawsze… w workach na ziemniaki. Dobrze jednak, że w ogóle szukali pomocy dla swoich podopiecznych, co było ciężkie do przetłumaczenia właścicielom zwierząt w Indiach. Tutaj ludzie byli bardzo mili i żyli w pewnej symbiozie z otaczającą przyrodą oraz zwierzętami. Raz późnym wieczorem, kiedy właśnie mieliśmy zamykać klinikę, przybiegł pan ze szczeniakiem pogryzionym przez węża w podgardle (!). Ogromna opuchlizna powodowała, że pies z trudem łapał oddech, chociaż poza tym był w dobrej kondycji. Dostał antytoksynę, a ja czuwałam przy nim niemal do rana. Na drugi dzień właściciel przyszedł podziękować za pomoc, powiedział, że pies ma się świetnie. A mnie, przyszłemu weterynarzowi stojącemu na samym początku swojej kariery, zrobiło się cieplutko w serduchu 🙂

Niedoszła ofiara węża w… worku na ziemniaki

Wspominałam już na blogu o ostronosach. To takie niewielkie drapieżne ssaki o bardzo długich ryjkach, które wszędzie wścibiają. Łatwo dają się oswoić, choć mają ostre pazury i zęby, dzięki którym jedna wolontariuszka nabawiła się szwów na ręce. Spośród całego stada sześć osobników zostało uznanych za gotowe do wypuszczenia do dżungli. Przedtem jednak konieczne było pobranie im krwi do laboratorium, aby nowy rozdział w życiu mogły rozpocząć zdrowe i w pełni sił. Dwa inne samce z kolei miały całkowicie wyłysiałe ogony, jak się później dowiedziałam, na skutek stresu. Często trafiają do ośrodka w takim właśnie stanie, ale przy odpowiednich warunkach z powrotem porastają rudym włosem.

Łysy ogon to jeden z problemów tego osobnika

U zdrowych ostronosów ogon jest pręgowany, puszysty i widoczny z daleka

Większość zwierząt do parku trafiła z marketów, gdzie nielegalnie handluje się żywym towarem. Chociaż park jest już pełny, a środki finansowe są niewystarczające, to jednak podopiecznych wciąż przybywa. Tylko podczas mojego pobytu przywieziono dwie papugi, w tym jedną, przepiękną arę, pekari – świniowatą krewną hipopotama, a także młode małpki . Jedna, z gatunku saimiri (ang. squirell monkey) została dokładnie przebadana, a kiedy po dwóch dniach ukończono budowę nowej klatki specjalnie dla niej, uciekła przeciskając się przez niedostatecznie wąskie kraty. Zajęło jej to około dwóch sekund. Druga, nieśmiała i przestraszona, z gatunku czepiaków, szybko ujęła serca wszystkich wolontariuszy. Małpy te nazywa się po angielsku spider monkey (małpa pająk), ze względu na ich nieproporcjonalnie długie, czarne kończyny. Część z nowo przybyłych zwierząt, po badaniu weterynaryjnym, zostaje odesłana do innego parku wgłąb dżungli. Jest to kolejny, trzeci już w trakcie budowy park należący do tej samej organizacji. Położony głębiej w tropikalnym lesie dysponuje znacznie większą powierzchnią, a kiedy zostanie całkowicie ukończony, będzie mógł pomieścić wiele zwierzęcych sierot z szansą na nowe, lepsze życie.

W ptaszarni nie dało się uniknąć zaczepiania przez papugi wykrzykujące Hola! (hiszp. cześć)

Młode samice mają największe szanse na przystosowanie i powrót na wolność. Mam nadzieję, że i jej się uda!

Moja Księga Dżungli cz. IV

Wczesny poranek. Millie zatrzymała się, żeby naostrzyć pazurki, a ja, korzystając z chwili wytchnienia, podeszłam do rzeczki przemyć ręce. Gęsta mgła opadała ciężko na otaczającą roślinność zmniejszając i tak słabą widoczność do nie więcej niż metr. Kiedy się odwróciłam, kotka leżała na pniu i bacznie przyglądała się moim ruchom. Wyjęłam aparat i zaczęłam jej robić zdjęcia, jednakże szybka natychmiast zaparowała i nic nie wychodziło. Wobec tego rozłożyłam starą, wygniecioną koszulę na kamieniu i rozpakowałam prowiant. Uważam, że dżungla najpiękniejsza jest właśnie, kiedy spowija ją mgła, która nadaje aury tajemniczości. Dlatego nawet proste śniadania smakowały inaczej, lepiej, choć z drugiej strony pod koniec dnia banany i bułki były już całe nasiąknięte wilgocią tracąc na atrakcyjności.

Kiedy tak kontemplowałam przyrodę i napawałam się chwilą, zdałam sobie sprawę, że cykady tego dnia były takie jakby cichsze, a zamiast nich przekrzykiwały się żaby, których jednak nie byłam w stanie dostrzec. Też nie małpy, a silny wiatr szargał koronami drzew, z których na nasze głowy spadały wielkie, wyschnięte liście. Wreszcie Millie zadecydowała, że idziemy dalej. Ledwo zrobiłyśmy parę kroków, a w miejscu, gdzie uprzednio odpoczywałyśmy, spadł ze szczytów drzew wielki konar. Wystraszyłam się, bo gdybyśmy zostały tam dłużej, to skończyłoby się w najlepszym wypadku tylko połamaniem. Może kotka wyczuła w jakiś sposób, co się święci?

Myślę, że tak, ponieważ chwilę później odezwały się złowrogo pierwsze grzmoty. Ocelotka uciekła do jaskini, w której schronienie znalazł również zaspany nietoperz – niestety jego drzemka została brutalnie przerwana i nie doczekał już kolejnej nocy. Millie uznała, że to bezpieczne miejsce i że przeczeka w nim nadchodzącą burzę. O mnie raczej nie myślała, gdyż jej skrytka była na tyle mała, że nie miałam szansy się zmieścić, ale na tyle długa, że trzymałam tylko za koniec smyczy, zaś kotka zniknęła gdzieś w ciemnościach jaskini.

Nie było mżawki ani drobnych kropel deszczu zwiastujących nadchodzący pogrom. Lunęło praktycznie bez zapowiedzi i to od razu z pełną pompą. Jedynie chwilę trwało zanim woda spłynęła po liściach z górnych partii drzew na sam dół i zmoczyła mnie nie zostawiając suchej nitki. Nie jestem z cukru, są wakacje, dam sobie radę – pomyślałam. I wtedy burza rozgorzała na dobre. Takich grzmotów jak tam, nie słyszałam jeszcze nigdy w życiu. Myślałam, że pękną mi bębenki w uszach, że coś złowrogiego czai się na mnie. Skuliłam sie pod największymi liśćmi, trzęsąc się z zimna i… strachu niestety. Odezwała się ta część przyrody, która do tej pory zawsze milczała. Korony drzew kiwały się na wszystkie możliwe strony, a ciężkie gałęzie co chwilę spadały gdzieś w pobliżu.Nagle zrobiło się potwornie ciemno. Nie wiedziałam już, czy schować się pod rozłożystymi drzewami, czy szukać otwartej przestrzeni, o którą jednak szczerze mówiąc w dżungli jest dość ciężko. Poza tym wciąż miałam pod opieką ocelotkę, której za żadne skarby nie mogłam wywabić z jej kryjówki.

Przypomniało mi się wtedy, że mam telefon alarmowy. Mój plecak był już całkiem przemoczony, ale na szczęście aparat wciąż działał, więc zadzwoniłam do biura prosić o pomoc. Zdążyłam powiedzieć dwa słowa i rozmowa została przerwana. Próbowałam później jeszcze wiele razy, ale sieć krótko mówiąc padła. A więc stałam, marzłam, modliłam się i odliczałam czas. Strugi deszczu spływały po mojej twarzy. Błagałam kotkę, żeby raczyła wyjść i wrócić do klatki, używając do tego przeróżnych argumentów. W końcu, może bardziej żeby dodać sobie otuchy, zaczęłam śpiewać. Coraz głośniej i głośniej – właściwie to darłam się wniebogłosy mając nadzieję, że może jednak ktoś mnie usłyszy. Muszę tutaj dodać, że mam fatalny głos, po prostu nie potrafię śpiewać. Tak myślę, że wtedy jednak mnie to uratowało – kotka najpierw wychyliła się ze swojej norki, a potem spojrzała na mnie z poirytowaniem. Na szczęście nie zdążyłyśmy się jeszcze za bardzo oddalić od klatki, więc biegusiem wróciłyśmy szybko do punktu wyjścia. Tym razem i ja mogłam się schować w klatce Millie.

jungle

Moja Księga Dżungli cz. II

Z zadziwiającą łatwością gubię się w dżungli, dlatego polegam głównie na Millie. Muszę mieć jednak oko na wszystko, bowiem kotka lubi schodzić z ustalonych tras, co jest dozwolone, o ile potrafi się na nie wrócić 😉 Nie wiem, czy to mój kobiecy brak orientacji w terenie, ale przez pierwszy tydzień gubiłam się niemal codziennie, a na kolację wracałam, kiedy już zmierzchało. Przy tym przez cały czas muszę patrzeć pod nogi, gdyż ścieżki są niekiedy bardzo wąskie lub strome. Moja najgorsza trasa prowadzi po starych rurach nad przepaścią, a ja zawsze boję się, że stracę równowagę na środku przejścia. Dopiero od niedawna przebiegam tędy na dwóch nogach, gdyż z początku przechodziłam na czworaka, a Millie nie kryła swojego niezadowolenia moją opieszałością…

Zdarzyło mi się raz spaść i zawisnąć na rękach, na szczęście udało mi się wdrapać z powrotem.

Ścieżka szerokości stopy i wystarczająco wysoko, aby się połamać. uff

Ostatnio podczas spaceru miałyśmy zderzenie czołowe z rodzinką ostronosów (coati). Millie, choć niewiele od nich większa, zdecydowanie ruszyła tropem zwierząt. Pozwoliłam jej na zejście z trasy i próbowałam nadążyć za podekscytowaną kotką, ale niestety jej ścieżki są dla mnie zdecydowanie za wąskie i szybko zostałyśmy w tyle. A że miejsce, do którego dotarłyśmy, było dość wietrzne i przynosiło ulgę w tropikalnej saunie, więc Millie ustanowiła czas na drzemkę, która pochłonęła także i mnie. Ocknęłam się po godzinie, może dwóch i zaczęłam rytuał zachęcania kotki do powrotu do klatki. Kto ma w domu kota, ten pewnie domyśla się, iż nie jest proste nakłonienie go do zrobienia czegokolwiek, co akurat nie należy do jego zamiarów. Z reguły zajmuje mi to ok. 3 godzin, ale tego dnia, kiedy delikatnie łaskotałam Millie po brzuszku, spostrzegłam, że smycz jest odpięta i leży obok. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale wychodzi na to, że ta sytuacja trwała już od jakiegoś czasu. Na szczęście ocelotka nie zdawała sobie z tego sprawy, więc podjęłam próbę zapięcia smyczy. Millie nie spodobało się, że ktoś śmie przerwać jej święty spokój, więc potraktowała mnie pazurami. Mimo wszystko to wciąż dzikie zwierzę i jeśli tylko chce, potrafi zrobić krzywdę, o czym zawsze staram się pamiętać. Niekiedy kotka podchodzi do mnie i domaga się pieszczot (zwłaszcza uwielbia ssać kciuk), ale przez większość dnia staram się dać jej własną przestrzeń, a zwłaszcza podczas obwąchiwania roślin, zaznaczania terenu i ostrzenia pazurków – nie przeszkadzać! Tamtego dnia nie pozostało mi nic innego jak dzwonić do Francesci – Chilijki, która przyjechała tutaj na wolontariat już 1,5 roku temu i jak mówi – trochę się zasiedziała. Przez ten czas jednak nawiązała niesamowitą więź ze wszystkimi kotami w ośrodku i rozumie każde ich miauknięcie. Kiedy tylko Millie ją widzi, natychmiast biegnie w jej kierunku i na szczęście tak się stało również i tym razem. Czułam, jak schodzi ze mnie napięcie, kiedy kotka była z powrotem na smyczy. Gdyby zabłądziła w stronę tras jednej z pum, mogłoby się to źle dla niej skończyć…

Tak wygląda ostronos. Ten jest jeszcze w ośrodku, ale niebawem zostanie wypuszczony na wolność.

Millie uspokaja się, kiedy może possać kciuk. Jest przy tym delikatna, więc nie muszę się obawiać utarty palca.

Nie wszystkie polowania Millie kończą się fiaskiem. Do dziś przeklinam się za to, ze nie miałam wówczas aparatu. Spacerowałyśmy w luźnym tempie, kiedy kotka nagle rzuciła się na plecy i zaczęła szamotać z nie-wiadomo-czym. Wtedy dostrzegłam, jak coś zielonego wije się wokół jej ciała – rozpoczęło się polowanie na węża. Nie był wielki, ale i tak muszę przyznać, że był to emocjonujący widok. Millie nie bardzo wiedziała, co zrobić z przeciwnikiem i dopiero po pół godzinie zabawy dało się słyszeć nieprzyjemne chrupnięcie – kieł kotki przeszedł czaszkę węża na wylot. Parę minut później długie ciało gada wciąż się poruszało. Jednak Millie nie była już nim zainteresowana, a kiedy tylko odeszła od ofiary, natychmiast (dosłownie!) z krzaków, liści i innych możliwych zakamarków wyszło wszelkie robactwo i zaczęło swoją ucztę. Ogon węża wciąż się ruszał, a ja przeszłam obok z lekkim niesmakiem…

Miaaaauu!

Previous Older Entries

%d blogerów lubi to: