Tajlandia i tygrysy- uroki Krabi oraz zatoki Phang Nga.

II. Krabi.

Późnym rankiem naszym oczom ukazuje się błękitna tafla morza Andamańskiego. Uśmiech nie znika z mojej twarzy nawet na moment. Nie marnujemy zatem czasu- szybko znajdujemy tani nocleg, zostawiamy plecaki i do morza! Długo nie mogę nacieszyć się widokami- czysta, przejrzysta woda, z której wystają ogromne skały i wzniesienia porośnięte gęsto egzotycznymi roślinami. W wyobraźni już widzę mieszkające tam małpy przeskakujące z drzewa na drzewo. Nie mogę się doczekać spotkania z nimi- to zupełnie inne doświadczenie zobaczyć dzikie zwierzę na wolności. Dopiero później miałam się dowiedzieć, że małpa to jednak wredna jest 😉

wybrzeże w Krabi

W pewnym momencie zauważam w oddali most i ścieżkę w górę prowadzącą na drugą stronę wzniesienia. Niewiele myśląc wybieram się na pierwsze zwiedzanie okolicy. Szybko wbiegam po drewnianych stopniach i mostach na górę- rozgrzane deski parzą w moje bose stopy. Jednak po paru minutach już nie czuję bólu- moim oczom ukazała się szeroka, biała plaża z palmami i niesamowitym kolorem morza. Teraz już nie tylko żałuję, że nie wzięłam klapek, ale przeklinam się w duchu, że zapomniałam o aparacie… Pływam ciesząc oczy nowymi widokami, a później wdrapuję się na jeden z hamaków między palmami i zasypiam beztroskim snem delikatnie kołysząc się w rytm niewielkich fal.

Koh Panyee

Później wielokrotnie jeszcze wracam w ten mój ulubiony, odludny zakątek. Bujam się na hamaku, by obudzić się nagle w środku nocy i po ciemku już wracać do hotelu..

Jedyna droga na drugą stronę wzgórza.

W Krabi spędzamy raptem trzy dni i chociaż pierwszy poświęcam na błogie lenistwo, to pozostałe dwa postanawiam zagospodarować i wybieram się na wycieczkę. Rano na śniadanie- obowiązkowo należy spróbować w Krabi!!!- placki pszenne zapiekane z bananami i polane czekoladą (25B). Niebo w gębie! Rozkoszuję się nimi nawet po trzy razy dziennie 🙂 Szczególnie polecam te, które sprzedaje taka grubsza baba na głównej ulicy z beretem na głowie- to moja mistrzyni placków! Śmieje się za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę i wciska mi banany- za darmo. A ja nie umiem się oprzeć i zamawiam kolejnego placka. Bowiem tutaj banany smakują zupełnie inaczej niż te „nasze”, podobnie zresztą jak ananasy. Na koniec kupuję jeszcze krewetki w cieście- taki mały prowiant na drogę 🙂 Ale łakomczuch ze mnie…

Wyspa Jamesa Bonda

Wyspa Jamesa Bonda

Na pierwszej wycieczce jedziemy do zatoki Phanga Bay. Niewielką grupą wsiadamy do długiej, drewnianej łodzi, jednej z tych, którymi wszyscy się tu przemieszczają. Zwiedziliśmy Wyspę Jamesa Bonda oraz Koh Panyee, czyli wyspę na wodzie. Mieszkają tutaj muzułmanie i nie mają ani skrawka lądu. Misterne domki stoją na wysokich palach, a wąskie dróżki między nimi są z reguły pozalewane wodą. Na wyspie panuje okropny brud, można też spotkać spacerujące wszędzie kaczki, czy kury. Zwiedzając to miejsce najlepiej zejść z głównej uliczki pod turystów, gdzie sprzedaje się takie same pamiątki jak i w całej Tajlandii. Dopiero docierając głębiej można przyjrzeć się codziennemu życiu mieszkańców i zajrzeć do ich zawsze  otwartych na oścież domów. Oglądam mały prowizoryczny cmentarzyk, niewielką szkołę z rozbieganymi, bosymi dziećmi i  maluchy bawiące się i skaczące do wody. Nigdzie jednak nie znajduję szpitala, czy choćby najprostszej przychodni. Pytam więc przewodniczki, która tłumaczy mi, że na wyspie nie ma opieki zdrowotnej. Tylko w ciężkich przypadkach zmuszeni są płynąć łodzią 10 km do najbliższego miasta. Z tego właśnie powodu kobiety nierzadko rodzą dzieci w domach, co często kończy się śmiercią niemowląt.

Koh Panyee

Kolejny przystanek i przesiadamy się do canoe. Przewodnik prowadzi nas po labiryncie skał wapniowych porośniętych dżunglą. Tworzą one wąskie korytarze z wysokimi ścianami, a my przeprawiamy się przez tak niskie tunele w skałach, że trzeba się płasko położyć, by swobodnie przepłynąć na drugą stronę. Wpływamy do jaskiń oraz podziwiamy piękno przyrody i odgłosy małp, które jednak nie chcą się pokazać.

kajakiem w jaskini

Ostatni punkt wycieczki- Świątynia Małp! Chociaż znajduje się w jaskini, to wszędzie wręcz roi się od małych stworków. Jestem w swoim żywiole- przyglądam im się i robię zdjęcia jedno za drugim 🙂 A one szczerze mówiąc nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Dopiero, jak kupuję orzeszki, nagle otacza mnie spora grupa małpek. Śmieszne, łapią mnie za ręce tymi swoimi malutkimi paluszkami i wyciągają jedzenie. Jestem zachwycona i chociaż zabroniono nam ich dotykać, to delikatnie głaszczę jednego z nich.

 

każda chce orzeszki tylko dla siebie 😉

mama z maleństwem

Druga wycieczka i znowu do wioseł. Tym razem przedzieram się przez gąszcze lasu namorzynowego. Na początku mam problemy ze skręcaniem i manewrowaniem kajakiem w wąskich korytarzach lasu. Wielokrotnie wpadam na drzewa zanim w końcu udaje mi się opanować tę sztukę. Podziwiam niesamowitą przyrodę i co chwilę się zatrzymuję, żeby robić zdjęcia skaczącym nam nad głowami małpom. Później muszę gonić resztę wycieczki, która już zniknęła dawno w zaroślach. Dopływamy do pustej, samotnej plaży gdzieś wśród skał. Próbuję wspinaczki po lianie, ale nie mam tyle siły, co nasz przewodnik.

wspinaczka po lianie

Po wielu godzinach wiosłowania w końcu wracamy do naszej bazy. Jedziemy na obiad, a później tak długo wyczekiwane słonie! Godzinny trekking po dżungli na grzbiecie olbrzyma i wiem już, że chcę wrócić kiedyś do Azji. Poznaję bliżej te cudowne zwierzęta i karmię jednego kawałkami ananasa. Nie zapomnę nigdy tego uczucia, jak mnie obwąchuje i dotyka trąbą w poszukiwaniu jedzenia. Niestety wiele słoni jest trzymanych w niewoli w fatalnych wręcz warunkach. Stawiam sobie za kolejny cel pomoc w ochronie i opiece na słoniami. Wówczas nie wiem jeszcze, że moje marzenie i postanowienie spełni się zaledwie parę miesięcy później w innym zakątku Azji- Indiach.

Ten słoń zrobiłby chyba wszystko za kawałek ananasa 😉

Wieczorem relaksujemy się na masażu (200B za godz.). Kobieta ugniata mocno moje ciało i wykręca w różnych pozycjach- tajski masaż jest zupełnie inny od moich dotychczasowych doświadczeń i z początku ciężko mi się zrelaksować. Później jednak wsłuchuję się w odgłosy morza i niemalże zasypiam. Nawet nie wiem, kiedy minęła godzina 🙂

tajski masaż

Próbujemy zdecydować się na kolejny punkt naszej podróży. W końcu pada na Phi Phi. Chociaż krążą różne opinie na temat tych wysp, to stwierdzamy, że najlepiej samemu się przekonać!

Phi Phi!!!

Konkrety:

Nocleg: Baan Pimphaka Bungalows na Ao Nang Beach (http://www.baanpimphaka.com/) Polecam! Płaciliśmy 800B za dwójkę na trzy noce.

Ceny: Na wyspach jest zdecydowanie drożej niż na kontynencie. Raczej mało ulicznych budek- więcej za to restauracji typowo pod turystów. Obiad w okolicach 200B, placki 25B, shake ze świeżych owoców 30B, masaż 200B/h, wynajęcie kajaka dwuosobowego 150B/h, dwie całodzienne wycieczki z obiadem 1600B (po negocjacjach :)). Poza tym mnóstwo salonów oferujących tatuaże i piercing w dość atrakcyjnych cenach.

Na co uważać: Nie płać za wynajem pokoju zanim go nie zobaczysz! W Tajlandii za tę samą cenę można znaleźć noclegi o zupełnie różnym standardzie. I lepiej nie decydować się na pierwszy lepszy hotel, tylko poszukać trochę, a nawet pokręcić nosem i nagle okazuje się, że jest coś miłego coś taniego w sam raz dla nas 😉

*10B=ok. 1zł

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: